7. ŁUT 70 2016

“Pożegnanie z Afryką”

Spis treści:

Rozdział I. Niewiadome

Rozdział II. Nigdy więcej tych samych błędów

Rozdział III. Sześć błotnych orłów.

Rozdział IV. Made in satisfaction.

Rozdział V. Pożegnanie z Afryką.

 

Rozdział I pt.: Niewiadome

Tydzień przed biegiem było bardzo dużo niewiadomych ale kilka z nich było szczególnie istotnych.  Po pierwsze do czasu maratonu we Wrocławiu prawie w ogóle nie biegałem.  Dodatkowo nabrałem kilka kg więcej. Postawiłem więc na regenerację i słodkie rozleniwienie treningowe by nabrać sił i świeżości – zdradzę Wam już sekret na samym początku – pomogło. Drugim czynnikiem, który nie napawał optymizmem była prognoza pogody. A właściwie jej jeden element  – deszcz, deszcz, deszcz. Niektóre prognozy przewidywały nawet 50 litrów opadów na 12 godzin. Tutaj stwierdziłem, że najprostsze rozwiązania są najlepsze. W życie wdrożyłem trzy elementy. Pierwszy z nich to zakup przeciwdeszczowej peleryny w Decathlonie, zaimpregnowanie butów trzema warstwami waterproof sprayem zakupionym w obuwniczym oraz zrobienie prostych, wodoodpornych rękawiczek czyli … założenie jednorazowych foliowych rękawiczek ze stacji benzynowej na zwykłe materiałowe. Uwierzcie mi to działa – tzn zadziałały foliowe rękawiczki. Trzy warstwy sprayu na butach działały tylko do momentu aż nie wdepnąłem w kałużę wody po kostki.

Rozdział II. Nigdy więcej tych samych błędów

Na każdym z dotychczasowych biegów ultra miałem odciski na stopach. Zawsze siadły mi mięście czworogłowe co skutkowało, że na koniec biegu byłem pachołkiem do wymijania przez biegaczy z większym zapasem sił. Nigdy nie jadłem ciepłych posiłków tylko zaklejałem się żelami. Zawsze byłem niewolnikiem czasu, tempa, dystansu i co najgorsza zaczynałem za szybko co w połączeniu z siadającymi czworogłowymi sprawiało, że końcówki biegów prawie zawsze szedłem. Nie wiem czy mi uwierzycie czy nie ale na ŁUT 70 nic z tego się nie wydarzyło.

Poligon doświadczalny na Rzeźniku na Raty pozwolił mi na uniknięcie odcisków. Wystarczyło spojrzeć na zdjęcie stóp z tego poligonu (miałem je na telefonie) i już wiedziałem co mam zakleić i jak na stopach by uniknąć otarć i odcisków. Mięśnie czworogłowe wzmacniałem codziennie na tydzień przed biegiem rano i wieczorem robiąc proste przysiady na jednej nodze. Wiedziałem, że w Puławach Górnych będzie ciepły posiłek a, że zupa dyniowa była pierwsza klasa  – wziąłem aż repetę. Od 2h biegu wyłączyłem GPS. To akurat nie było zamierzone działanie a przypadkowe ale nie byłem już marionetką liczb. Oczywiście wpadając np. do Puław Górnych pytałem się która jest godzina itd ale rachubę straciłem kompletnie bo dopiero na mecie naprostowano mnie, że mój czas był o godzinę gorszy niż ten, który sobie wyliczyłem w głowie i byłem święcie przekonany, że z takim właśnie czasem wpadnę a metę. Bieg zacząłem bardzo, bardzo wolno. Na pierwszej przeprawie przez strumyczek na pierwszym kilometrze trasy było za mną może około 20 osób tylko. Po głowie chodziła mi myśl „pomału truchtać do przodu, bez stresu i spinania się.” Rezultat był zadziwiający. Końcówkę w większości przytruchtałem ciągnąć i motywując jeszcze do tego poznanego na trasie Mateusza. No cholera uwierzyć do tej pory nie mogę, że to wszystko tak poszło. A jednak udało się.

Rozdział III. Sześć błotnych orłów.

Nie sposób o tym nie wspomnieć pisząc o ŁUT 70 – błoto, błoto i jeszcze raz błoto.  Właściwie to nie był bieg górski tylko błotna jazda figurowa. Co chwila ludzie na trasie przybierali dziwne i nienaturalne pozy by uchronić się przed tzn. „glebą”.  Jednym szło to lepiej innym gorzej. Mi chyba nie najlepiej bo zaliczyłem sześć orłów. Bilans błotny biegu był taki: błoto na trasie, błoto na mecie, błoto w domu przywiezione razem z odzieżą i błoto w aucie, błoto w gaciach, błoto w snach, błoto tu, błoto tam, błoto gówno zrobi nam. Każdy ultras powinien kiedyś wybrać się na ŁUT i przeżyć błotne SPA. Polecam.

Rozdział IV. Made in satisfaction.

Żaden ale to żaden  bieg górski nie sprawił mi tyle satysfakcji co ten. Po pierwsze dlatego , że po raz pierwszy wszystko się udało – świeżość przyszła w odpowiednim momencie,  nic nie obtarło, siły zachowałem do samego końca. Po drugie dlatego, że to wszystko miało miejsce a arcytrudnych warunkach pogodowych i po trzecie dlatego, że miało to miejsce na ŁUT 70 czyli tam gdzie rok temu stałem się ultrasem.

Rozdział V. Pożegnanie z Afryką.

Jak zapewne większość osób i znajomych wie – odkładam buty na kołek po 12 latach biegania. Czas się pożegnać. Czy na długo? Czy na stałe? Tego  na chwilę obecną nikt nie wie. Żyję się tylko raz i życie jest krótkie więc postanowiłem zmienić trochę swoje ciało i spróbować sił na siłowni. Coś w myśl zasady „… żeby życie miało smaczek …” Nie zamartwiajcie się. Nie mam zamiaru nabrać 20 kg mięśni i zafundować sobie ABS bo być może kiedyś wrócę do biegania. A może szybciej niż myślę? Klamka jednak zapadła. Pisząc tą relacje mam już zakwasy od pierwszej wizyty na siłowni …

Tekst: Kwadrat

Komentowanie jest wyłączone