7. Festiwal biegów Krynica 2014

Zapierdalacze 9Na starcie 100 km – jak się później okazało – 760 osób w tym Zapierdalacze: Andrzej, Franiu, Łuki, Timur … Janusz rusza za nami 10 minut w wyścigu na 66 km. Razem z nami są Jacek i jego kumpel Grzesiek. Nastroje bojowe – ale i lekki niepokój jest … w końcu to AŻ 100km. Ruszamy. Rzeka ludzi na początkowym asfalcie. Ustawiam tempo przelotowe nie na zawał ale też bez opinkalania się. Za pierwszym podejściem gubię Grześka – ten zasuwa do przodu a koło mnie pojawia się Jacek i razem tniemy pod Jaworzynę Krynicką. Nie ma słynnej mgły, jest dość ciepło około 10 stopni a więc długi rękaw termoaktywny jest komfortowy. Na podejściu idziemy z Jackiem energicznie, mijamy goprowców na Jaworzynie i po 2.16 h lądujemy pod schroniskiem Łabowska. Tutaj pierwszy pkt żywieniowy. Wsuwam pół banana, herbatniki i herbatę na zmianę z iso, plecaka nie tankuję i gonię Jacka który szybciej się pozbierał.

Biegnie się dobrze, trasa super oznaczona. Po godzinie przy poprawianiu czołówki wypada mi z niej bateria …chowam latarkę do plecaka i zasuwam za Jackiem. Zaczyna świtać, brak światła już nie jest problemem. Na koniec pasma ostry i szybki zbieg do Rytra i asfaltem 2 km do punktu. Docieram tam po 3.50h, parę minut przed Jackiem. Szybko znajdują mi mój przepak, zmieniam koszulkę na krótką, zabieram żel, sezamki i batonik. Znów raczę się herbatnikami i herbatą bo wyjątkowo pasuje mi ten zestaw i po uzupełnieniu iso jestem gotowy do drogi. Czekam na Jacka minutkę i tutaj miła niespodzianka bo pojawia się Łukasz. Ma do nas stratę ok 10 minut a więc biegnie rewelacyjnie choć wieszczy zgon za jakiś czas.

Ruszamy z Jackiem i znów tempo jest takie na 80-90% nie na zawał ale całkiem mocno. Resztę asfaltu walimy truchtem i po chwili zaczyna się podejście na Przehybę. Na początku ostro pod górę ale potem w wielu miejscach ma tendencje do wypłaszczeń co mnie dziwi i cieszy za razem – wcześniej je pamiętałem jako non stop do góry – odcinkami podbiegamy. Wkrótce docieramy do agrafki gdzie mijamy ludzi gnających przed nami i po 5.31h meldujemy się pod schroniskiem. Strata kilkunastominutowa z Rytra w stosunku do międzyczasów z roku 2012 się utrzymuje ale czuję wewnętrznie że nie ma szans na gonienie się z tamtym wynikiem bo dalej czuję Chudego Wawrzyńca w nogach i w sumie cieszę się że leci się bez większych kontuzji i innych takich.

Zaczyna robić się ciepło, ruszamy z Jackiem i na agrafce spotykamy Łukasza! Ma straty około 15 min i wieszczymy z Jackiem że jak przyciśnie jeszcze bardziej to nas w końcu dojdzie. Jacek coraz częściej narzeka na ból w żebrach i udzie. Wywrotka nocna którą zaliczył przed Rytrem daje się mocno we znaki. Na kolejnych podejściach w rejonie Radziejowej, Rogacza, Eliaszówki zostaje za mną, ale jestem o niego spokojny że mnie dojdzie. Sam jestem zadowolony ze stanu moich kopyt ponieważ wytrzymują całkiem nieźle 3 ultramaraton w tym roku więc nic nie kombinuję z tempem i równo walę do przodu. Przed zbiegiem do Piwnicznej na lotnym pomiarze czasu dowiaduje się że jestem na ok 150 miejscu. Super tym bardziej że parę osób mogło być z biegu 66km.

Zbieg po płytach jest najlepszy ze wszystkich 3 edycji i po 8.05h wpadam na punkt 66 km. Jest mega ciepło więc piję, piję, piję … znów zmieniam koszulkę. Patent z numerem startowym na gumce się sprawdza więc koszulki można zmieniać non stop. Zjadam batonika i herbatniki i dość pełny zaczynam się zbierać. Dociera tez Jacek. Wychodzac z punktu zerkam czy jest Łukasz ale go nie widzę więc ruszam. Do Łomnicy straszne asfaltowe podejście, dobrze je pamiętam, idę w tym upale całkiem mocno i za jakiś czas zaczynam zasuwać na dół … tu we wsi przebiegam przez drogę i zaczynam kolejne tym razem dłuższe podejście. Jest południe, 70km trasy, wali ostre słońce i …umieram. Odcina mi całkowicie prąd. Podpieram się parę razy rękami o kolana. Ledwo żyję. Wciągam jednego sezamka i żel. Przychodzi mi to z ogromnym trudem bo żołądek jest całkowicie przyklejony do kręgosłupa. Dochodzi mnie parę chłopa, ale oni też wyglądają na ugotowanych.

W końcu wyłaniamy się na alejkę grzbietową. Na zmianę marsz z biegiem. Jest mega ciężko. W końcu docieram do lasu gdzie ostatnie podejścia zaliczam. Po drodze spotykam gościa który próbuje podsypiać … ma zjazd totalny ale mówi że jest ok i że sam się z tego wyzbiera. Po dłuższym czasie w końcu zaczyna się droga do Wierchomli i choć z trudem to docieram do asfaltu. Tam pod jedną chałupą wiaderka z zimną wodą ratują życie i po asfalcie pod lekką górkę docieram do pkt 77 km w czasie 10.08h. Po chwili jest też Jacek … z worka przepakowego wyciągam 0,5l coli, wypijam, przegryzam batonikiem i sezamkami i przebieram kolejny raz koszulkę. Parę chłopa dyskutuje czy jest szansa złamać 14h ….wszyscy znający trasę orzekają że nie ma szans. Ruszamy razem z Jackiem.

Teraz prawdziwa Golgota czyli 2 km podejścia pod wyciągiem po stoku narciarskim. Jeden gość siedzi i mówi że ma dość. Namawiamy go żeby ruszył. Rusza ale mu odchodzimy. Ciągniemy mozolnie pod górę, zmieleni całkowicie w końcu docieramy do grańki i nią chwilę lekko płasko i trawersem przez las do drugiego stoku narciarskiego …tym razem masakrycznie w dół. Kolana działają najlepiej z wszystkich trzech edycji więc idzie nieźle i po chwili meldujemy się na dole. pomiar czasu na 83 km to 11.28h. Na zbiegu przypominam sobie pozostałą trasę, jej profil i miele we łbie obliczenia. Wychodzi mi na to że jak zaczniemy mocno zapierdalać to na styk złamiemy 14 h. Dziele się tą „cudowną” wiadomością z Jackiem. Ten lubi takie wyzwania. Choć z bolącymi żebrami, ciągle na pół oddechu ma wyraźnie dość to jednak zbiera się i zaczynamy drogę do Bacówki atakować na wielu odcinkach biegowo. Łykamy kolejnych załogantów, wszyscy idą. Dwójkę zarażamy koncepcją złamania 14h … próbują też biec. W końcu docieramy do Bacówki. 88 km i czas około 12.15h. Doganiamy Grześka który już wychodzi z punktu. Szybko po nim rusza Jacek. Ja muszę 2 minuty odczekać i coś zjeść bo bateryjki mam rozładowane na maxa.

Burza straszy już od jakiegoś czasu, zaczyna padać deszcz. Dobrze bo słońca mam już dość. Ruszam za Jackiem na Runek. Po paru minutach go doganiam a ten idąc z jakimś młodym kolesiem co to chciał 10,30h na mecie zrobić i drze się: dawaj Tymek bo jest ktoś potrzebny do dyktowania tempa … hahaha …robię za konia pociągowego. Młodego człowieka urywamy po paru sekundach. Jacek coraz ciężej ale cały czas ma mnie w zasięgu wzroku. Łykamy kolejnych załogantów. Jest Runek. Teraz już tylko albo płasko albo w dół. Tak się pocieszamy choć do mety ok 10km. Coraz więcej deszczowego błota i płynących ścieżek. Chobi rzigać do przodu. Przystaje co jakiś czas, Jacek dochodzi i dalej ruszamy Na całej tej końcowej trasie łykamy kilkanaście osób a nas łyka jeden miś. Ten z tej dwójki co to ich namawialiśmy do łamania 14h. Idzie ostro więc go odpuszczamy. Na 2-3 km przed metą doganiamy Grześka – ten się zbiera od razu do biegu nie daje się wyprzedzić. Razem pokonujemy ostatnie schody czyli powalone drzewa. Wszystkich chcą one wykończyć. Po chwili zbieg wzdłuż płotu i w końcu Krynica. Grześka puszczam, jest Jacek.

Pozostaje nam już finisz po deptaku. Sporo kibiców jest całkiem miło. Meta. 100 km. Czas 13.45 h. Te 14 h dogoniliśmy i to ze sporym zapasem. Do czasu sprzed 2 lat 13.22h brakło trochę ale kichać to! HUUURRAAA J! Miejsce 104 w open (98 u chopów a więc pierwsza setka w mistrzostwach Polski nonono) …na 760 osób to znów 13% stawki !!! Rewelacja.

Sukcesów nie ma końca: po 14.21h dociera Łukasz = rewelacja!!! Superowo też Andrzej = 15.30h no i Franek 16.13h też z całkiem sporym zapasem do limitu 17h.

W biegu 66km zaszalał Janusz = 9.04h a i Sabinka na 10km walnęła mega życiówkę = złamane 52 minuty ….i tylko Waldek bez szału hahahaha ;-))

Tekst: Tymek

Relacja debiutanta.

Zaczęło się na etapie pakowania. Co jeszcze zabrać, żeby nie zabrakło niczego ważnego. Niby miałem listę rzeczy do zabrania, ale przygotowaną pod kątem maratonu z dopisaną czołówką i … no właśnie. Lucia 2 razy sprawdza, czy mam wszystko z listy i czy przypadkiem nie powinienem zabrać jeszcze tego i tego i tamtego. No w końcu samochód jest duży. Do Krynicy docieramy po 16-tej. Tymek sygnalizuje, że już poszli do biura zawodów. Parkujemy, torby do pokoju i za nimi, bo ja przecież mam jeszcze 1000 pytań. Ekipę Zapierdalaczy spotykamy na deptaku. Krótka instrukcja odbioru pakietu startowego. Poszło szybko i już jesteśmy ze wszystkimi. Jaka ulga. Bez skrępowania zasypuję doświadczonych kolegów pytaniami z szerokiej tematyki biegów ultra. Jak spakować worki z depozytami, ile potrzeba wody na odcinki pomiędzy punktami, co z odżywianiem, czy wystarczy jeden komplet baterii, ile się biegnie po asfalcie, o której wstajemy, itd., itd., itd. Ciągle spokojnie odpowiadają – to się nazywa cierpliwość ultramaratończyków ! Na deptaku uzupełniam węglowodany w postaci rurki z kremem. Już przez cały tydzień inwestowałem w zapasy na ciężkie czasy, niestety waga nie wykazała postępów w tym zakresie. Jak się znam jedynym efektem był krytyczny poziom cholesterolu. Wracamy do pensjonatu i już wiem: zapomniałem zabrać Snikersy. To oznacza przedstartową przebieżkę na dystansie ok. 2 km. Wszyscy fachowcy bardzo to polecają. Pakuję plecak i worki z depozytami. Najwięcej do tego na metę w Piwnicznej, bo wszystko się może przydać, żeby po osiągnięciu mety dotrzeć do Krynicy. Docierają zaprzyjaźnieni koledzy z centralnej Polski. Wszyscy „ultrasi” z doświadczeniem. Czuję się jak uczeń I klasy. Teoretycznie wiem co mnie czeka, ale mam też świadomość, że wiedza teoretyczna, a praktyczne doznania w tym sporcie to całkiem różne historie. Dociera do mnie jak bardzo byłbym niespokojny, gdybym był teraz sam. ¾ nerwówki mam z głowy. Koniec pakowania, godzina pobudki ustalona. „Nasen” sztuk jedna i kimono.

O 2:30 wyruszamy w kierunku startu. Ewidentnie w kupie raźniej ! Oddajemy depozyty i „w bloki”. Wszyscy wymiatacze na 100 km startują o 3:00, debiutant, czyli ja na skromne (?) 66, 10 min. później. Ostatnie zdjęcia i … zostaję sam. Człapie na swoje miejsce startowe, które jakoś wypada tak bardziej z przodu. Spręż rośnie. Poznaję się z zawodnikami stojącymi koło mnie. Spręż rośnie. 5, 4, 3,  2, 1 i najgorsze za mną. W końcu pozostało już tylko bieganie.

Początek jest całkiem spokojny co świetnie koreluje z ekspresją mojej pompki, która przez pierwsze 2 kilometry biegu uparcie stara się obsłużyć organizm w trybie spacerowym. Pierwszy podbieg, zbieg, znowu kawałek asfaltu i w góry. Warunki pogodowe bardzo dobre. Po ok. 3 km pozbywam się rękawków. Świetne rozwiązanie gwarantujące utrzymanie temperatury ciała jak jest chłodno połączone z możliwością szybkiego pozbycia się w razie zmiany okoliczności i z minimalnym obciążeniem wagowym. Obok biegnie Darek z Gdańska. Przedstawiliśmy się wcześniej czekając na to słowo kończące liczenie w tył. Teraz wymieniamy się informacjami nt. pierwszych 6 cyfr z nr PESEL (ma 50 lat młodziak), cyframi obrazującymi stan formy (maraton 3:35:… znaczy jakby trochę szybszy) i cyframi określającymi stopień wytrzymałości (100 km tygodniowo tj. znacznie, znacznie więcej ode mnie). No to może pośmigamy razem, tzn. że dam radę za nim. Docieramy na Jaworzynę i chyba nie jest źle. Zauważam, że dogoniłem kilka osób z dystansu 100 km, którzy wystartowali o 10 min. wcześniej. Duch podbudowany, a ciało … chce zrobić kupę. Trzeba zjechać do boksu, bo póki jest ciemno, to nie trzeba daleko. No i ja tam robię ten „serwis”, a ci co to przecież musieli być za mną, mi tu śmigają bezczelnie. A jaki musi być w stres tych z F1 !!! Wracam do gry lekki jak piórko. Pełna kompatybilność fizis i spirit. Pierwszy punkt żywieniowy, czyli 22 km pokonane – 1/3 dystansu. Parę łyków ciepłej herbaty i ruszam dalej. Tymek radził: nie biesiadować, przemieszczać się.  Po kolejnych kilku kilometrach odsłania się wspaniały widok na Rytro przykryte płaszczem mgieł. Niektórzy robią sobie zdjęcia, co pozwala mi przesunąć się w klasyfikacji. Na moście w Rytrze doganiam Darka. Przemieszczam się szybciej od niego, ale wolniej niż bym chciał. Do pierwszego przepaku raczej dochodzę niż dobiegam. Nad tym muszę popracować. Takie odcinki zdecydowanie trzeba biec jeżeli chce się mieć jakiś wynik. Oceniam, że w samym Rytrze straciłem co najmniej 20 min. Na przepaku uzupełniam wodę i izotonik. Z prince-polo w zębach ruszam dalej. Podczepiam się do dwóch gości. Trochę rozmawiamy. Jeden jest z mojego dystansu, drugi biegnie na 100 km. Jakiś czas biegniemy, ale dość po paru minutach odpadam przechodząc w marsz. Przemyślenia jak wyżej. Na podejściu znowu doganiam Darka. Najwidoczniej na przepaku zabawił krócej niż ja, czyli to też jest element do poprawy, chociaż z danych z Garmina wynika, że w sumie na wszystkich punktach spędziłem tylko 17 minut. Zachęcam go do wspólnej walki, ale mówi, że zaczynają go łapać skurcze i zostaje w tyle. Ostatecznie przybiegł do Piwnicznej godzinę i 15 minut za mną. Drugie z zasadniczych podejść trochę się wlecze, ale nie jest tak źle jak się obawiałem. W końcu widzę, że wydostałem się na grzbiet. No to teraz już na pewno dam radę. W miarę raźno przemieszczam się w kierunku ostatniego punktu żywieniowego na Hali Przehyba. Na „agrafce” spotykam Andrzeja i Franka. Andrzej już śmiga w kierunku Radziejowej, Franek tak jak ja jeszcze do schroniska. Razem docieramy do punktu. Wysysam 4 ćwiartki pomarańczy, dzwonię do Luci z informacją, że funkcje życiowe w normie i sru dalej. Jakiś czas pomykamy wspólnie z Franiem tak miło gawędząc, że dopiero po chwili spostrzegamy, że teren opada i należałoby się raczej stoczyć, a nie zwlec. Przecież czas leci. Po ok. 1 km rozstajemy się, każdy podążając swoim tempem. Ja ciutkę szybciej, ale przecież mam przed sobą o 34 km i w dodatku już głównie w dół. Frania za moją metą czeka najbardziej hardcorowy odcinek trasy. Na tym etapie odnoszę wrażenie, że wpadłem w rytm, którym mogę podążać bez końca pilnując tylko regularnego wsysania żelów i popijania wody z izotonikiem na zmianę. Około 50-tego kilometra organizm informuje mnie, że się myliłem. Zaczyna się robić ciężko i zaczynam sobie uświadamiać jaka to była rozsądna decyzja, że zapisałem się na „tylko” 66 km. Na odcinkach płaskich i w dół zawsze biegnę, chociaż na pewno nie w tempie 4:30, czyli jak … (taki żarcik). Biegnę, czy tylko truchtam, bo czuję, że to mnie mniej męczy niż maszerowanie. Każde wzniesienie wyhamowuje tempo. Zaczynam odczuwać lekki ból w dolnej części żeber, czyli jednak trzeba zintensyfikować zajęcia na siłowni. Zaczynam gwałtownie odczuwać dyskomfort sygnalizowany przez końcówki palców, nóg oczywiście. W tygodniu po zawodach zejdą mi paznokcie z 3 palców, a te na paluchach przyjęły dziwny kolor. Postartowe przemyślenia doprowadziły mnie do odkrycia, żeby może po każdym dłuższym zbiegu należy podciągnąć wiązania butów. Na ostatnim popasie nie uzupełniłem wody, a robi się ciepło i martwię się, że zabraknie. Okoliczni mieszkańcy postawili przed chałubą wiadra z wodą i kubki. Korzystam i lecę dalej. Na mecie okaże się, że woda jeszcze została w ilości ok. 350 ml i nie tylko niepotrzebnie się martwiłem i oszczędzałem, ale też niepotrzebnie ją niosłem. Końcówka po betonowych płytach nie taka straszna jak Tymek straszył, tzn. może nie tak bardzo straszył tylko ja jestem taki lękliwy ? Dobiegam do Piwnicznej. Przy chodniku źródełko. Zatrzymujemy się we czterech, żeby zaczerpnąć cudownie zimnej wody. Jakiś niedzielny biegacz z wózkiem dziecięcym informuje, że do  mety jest dokładnie 1.050 m. No tyle to jeszcze na pewno dam radę. Wyrywam jak dziiiiiki. Na mecie mega niespodzianka, a właściwie dwie: pierwsza, to ta oczywiście, że dobiegłem; druga – czeka na mnie Lucia, która od dłuższego czasu nie wsiadała za kierownicę, a tu czeka na mnie, bo dzielnie i samodzielnie dotarła tu z Krynicy. Na razie nie dociera do mnie, że zaliczyłem ten pierwszy raz z ultra. Lucia zabezpiecza mi full serwis. Przynosi wodę, zdejmuje skarpetki i ściągacze. Chłopaki obsługujący przepak dopytują się gdzie znalazłem taki skarb. Znów spotykam Andrzeja. Startuje na ostatni odcinek. Dzieli się ze mną coca-colą i już go nie ma. Wyglądał tak świeżo jakby dopiero zaczynał. Jestem spokojny, że da radę. Pojawia się Franek. Lucia idzie mu pomóc, ale wraca z informacją, że Franiu ma serwis w wykonaniu licznych czarujących dziewcząt i nie jest zainteresowany jej serwisem. Widzę, że podobnie jak Andrzej nie wygląda na zmęczonego, więc możliwe, że nie tylko bieganie mu w głowie. Franiu pobiegł, Lucia zapakowała zwłoki do samochodu i do Krynicy. Prysznic (i tyż nic – jak mawiał klasyk, czyli mój ulubiony teść), jedzonko, piwko. Funkcje życiowe organizmu wracają do normy. Przemieszczamy się w rejon mety dystansu 100 km. Oczywiście Mistrz jest przed nami. Po kolei docierają kolejni Zapierdalacze. Łukasz, Andrzej, Franek. Plan wykonany w 100%.  Tym bardziej, że w tzw. międzyczasie Sabinka i Waldek zaliczyli „Życiową dziesiątkę”, który to dystans przyprawił sporą grupę uczestników o utratę przytomności.

To był mój pierwszy ultramaraton !!!

Tekst: Janusz

Po ponad 9 miesiącach oczekiwania na start w ultramaratonie na 100 km wreszcie 6 września o 3.00 startujemy w silnym gronie Zapierdalaczy (Tymek, Andrzej, Franiu i ja) na trasę Biegu 7 Dolin. Po średnio udanym kwietniowym Niepokornym Mnichu, worek przemyśleń i spostrzeżeń daje nadzieję, że tym razem wpadki już nie będzie.

Mija godzina 3.00 strzał startera i ruszamy. Początkowo trasa biegnie w dół asfaltem dlatego biegniemy w niezłym tempie ok 4:40min/km, ze mną biegnie Andrzej, Frania widzimy cały czas przed nami w odległości ok 50m. Na pierwszym asfaltowym podejściu doganiamy z Andrzjem w końcu Franka a po chwili kiedy droga przechodzi już w gruntową wyprzedzamy go dość żwawo maszerując pod górę. Na podejściu pod Jaworzynę Krynicką, mój dotychczasowy towarzysz Andrzej informuje mnie, że przechodzi do marszu w swoim tempie i, że dogoni mnie na zbiegu. Po 2.24 h melduję się na 1 punkcie czyli na Hali Łabowskiej gdzie odbywam, krótki postuj na jedzenie i ruszam dalej w drogę. Biegnie mi się dobrze, tym bardziej, że do następnego punktu w Rytrze trasa w większości prowadzi w dół. Docieram do asfaltu, który przez kolejne 2 km prowadzi mnie do 2 punktu kontrolnego usytuowanego w Rytrze przy hotelu „Perła Południa”. 36 km odcinek pokonuję w 4 godziny, mój Garmin pokazuje mi średnie tempo na pozomie 6:41 min/km. Na punkcie kontrolnym ku mojemu zaskoczeniu spotykam Tymka i Jacka, którzy oznajmiają mi, że tracę do nich ok 10 min, ja natomiast wieszczę, że chyba poruszam się za szybko i że pewnie w dalszej trasie przyjdzie mi za to zapłacić. Na punkcie odbieram swój worek depozytowy, w którym mam Colę i batoniki, zdejmuję też bluzę z długim rękawem i zmieniam koszulkę na suchą. Po ok. 10 min za mną na punkt dociera Andrzej, z kórym zamieniam parę zdań i ruszam w dalszą trasę.

Ruszam z punktu, początkowo drogą asfaltową cały czas staram się truchtać, po dotarciu na szlak w kierunku Przehyby o truchcie nie ma już mowy bo zaczyna się mocne podejście. Na tym odcinku pojawiają się problemy żołądkowe i muszę na chwilę zaliczyć 1 tego dnia pit stop w krzaczkach. Docieram do agrafki przed schroniskiem na Przehybie, gdzie ponownie spotykam Jacka i Tymka.  Chłopaki próbują mnie zchęcić, żebym troszkę przycisnął to powinienem ich dogonić, ale w mojej głowie cały czas kołata myśl, że ja cały czas poruszam się za szybko i że wkrótce przyjdzie mi za to zapłacić. W punkcie kontrolnym na Przehybie spędzam którką chwilę i ruszam w dalszą trasę spodziewając się, że na agrafce podobnie jak w Rytrze spotkam Andrzeja. Niestety nie ma to miejsca więc muszę ruszć dalej w drogę. Na odcinku do Radziejowej zaliczam 2 pit stop w krzaczkach, a żołądek przestaje już przyjmować posiadane przeze mnie na trasie batoniki Mars i Milki Way. Stanowi to dla mnie pewną zagadkę jak będą wyglądały kolejne km skoro praktycznie przestaję pochłaniać tak potrzebne tego dnia kalorie. W dalszej części trasy przed Eliaszówką muszę odbyć kolejny pit stop w krzaczkach na którym przypominam sobie, że dzięki Andrzejowi zabrałem ze sobą do plecaka tabletki Stoperanu, które pochłaniam mając nadzieję, że z pot stopami na dzisiaj będzie już koniec. Zbieg po płytach do Piwnicznej daje ostro popalić moim stopom i mięśniom ud ale i tak nie jest jeszcze najgorzej. Robi się na prawdę ciepło a w mojej głowie zaczyna kołatać myśl, że punkt w Piwnicznej będzie chyba dla mnie ostatnim tego dnia. W Piwnicznej przy chodniku docieram do źródełka z super chłodną wodą, która choć na chwilę pozwala ochłodzić głowę. Po 8,28 h docieram do 66 km w Piwnicznej. Postanwiam po odebraniu worka z przekamiem rozsiąć się i spróbować coś zjeść i chwilę odpocząć. Na przepaku w sumie spędzam ok 20 min jedząc głównie pomarańcze i uzupełniając płyny w postaci Coli, próbuję też zjeść drożdżówkę ale mój organizm nie bardzo ma na nią ochotę. Od osób przebywających na punkcie słyszę, żeby zjeść posoloną pomarańczę ale jakoś nie mam ochoty w tym momencie biegu na takie eksperymenty. Dotychczasowa myśl mo tym, żeby zakończyć tu bieg odeszła już w niepamięć więc spokojnie ruszam w dalszą drogę mając w tym upale już tylko jeden cel dotrzeć do mety w limicie czasu.

Do Łomnicy zaczyna się asfaltowe podejście, które w tym upale daje w kość. Na szczycie doganiam paru chłopaków którzy przeklinją w niebogłosy, że najpierw się wspinali asfaltem pod górętylko po to żeby za chwilę zbiegać do wsi i znowu się wspinać. Nei zatrzymuję się przy nich myśląc, że w sumie o to chyab w tym wszystkim tu chodzi, żeby nie było za łatwo. Na kolejnym podejściu po płytach mijają mnie goście na rowerach górskich, przez chwilę mam ochotę pożyczyć od nich rower i spobie po prostu pojechać. W końcu docieram do asfaltu, ktory prowadzi w kierunku kolejnego punku kotrolnego –  Wierchomli Małej. Do punktu docieram po 10,39 h w trochę już innych warunkach pogodowych. Świecące do tej pory słońce przykryły chmury i grzmienie oznjamiało zbilżającą się burzę i deszcz. Na punkcie pozostali zawodnicy wyraźnie byli zadowoleni ze zmiany pogody gdyż czekała nas teraz „ściana płaczu” czyli podejście pod stok narciarski, który jak można sobie wyobrazić w piekącym słońcu był by jeszcze bardziej zabójczy.

Po wyjściu z punktu jeszcze chwilę idziemy drogą, która po chwili zmienia się w strome podejście pod stok narciarski. Moja pierwsza myśl po zobaczeniu ściany stoku, że teraz dowiemy się choć tochę co czuje Justyna Kowalczyk wspinając się pod słynne Alpe Cermis. Stok wydaje się nie miec końca ale na szczęscie nie jest jednolitą ścianą tylko ma miejscowe wypłaszczenie. Po dotarciu na szczyt czeka krótki odcinek grani po którym rozpoczyna się mozolny zbieg po kolejnym stoku narciarskim. Na tym odcinku mijam kilkanaście osób, które wyraźnie nie mają już możliwości zbiegania.  Dociem do afaltu prowadzącego w keirunku ostatniego punktu kontrolnego Bacówki nad Wierchomlą. Z mapy profilu trasy pamięam, że droga cały czas będzie się dość mocno wznosić. Ku mojemu zaskoczeniu górka nie jest jednak tak stroma jak to pokazywał profil. Na tym odcinku co jakis czas staram się biec a pozostały czas bardzo mocno iść. Teraz z perspektywy czasu p ukończeniu biegu stwierdzam, że mogłem jednak więcej biec a mniej iść co pozowliło by mi urwać jeszcze trochę minut z mojego wyniku. Ale teraz to mi się pewnie łatwo mówi, bo jak by mi to ktoś na biegu powiedział to bym mu pewnie powiedział, że jest nienormlany :). Droga do Bacówki, ktora ma ok 7 km dłuży mi się niemiłosiernie i na tyle, że zaczynam obmyślać i kalkulowac w jakim czasie uda mi się dotrzeć do mety. Robię rachunki w pamięci i wychodzi mi na to, że na ostatnim prawie 11 km odcinku zbiegowym do Krynicy będę musial urwać ok 7 s/km żeby zmieścić się w czasie ponieżej 15 h. Wszystko to powoduje, że po dotarciu do Bacówki tylko chwilę spędzam na punkcie i zaraz pośpiesznie ruszam w trasę aby wykonać mój plan.

Na punkcie słyszę jeszze, że teraz już tylko kawałek pod górkę a potem już tylko zbieg do Krynicy. Ten „kawałek” okazuje się dla mnie dość długi na tym etapie biegu bo aż 2 km. Dodatkowym utrudnieniem zaczyna być padający dość mocno deszcz, który powoduje, że szlak zamienia się w rwący potok. O ile na podejściu deszcz daje trochę ulgi po całym dniu w upale, to zaczynam się trochę martwi, że jak będzie padać już cały czas to mój plan urywania na zbiegu 7s nie wypali bo po prostu od deszczu nie będę nic widział przez okulary a bez nich jeszcze gorzej :). Na szczęscie deszcz tylko postraszył i mogłem znowu spokojnie przejrzeć przez okulary. Po dotarciu do Runku cieszę się, że to był już ostatni szczyt dzisiajeszgo dnia i teraz już lecimy w kierynku mety jak mawia klasych choby rzigać. Na zbiegu doganiam parę osób, ze 2 osoby doganiją mnie i tak razem lecimy w dół jak na skrzydłach. Dobiegamy do ostatniej przeszkody na dzisiejszej trasie, czyli wiatrołomu. Dzisiaj myśląc o tym rumowisku drzew zdałem sobie sprawę, że w tym miejscu byłem jeszcze w niezłym stanie fizycznym skoro nie miałem problemu skakać po powalonych drzewach jak sarenka bo przecierz gdzyby moje nogi były w ciut gorszym stanie to pokonanie tego odcinka mogło stanowić nie lada wyzwanie. Po chwili przebiegam wąską ścieżką wzdłuż płotu wyraźnie słysząc już „tętniący życiem” deptak w Krynicy i zbiegam do miasta. Teraz już tylko parę zakrętów na asfalcie i jest wymarzony Krynicki deptak. W oddali majaczy już tak upragniona przeze mnie meta. Biegnę te ostatnie kilkaset metrów deptakiem w tłumie kibiców, w głowie kłębią się już silne emocje, że jednak dałem rade przebiec te 100 km, w końcu po 14 h 21 min 23 s wpadam na metę. Oczywiście zaraz za nią padam na twarz i niemal płaczę z emocji, że udało mi się cało i zdrowo pokonać, tę cholernie ciężką 100 km trasę. Po chwili podchodzi do mnie spiker zawodów(o ile dobrze kojarzę Pan Rafał Wilczyński), który po usłyszeniu, że jestem z Rogoźnika postanawia ze mną zrobić krótki wywiad bo sam mówi, że mieszkał w sąsiednich Piekarach Śląskich i to „jego” teren.

Ps – uff ale się rozpisałem, ale kończąc napiszę jeszcze, że cały ten mój 100 km Bieg 7 Dolin jest przeze mnie dedykowany mojej rodzinie czyli synkowi Mikołajowi i wspaniałej żonie Adrianie, za to że tak dzielnie zniosła trudy ciąży i porodu naszego synka.

Tekst: Flaku

Komentowanie jest wyłączone