6. Chudy Wawrzyniec 2014

Chudy Wawrzyniec 2014.

Wieczorem w piątek docieramy z Magdą i Agnieszką do Rajczy. Tam spotykamy się z Jackiem i wspólnie idziemy do biura zawodów i na odprawę. Humory podlane browarkiem dopisują. Mimo że na listach startowych 700 osób to cały czas mamy poczucie fajnej kameralnej atmosfery. Szybko załatwiamy wszystkie formalności, Jacek szaleje w biurze zawodów i tak wszystkich czaruje że wychodzi z potrójną porcją buff – zdobywa wszystkie możliwe kolory. Po odprawie mamy jeszcze jeden postój w drodze na kwaterę – w Żabce zakupujemy jeszcze po browarku. Wieczór szybko mija na przygotowaniach i pogaduchach i koło g.23 próbujemy już spać. Różnie z tym wychodzi i o g.2.50 zaczynają wyć budziki. Szybkie żarełko, wizyty w kibelku, linomagi i inne takie o 3.30 walimy z dziewczynami na start. Noc jest ciepła, rezygnujemy z kurtek bo i prognoza na cały dzień słoneczna …ale przez mglistą noc na początek decydujemy się z Jackiem na długi rękaw termoaktywny. Parę minut przed startem widać już że liczba ludzi jest spora bo około 600 osób odebrało pakiety startowe i teraz całe to towarzystwo w pełnej gotowości bojowej czeka na start.

Odliczamy i przy czerwonych racach ruszamy.

Z Jackiem nie dogadywaliśmy jakiejś wspólnej przeprawy więc każdy rusza po swojemu. Pierwszych kilka km jest po asfalcie i choć nie ruszam na max to ciągle się przesuwam do przodu. Na pierwsze podejścia w rejonie Rachowca melduje się koło 70 miejsca. Z mgieł wyłaniają się cudne widoki i wschód słońca ale czasu na podziwianie nie ma bo ludzka dżdżownica porusza się szybko. Zbieg ze szczytu w stronę Zwardonia, znów sporo asfaltu i zaczynamy kierować się na Wielką Raczę. Trasa mocno biegowa, daje trochę popalić w okolicy Kikuli i za nią = tutaj zaczynamy się wdrapywać na Wielką Raczę. Towarzystwo się już wyraźnie rozciągnęło ale nadal spora grupa wokół mnie…do tego nie wiadomo kto gna na który dystans. Jest nadal mocne tempo. Po dwóch godzinach zjadam żel co w połączeniu z bułką przed startem ma mi dać moc ale jakieś zawirowania w brzuchu wprowadza.

W końcu jest schronisko na Wielkiej Raczy (około 27 km), mijamy je szybko i graniówką sruuu dalej. Trwa 4-ta godzina walki i coraz większe problemy z brzuchem. Docieram do Przegibka, pierwszego punktu żywieniowego, 35 km. Tutaj spory pośpiech u innych, ale ja spokojnie. Pije do oporu, zjadam banana, arbuza i drożdżówkę. Ta wyraźnie uspokaja bałagan w brzuchu. Po 10min ruszam dalej, czas 4.22h na wyjściu z punktu. Miejsce ok.50. Nogi sztywne.

Powrót na czerwony szlak bardzo spokojnie bo trzeba się rozruszać. No i ten pełny brzuch musi się jakoś ułożyć. Trwa to kilkanaście minut i na podejściu w stronę Rycerzowej jest już wyraźnie lepiej. Po 5h docieram na rozwidlenie tras. Na ta dłuższą ruszam jako 24 osoba = no jest chyba nawet za dobrze. Ostry zbieg na przełęcz Przegibek i taaaakie podejście na Switkową. To pierwsza ściana płaczu z czterech które spotyka się w drodze na przełęcz Glinne. Masakryczne podejście, strome i po błocku. Parę osób idzie w odstępach 100m, mam sporą grupkę na plecach. Tasujemy się miejscami, ale cały czas kręcę się w przedziale 25-35. Do podejść dochodzi jeszcze temperatura i zaczyna się robić rzeź niewiniątek.

Już wiem że będzie problem z wodą – odległość 25 km między punktami żywieniowymi jest ciut za duża. Po 3h godzinach walki z pasmem granicznym (Pański Kamień, Oszus, Javorina) i mimo braku wody od paru minut docieram do pkt 60 km czyli do przełęczy Glinne. Tutaj ratunek = dziewczyny. Choć nie mogą mi niczego dać ani zabrać (chętnie bym się pozbył z plecaka latarki i bluzy) to pomagają jak mogą. Na punkcie full wypas: bułki, ciastka, owoce i najważniejsze: piwo bezalkoholowe …mimo że nie z lodówki to weszło jak w gąbkę. Parę minut na krzesełku i trza zapierdalać dalej = full upał. Czas wyjścia 8.03h. Dziewczynom rzucam żeby Jackowi powiedziały że koło Lipowskiej na niego czekam hahaha.

Zakładam że ostatnie 25 km uda pokonać się w 4-5 godzin więc pachnie czasem poniżej 13 h. Po jakimś czasie dostaje sms, że Jacek ruszył 25 min za mną. Do Hrubej Buczyny non stop podejście i to w coraz mocniejszym słońcu. Izo z bukłaka idzie non stop. Próbuję dojeść bułkę z serem ale idzie ciężko, połykam mały żel. Na zbiegowym odcinku na przełęcz łapią mnie …kolki, więc bieg mieszam z marszem. Kolejne długie podejście na Trzy Kopce, choć znam te okolice to kolejne metry mnie zaskakują. Niemożliwe, że to podejście nie ma końca. W końcu jest skrzyżowanie szlaków, tam dostajemy od wolontariuszki zapowiadane opaski na rękę. Długa trasa to czarny kolor opaski …hmmm ;-)?

Lekki zbieg ale mocno kamienisty i po 1,5km wyłaniamy się z lasu na zalaną słońcem Halę Rysiankę. Znów ostre podejście, przed jego końcem skręt w stronę Hali Lipowskiej, doganiam druga dziewczynę na tej trasie (Ewa Majer moczy już nogi na mecie w rzece), razem docieramy do Lipowskiej i …walimy prosto do bufetu. Zakup puszki zmrożonej coca-coli i 1,5litrowej wody ratuje życie. Koleżanka rusza od razu bo broni drugiej pozycji wśród kobiet, dwóch chłopaków też od razu gna na dół bo pada hasło że jest szansa złamać 12h …słucham tego szaleństwa ze spokojem popijając colę i uzupełniając bukłak. Na zegarku 10h50min …jak walnąć w 70 minut ostatnie 10 km? Niby w większości jest zbiegowo ale to w tym upale i po 75 km w nogach to kaaawał drogi.

Jacka nie ma więc stwierdzam: no ciul trza tych oszołomów gonić. Zapominam wysypać z butów kamyczków i już do końca trasy mielą mi one stopy. Kolano puszcza kolejne metry w dół i dosyć szybko doganiam jednego człeka …ten umiera i ostatecznie nie zdąży przed 12h do mety. Dziewczyny już nie widzę ale docieram do kolejnych dwóch ludków tyle że co ich łapię to mi ładują poprawkę = wyraźnie lepiej sobie radzą na zbiegach. Zaczynają trzeszczeć kolana więc wrzucam na luz tym bardziej że łapię w końcu upragniony czarny szlak ostatni odcinek trasy. Tabliczka mówi że do Ujsoł jest 45 min a ja mam na zegarku około 11h 30min więc spokojnie zdążę ostatnie metry stromo w dół, przez łąki i w końcu jest wiocha. Ostatnie metry dobiegowe i na finiszu mostek i meta. Czas to 11h46min. Dziewczyny się drą, fotki robią, medal na szyję, piątka przybita z głównym Orgiem i można zalec na trawie. Słońce grzeje niemiłosiernie. Okazuje się że ostatnie ok.10km pokonuję w niecałą godzinę co na Lipowskiej jeszcze mi się nie mieściło w głowie. Aga daje mi zimna colę z rzeki do której po minucie sam się pakuje w pełnym umundurowaniu.

Jak tak se leżę w tej rzece to słyszę dziewczyny: jest Jacek!!! Też udaje mu się złamać 12h bo czas na mecie to 11h53min …skubany odrobił na ostatnich 25km do mnie 18minut! Jeszcze 3-4km i zaś byśmy na metę razem przygnali. Nasze miejsca 28 i 30 bierzemy w ciemno i bez dyskusji popijając browarka od organizatora.

Tekst: Tymek

Komentowanie jest wyłączone