6. UTMB

Punktowa relacja z UTMB 2016:

« 1 z 2 »

1. Wszystko co gada JJej jest święte! Słuchać i czerpać garściami!

2. Takiego suportu jak ten mój to ze świeca szukać!
Aga pilnująca wszystkich szczegółów, rozwiewająca wszystkie wątpliwości tłumaczeniowe, wiecznie powtarzająca że super się trzymam itp., Magda – najgłośniejszy doping na wszystkich punktach z niosącym się po Alpach: ZAPIERDALACZEEEE!!! No i Szwagier który i bułę i browara jak trzeba wyczaruje i niezachwiana wiara: „on to rozpierdoli, da radę!!!” Tylko Japończycy okresami mogli się równać.

3. UTMB w Chamonix.
Jak mówi JJej tam choć raz trzeba być. Rozmach imprezy biegowej dla 7500 ludzi, kilka biegów, wszędzie ludziska z opaskami na łapach w różnych kolorach, z UTMB, TDS, OCC, koło nich osoby towarzyszące. Wszyscy żyją jednym biegowym tematem, a UTMB to gwóźdź programu.  Można ponarzekać że komercja, że godzinę w kolejce w biurze zawodów trzeba odstać. Ale po co? Mekka biegów Ultra. Raz w życiu obowiązkowo!

4. „Spacer po parku” cyt. z niejakiego kol. Hercoga. Że niby łatwa trasa technicznie itp. Nie słuchać pierdolenia takich gwiazd ultra. Nie jedno podejście i kilka zbiegów kamienistych, po zapylonych kurzem korzeniach dało nieźle w dupę nie jednemu kozakowi. Ponad 1000 harpaganów nie dotarło do mety! Spacer po parku. Pierdolenie głupot.

5. Pogoda. Ostry wpierdol.  Biegał ktoś cokolwiek w ponad 30 stopniach? To tam było tak non stop! Po 20 km spokojnego biegu byłem zalany potem jak w saunie. Potem ciepła noc, ale na 2500m npm wygwizdów robił swoje, poranek zimny, a potem cały dzień upalny na granicy zajebania słońcem i odwodnienia non stop. Kolejna noc ,chłodniejsza, postraszyła piorunami i grzmotami, na szczęście burze przeszły ciutkę obok i tym samym nie przerwano biegu o co się przez godzinę martwiłem. No i finisz niedzielny. Ponownie w full upale. Pewnie ostro odbiło się to na moim wyniku a i pomogło załatwić 1000 luda.

6. Trasa. Totalny wpierdol. To jest pancernik trasowy. Kolumbryna. Obiega się ten Mont Blanc, zerkasz na mijany masyw i nie możesz uwierzyć jaki to jest kurwa kawał drogi! Sunciak ogłosił, że średnia wysokości na całej trasie to 1698m npm! Jak zerknąłem na przebieg profilu na Sunciaku to mnie ponownie dreszcze przeszły. Te kurwa podejścia alpejskie w drodze do Courmayer zajebią każdego. Kilka razy łapana wysokość 2500m npm, jedno z podejść od podstawy miało 20km. Po drodze sznureczek latarek z których pękają kolejne ogniwa. Ludziska na boku rzygają, podsypiają i ponownie wracają do karawany. Po drodze kamiory tatrzańskie i śnieg, potem zbiegi po gruzowiskach, piargach i niekończący się zbieg do punktu 79km. Na koniec 5km pionową wąską ścieżką o stopniu zapylenia jak młyn w Jarocinie. Pył w mózgu, nosie, pysku, oczach a nogi nie mogą się zatrzymać lecąc w dół. Rzeź. W nagrodę powrót na 2000m npm pod taką samą stromiznę i to w totalnym upale. Na Refuge Bertone ludzie włazili na czworakach prosząc o wodę. Potem niby płaskowyż na którym płasko nie występowało, non stop biegowo góra-dół i największa grupa ludzi złażących z trasy (ponad 100osób tu poległo). Dalej bonus. Wyrypa kolejna na 2500m npm, a z niej zbieg do Champexu (punkt na 124km). 20km zbiegu bez końca a sam punkt umieszczony pod górkę co by się nie nudziło – hahahaaa! Stamtąd już prawie meta.Tylko trzy doliny do końca. Po drodze do każdej dwutysięcznik. Pierwsze dwa nocą na totalnie odparzonych nogach. Przebijanie krwiaków co by noga zmieściła się w bucie. Haluny w nocy. W lesie krzaki, drzewa zamieniają się w postacie. Tu sra Magda, a tu gospodyni z krową idzie. Skąd? Jak? O domki dla Kangurzycy i Maleństwa Ale dlaczego tyle ich? I czemu we wszystkich się świecą światełka? Kurwa słabnę. Spacer po parku ja pierdole. Nad ranem przed Vallorcine zaczynam się chwiać. Odczyt z baterii organizmu: poniżej 5% mocy. Stan krytyczny. Siadam. Nie ma nóg. Zjadam żel i pomału się zbieram. Po godzinie żyję na nowo i dobiegam do ostatniego punktu suportowego. Moja załoga wstała przedwcześnie i znów są. Zapas do limitu ponownie wzrósł do 2h30min i wiemy że musi się udać choć moc jest zerowa. Po wyjściu z punktu sraczka. Przerwa. Potem podejście w full słońcu +/- 1000m. Na grani ledwo ciągnę, aż w końcu ostatni punkt z wodą na 8km przed metą. Odżywam. Melduję się mojej załodze. Szwagier gada, że sporo miejsc straciłem na ostatnim odcinku. Kuźwa biorę dupę w troki na pełnym zaparzeniu stup gonię i przeganiam kolejne trupy. Do Chamonix zdążę łyknąć takich ponad 30 osób wchodząc tym samym do pierwszego tysiąca stawki.

7. Wynik: 43h 23 min.
Miejsce 969 na 2554 osób które wystartowały. To 38%. Ukończyło niespełna 1500 osób, ponad 1000 harpaganów zeszło z trasy! Czy mogło być lepiej ? NIE MOGŁO bo nie było i chuj. Zrobiłem wszystko na co mnie było stać. Nie opierdalałem się. Czy realny jest szybszy bieg dla ludzi mojego/naszego pokroju? Tak, możliwe jest złamanie 40h, ale to układanka z tak wielu czynników, że to zawsze będzie loteria. I na koniec w ramach podziękowania dla JJeja:

8. Taktyka.
Na tą ogromny wpływ miało ostatnie pół roku, kontuzje i walka z nimi, rozsypane klocki i mozolne ich składanie. Jak tylko nachodziły mnie wątpliwości to wtedy pojawiał się głos starego ultrasa JJeja: „spokojnie, wszystko inne na bok, bez pośpiechu, no i chuj że uciekł trening piąty, dziesiąty, dupc to, spokojnie, wolno, bez szarpaczki. Kto wolniej zacznie to szybciej na mecie będzie”. Pomału otrzaskiwałem się z tą myślą, że zrobię to po JJejowemu a nie po mojemu. Okazało się, że dzięki temu pobiegłem najlepszy taktyczny bieg ultra w życiu!!! Na starcie stanąłem w ostatnim szeregu, zanim przekroczyłem linię startu minęło 10min! Zanim zacząłem pierwszy trucht kolejne 10min! Następna godzina to brak możliwości wyprzedzania. Myślałem sobie stary dziadu ale się cieszyć teraz musisz. Po godzinie olałem zerkanie na czas i zacząłem cieszyć się drogą. Do tego dołożyłem coś od siebie. Obiecałem sobie, że w pierwszej nocy, w pierwszych 20h nie popełnię żadnego błędu technicznego. Każdy krok starannie przemyślany, każde postawienie nogi mega ergonomiczne. Mijały kolejne km, byłem wykończony na podejściach, zmęczony na zbiegach, ale kontuzjowane mięśnie meldowały, że wszystko jest ok i czasem pozwalały podkręcić tempo. Ten spokój tempowy prawdopodobnie pozwolił uciec wynikowi 39h59min, ale też pozwolił wchodzić w optymalnie dobrym stanie w kolejne etapy. Lekko nerwowo się zrobiło jak się okazało, że limit 2-2.30h spadł do 1h50min, ale wtedy było z czego odpalić i ponownie wypracować 2h30min, a po kosmicznym zbiegu na ostatnich 8km powiększyć go do ponad 3h! Na mecie stan zawodnika dobry. Wykończony, zmęczony, ale straty znikome!
Dziewczyny i Andrzej w szoku. Nie trzeba mnie nieść, na metę wpadam sprintem, a na browara idę o własnych siłach JJej dzięki Przyjacielu.

P.S.
Sprzęt. Wszystko dało radę, w jednych butach to przebiegłem i trzech parach skarpetek. Większość rzeczy się nie przydała, ale była ze mną jako wyposażenie obowiązkowe. Zgubiłem jedną latarkę (zapomniałem w punkcie zabrać jej ze stołu). Szczególne podziękowania dla Andrzeja za kijki, te są pierwsza klasa, niestety trochę je „zużyłem”, ale w boju więc mi jakoś wybaczysz. Dzięki! Sunciak szedł w optymalnych ustawieniach i zmierzył 175km. Organizatorowi wyszedł pomiar 171km. Ładowałem go na punktach powerbankiem.

I to tyle …

Tekst: Tymek

Komentowanie jest wyłączone