5. Łemkowyna Ultra Trail 70 km

Łemkowyna Ultra Trail 70 km. Relacja debiutanta – Kwadrata.

Od czego by zacząć tą opowieść? Może od tego, że jest to opowieść debiutanta w biegu ultra a zarazem doświadczonego biegacza z wieloletnim doświadczeniem biegowym.  Na ten bieg czekałem całe moje życie biegowe czyli od 24 marca 2005 kiedy po raz pierwszy wyszedłem potruchtać na boisku KS Cyklon w Rogożniku. Debiut w biegu ultra wypadł właśnie podczas biegu Łemkowyna Ultra Trail 70km a.d. 2015. Był to też za razem 3 cel w tym roku kalendarzowym do zrealizowania. Pierwsze dwa udało się zrealizować z nawiązką więc i 3 nie mógł się nie udać. Ale zacznijmy tą opowieść od początku ….

Początek nie jest zachęcający. Cały tydzień przed biegiem zmagałem się z przeziębieniem więc organizm był troszkę osłabiony a 70 km w górach to nie spacerek po parku, który można zaliczyć z przeziębieniem. Dodatkowo wesoły nastrój przedwyjazdowy oklapł u mnie przed wyjazdem w związku z artykułem w Informatorze Gminnym. To długa historia ale kilka osób co będzie czytać ten tekst wie o chodzi. Do tego jeszcze powrócimy i celowo nawiązuje do tego na samym początku. Nie patrząc na te dwa minusy opisane powyżej wszystko zapowiadało się pięknie. Pogoda miała być idealna wg prognoz i taka była. Trasa miała być malownicza w kolorze złotej polskiej jesieni i była. Błotko miało być i było … no właśnie – błotko. Na dzień przed startem rozważałem, czy bieg przebiec w butach górskich, którym dawałem sporą szanse na niedociągnięcie mnie do mety poprzez potencjalne odciski czy zaryzykować i założyć wygodne asfaltowe slicki, które dociągną mnie do mety ale podwyższą ryzyko wywinięcia pięknego orła na trasie. Zgadnijcie co wybrałem? 😉 Tak tak slicki mimo, że każdy z naszej świty, z którym o tym rozmawiałem mówił, że to zabójstwo. Ja jednak postanowiłem zaryzykować. No to teraz sobie wyobraźcie kolesia przygotowanego profesjonalnie do swojego pierwszego biegu ultra, mającego wszystko co organizatorzy sobie zażyczyli w plecaku ze slikami na nogach i ruszamy na trasę mojego pierwszego ultra maratonu Łemkowyna Ultra Trail 70km.

Plan był prosty. Powoli do przodu i zameldować się na mecie max w 10h. O 7 rano ruszamy na trasę. Do przodu z Zapieradalczy wyrywają się od samego początku wszyscy oprócz mnie i Mamuta. My gdzieś tam razem w połowie stawki delikatnie sobie truchtaliśmy pierwsze metry trasy. Z pierwszych 20 km do pierwszego punktu pamiętam tylko dwie rzeczy. Jeden … śpiewającego radosne pieśni na cały głos jednego z uczestników i to, że gdzieś w międzyczasie wyprzedziłem Frania i Janusza. Kilka razy napotkałem się też na Andrew, z którym spotkałem się na 1ym punkcie żywieniowy. Tutaj Andrew daje mi znać, że Janusz się wycofał z powodu kontuzji oraz, że on ma dużo zapasu czasowego do drugiego punktu w Puławach Górnych. Miał się tam zameldować „just in time” by o 12:30 zabrać się ze swoją żoną Sabinką na dalszą cześć trasy. Kilka minut po wybiegnięciu z 1 punktu odżywczego plan Andrew trafia szlak bo go zaczynają łapać skurcze i jak się potem okazuję nie dotrze on na czas na start na 12:30 do Puław Górnych. Ja cały czas trzymam się planu. Po drodze zamieniam kilka słów z kilkoma zapaleńcami jak ja i z pewną dziewczyną z białą kitą uwiązaną do plecaka. Pozdrowienia dla tej Pani jak to czyta i dzięki, że mogłem pomyśleć o „kitce” 😉 Slicki na nogach okazują się w warunkach iście błotnistych nie takim złym rozwiązaniem. Nie widzę żadnej różnicy między tym jak ja się ślizgam a jak to robili inni. Ostatnie kilometry asfaltowe do punktu w Puławach pokonuję z poznanym biegaczem i by jak to określiliśmy „nie robić sobie siary”  żwawo podbiegamy jeszcze do końca asfaltu czyli tuż przed punkt kontrolny na 40 km. Spotykam na punkcie Sabinkę, która czeka na Andrew –  zamieniamy kilka słów, łykam izotonik z dosypaną szczyptą soli, uzupełniam zapas wody i po 5h i 15min wchodzę z punktu na 40 km. Otuchy dodaje mi myśl, bo Sabinka powiedziała, że dobrze wyglądam. 11 km później już nie wyglądałem dobrze. Był jakiś 51 km mojej trasy gdy zza pleców usłyszałem rześkie „hej Seba!”. Sabinka mnie dogoniła w momencie jak już wiedziałem, że reszta tras to będzie walka. Od razu jej powiedziałem by leciała do przodu, że nie dam rady jej dotrzymać kroku.

Mógłbym w tym miejscu tak ciągnąć tą opowieść co, gdzie, kto , z kim i jak jeszcze długo. Mógłbym rozpisywać w nieskończoność jakie to szczyty i piękne widoki mijaliśmy po drodze, ile to zapaleńców biegowych poznałem po drodze i o czym gadaliśmy, jak to mnie nogi bolały jakby ktoś je sztachetami poobijał na ostatnich 20 km, jak to sobie odciski porobiłem, jak walczyłem o każdą minutę, jak to się odwodniłem mimo, że stosowałem zasadę pij kiedy masz pragnienie nie rzadziej niż kilka łyków co 20 min, jak poszło reszcie Zapierdalaczy. Mógłbym przytaczać dziesiątki cyfr, liczb, pozycji, podawać tempo ale chyba w pierwszym biegu ultra nie o to wg mnie chodzi. Chodzi o coś więcej. 10 lat biegania i doświadczenie biegowe troszkę mnie przygotowało na to jak się będę czuł. Przygotowało mnie na to jak się będę czuł fizycznie ale nie przygotowało mnie na to jak się będę czuł psychicznie.  Na końcowych odcinku asfaltowym w Komańczy wiedziałem już, że dam radę oraz, że 10h pęknie. Nie mniej jednak załączyłem sobie tzw tryb „od latarni do latarni” zmuszając jeszcze swój organizm do biegu. Właściwie to się nie zmuszałem. Psychicznie tutaj wysiadłem. Łzy cisnęły mi się na oczy i ryczeć mi się chciało bo wyobrażałem sobie, że na mecie jest moja Ania. To ona mnie pchała do przodu. Starałem się nie patrzeć w twarz innych bo byłem czerwony jak burak od łez i od łkania. To jest wg mnie sens tego wszystkiego. Mieć w tym swój cel i siłę, która cię pcha do mety. Dziękuję Aniu,  że byłaś moją wirtualną siłą, która mnie dopchała do mety! Nawiązując też do myśli z początku tekstu o spięciu i oklapnięciu nastroju przedstartowego – mam to w dupie! Dzięki Flaku,  że mnie okryłeś kołdrą kiedy miałem takie zakwasy wieczorem w sobotę, że ruszać ręką nie mogłem. Dzięki każdemu Zapierdalaczowi – bez was nie pisałbym dziś tego tekstu jako ultra maratończyk. Czas i miejsce na mecie w tym przypadku są dla mnie nieistotne więc ich nie podam.  O to właśnie w tym wszystkim chodzi. O ludzi, którzy dzielą wspólnie pasję mimo, że to sport wybitnie indywidualny, o siłę którą znajdujesz w sobie na ostatnich kilometrach biegów, o ludzi którzy pomogą jak nie dajesz rady się położyć sam spać po biegu. Koniec relacji. Nietypowa to relacja patrząc na nasze inne na stronie ale tak musi być i już. Następna już będzie normalna 😉

Tekst: Kwadrat

« 1 z 3 »

Komentowanie jest wyłączone