5. Lavaredo Ultra Trail

Jak biegowy cel roku 2016 rozłożył mnie na łopatki ?

Retrospekcja

Jest październik 2015 roku. Chwilę temu po ukończeniu ŁUT70, kończy się mój sezon biegowy 2015 teraz pozostaje już tylko odpoczynek i budowanie masy zanim wystartujemy z planami na rok 2016. Oczywiście przerwa od biegania powoduje, że bardzo szybko zaczynam wymyślać gdzie by tu wystartować w 2016 roku. Szybko z ekipą Zapierdalaczy dochodzimy do wniosku, że zagranicznym głównym startem będzie The North Face Lavaredo Ultra Trail 2016 i tak 15.10.2015 r rejstruję się na ten bieg. Ponieważ liczba zapisanych uczestników jest większa od limitu organizator przeprowadzi losowanie.

Ranekiem 31.10.2015 r. wstaję bardzo wcześnie bo jestem umówiony na trening z Andrzejm i Frankiem. Przy śniadaniu sprawdzam pocztę na telefonie i oto jest mail z jakże wyczekiwaną treścią: „Congratulations! Your name was chosen at random from the 2712 pre-registered athletes to The North Face® Lavaredo Ultra Trail 2016.” Jest radość bo to oznacza, że w silnej ekipie Ja, Franiu, Andrzej i JJ będziemy się mierzyli z pięknymi Dolomitami.

Lavaredo

Czas od udanego dla nas losowania do samego biegu przelatuje z szybkością światła i oto jest 24.06.2016 r. czyli dzień startu. Kilka dni wcześniej w bardzo silnej grupie bo aż 14 osobowej docieramy do miejscowości San Vito di Cadore oddalonej o jakieś 12 km od Cortiny d’Ampezzo, która będzie stanowić od teraz naszą bazę przed biegiem. W dniu startu od rana pogoda jest przepiękna, świeci słoneczko i tylko nieliczne chmurki wędrują po niebie. Niestety na kilka godzin przed biegem rozpętuje się istne piekło na niebie. Zaczyna się potworna burza z piorunami ale przede wszystkim taka ulewa, że ulice szybko zamieniają się w rzeki. Przygotowując się spokojnie w hotelu do wyjścia mamy nie mały dylemat w co się ubrać a co zabrać ze sobą do plecaka przy takich warunkach pogodowych. Na szczęście ok 22 ulewa przechodzi w lekki deszczyk a następnie już tylko w chłodzącą mrzawkę.

Docieramy do Cortiny d’Ampezzo. Na ulicach widać już tłumy ludzi – zawodników i kibiców, czuć atmosferę czekającego wydarzenia. Idziemy na linię startu. Zawodnicy tłoczą się już przy starcie, a my próbujemy znaleźć jak najlepsze miejsca żeby nie zaczynać biegu z samego końca. W końcu udaje nam się ustawić gdzieś w połowie stawki. O 23.00 z  głośników rozbrzmiewa The Ecstasy of Gold  Ennio Morircone i już tylko 3…2…1… i START.

Ruszamy przez ulice Cortiny z całym potokiem biegaczy. Początkowo trasa biegnie po asfaltowych uliczkach miasteczka aż do wejścia na szlak. Ponieważ pierwszy raz staruję w biegu na noc do końca nie wiem czego można się spodziewać i jak to będzie biegać po górach po ciemku. Szybko moje obawy związane z ciemnościami zostają rozwiane bowiem obok mnie na trasie znajdują się setki biegaczy wyposażonych w przeróżnej mocy latarki czołowe. Chwilami więc gaszę swoją latarkę uznając, że nie ma sensu jej używać bo jest tak widno. Już na początkowych kilometrach można dostrzec rozgrywające się dramaty zawodników, którzy np. na korzeniach skręcają kostki nie są w stanie kontynuować biegu. Mnie na szczęście takie przygody na początku omijają i prę do przodu razem z Andrzejem i JJ, a parę kroków za Franiem. Po jakimś czasie zostajemy z Andrzejem sami bo gdzieś w tłumie znika nam Franiu i JJ. Do pierwszego punktu żywieniowego Ospitale docieramy z Andrzejem razem ale w tym miejscu gdzieś się obaj gubimy i w dalszą trasę ruszam już sam.

Tłum biegaczy powoli zaczyna się rozciągać ale dalej na podejściach idze się gęsiego i momentami ciężko kogokolwiek wyprzedzić. Wśród biegaczy dominuje słyszany z rozmów język Polski co oznacza, że rodaków na trasie sporo (stanowiliśmy 3 nację po Włochach i Francuzach). Powoli czerwcowa noc zaczyna ustępować i zaczyna się poranek. Po 4 h 50 min docieram do pierwszego punktu kontrolnego Federavecchia. Czas mam w sumie całkiem niezły bo ponad 40 min przed limitem. Na razie biegnie mi się fajnie.

Po ok 6h 20 min docieram do jeziora Misurina, jest chwilę po 5 rano. Jeziorko wygląda pięknie, unosi się nad nim jeszcze lekka mgiełka – pozostałość po nocy. Po drugiej stronie brzegu super widok na piętrzące się i odbijające w wodzie szczyty. Po zostawieniu w tyle jeziora zaczynam wspinaczkę na najbardziej charakterystyczny punkt od którego wzięła się nazwa biegu czyli Tre Cime Di Lavaredo. Na tym odcinku pod sam koniec podejścia zaczynam odczuwać pierwsze osłabienie.

Do punktu kontrolnego Rifugio Auronzo zlokalizowanego u stóp Tre Cime docieram w czasie 8 h 02 min, prawie 2 h 30 min przed limitem. Wchodzę do budynku i tu spotyka mnie niespodzianka bo muszę stanąć w kolejce po jedzenie z tacą jak w samoobsługowej jadłodajni. Po kilku minutach w kolejce rozsiadam się przy stoliku i spokojnie bez pospiechu jem zupkę serwowaną przez organizatora przegryzając ją chlebem i popijając ciepłą herbatką. Wychodząc z budynku chciałem jeszcze uzupełnić bukłak wodą, niestety tak niefortunnie odkręciłem wodę, że przy okazji zalałem cały plecak, który przez kolejne kilometry działał chłodząco na plecy. Po opuszczeniu punktu kontrolnego Rifugio Auronzo trasa malowniczo prawie okrąża Tre Cime w związku z czym jest trochę czasu na podziwianie tej unikatowej góry. Jest po 8 rano, słońce na niebie zapowiada piękny dzień w Dolomitach. Po krótkiej wspinacze do najwyższego punktu biegu rozpoczyna się kilku kilometrowy zbieg a następnie kawałek płaskiej trasy w lesie. Właśnie na tym płaskim fragmencie po niedawnej nauce chodzenia z kijkami Nordic Walking załączam takie tempo marszu, że zaczynam doganiać zawodników, którzy są przede mną.

Po 10 h 50 min, a 2 h 40 min przed limitem docieram do punktu kontrolnego Cimabanche zlokalizowanego na 66 km. Jest to zarazem jedyny na trasie przepak. Wcześniej przed biegiem umawiamy się z Andrzejem i Franiem, że kto dotrze do tego punktu puszcza pozostałej dwójce sygnał telefonem. Jako, że nie słyszałem wcześniej sygnałów od chłopaków oznacza to, że z naszej trójki jestem tutaj pierwszy. W głowie przeliczam przewidywany czas na mecie i wychodzi mi, że powinno być całkiem nieźle. Po odebraniu swojego worka rozsiadam się z jedzeniem, doładowuję z power banka zegarek (jak się później okaże trochę za mało i bateria nie dotrwa do końca biegu), zmieniam koszulkę, uzupełniam bukłak i po ok 25 min ruszam w dalszą drogę. Zaraz po wyjściu z punktu trasa przez chwilę biegnie wzdłuż drogi po czym skręca w prawo na szlak i zaczyna piąć się w górę. Na tym odcinku moje tempo zaczyna już spadać. Słońce operuje już niemiłosiernie a upał zaczyna już powoli przeszkadzać w szybkim przemieszczaniu się. Cały czas jednak prę do przodu bo dalej moje średnie tempo zwiastuje, że jest nieźle może nawet za dobrze.

Do kolejnego punktu odżywczego Malga Ra Stua zlokalizowanego na ok 75 km docieram po ok 12 h 30 min na 3 h przed limitem. Siadam w rozstawionym namiocie, wyciągam telefon i dzwonię do Ady z informacją gdzie jestem. Niestety podczas zbiegu do punktu obijam lewy duży palec i już do końca biegu będę czuł ból a po biegu okaże się, że paluch jest cały siny i zejdzie mi paznokieć. Po posileniu się kolejną zupą i uzupełnieniu ruszam w dalszą trasę.

Z profilu trasy wyczytuję, że następny punkt kontrolny jest za ok 20 km czyli w okolicy 95 km trasy. Początkowo po dość sporych kamieniach zbiegamy by po ok 5 km zacząć na prawdę długą i mozolą wspinaczkę. Trasa biegu biegnie przepiękną doliną ulokowaną pomiędzy szczytami po ok 3000m. Niestety na tym odcinku dopada mnie potężny kryzys, który jak się okaże nie opuści mnie już aż do samej mety w Cortinie. W związku z tym na podziwianie owych widoków mam aż za dużo czasu. Odcinek niespełna 15 km dłuży się niemiłosiernie bo czasy poszczególnych km spadają drastycznie i momentami pokonanie 1 km zajmuje mi ponad 25 min. Kryzys objawia się tym, że jak tylko teren zaczyna się wznosić nie jestem w stanie iść w jako takim tempie tylko człapię jak jakiś staruszek. Jak tylko próbuję mocniej ruszyć serce zaczyna walić jak młotek a w płucach brakuje od razu powietrza. Stan fizyczny zmusza mnie do częstych postojów na złapanie oddechu i uspokojenie serca co wiąże się z potężnymi stratami czasowymi. Wszystko to powoduje, że zaczynam jeszcze dodatkowo odczuwać głód, bo po tym co zjadłem na ostatnim punkcie nie ma już śladu a ja w plecaku oprócz żeli energetycznych nie mam żadnego konkretnego „normalnego” jedzenia. Żele co prawda dają szybki zastrzyk energii ale niestety nie wypełniają żołądka, który czuję, że zaczyna się kurczyć z głodu. Około 90 km znajduje się punkt do uzupełniania wody, napotkane w tym miejscu wolontariuszki ratują mnie trochę dając mi do zjedzenia lokalny ser i szynkę. Chwilę później kiedy kolejny raz zmuszony jestem do pit stopu odwracam się i widzę, że zbliża się do mnie JJ. Trochę się dziwię bo cały czas byłem przekonany, że jest on sporo przede mną. Po chwili JJ jest już koło mnie i wyjaśnia się zagadka dlaczego był cały czas za mną. Otóż MEGA ZAPIERDALACZ JJ przespał się ok 40 min na trasie biegu i dlatego został za mną. Ta informacja rujnuje moją psychikę już doszczętnie. Ja tu walczę ostatnimi resztkami sił, żeby pokonać w końcu ten cholerny niekończący się odcinek a gość po takiej przerwie dogania mnie i łyka w takim stylu, że po prostu nie mam pytań. Oczywiście JJ próbuje mnie zachęcić żebym dawał za nim ale ta sztuka w moim obecnym stanie to może uda się na odcinku 50 m. Po chwili po JJ-u pozostaje więc wspomnienie a ja kontynuuję walkę z tą pieprzoną górą o nazwie Col Dei Bos. W końcu docieram na jej szczyt myśląc, że jeszcze tylko krótki zbieg i będę na kolejnym punkcie. Niestety życie płata figla i żeby dostać się do wymarzonego punktu znowu muszę się wspinać pod jakąś cholerną górę i znowu muszę walczyć ze swoimi już na prawdę potężnymi słabościami.

W końcu po 17 h 43 min docieram do punktu kontrolnego zlokalizowanego na 95 km o nazwie Rifugio Col Gallina. Pokonanie ok 20 km odcinka trasy zajmuje mi dokładnie 5 h i 13 min a nie licząc początkowych 5 km zbiegu pozostałe 15 km pokonuję w 4 h 27 min. MASAKRAAA. Skalę zniszczeń obrazuje jeszcze mój spadek w klasyfikacji biegu. Na 66 km jestem na 430 miejscu a na 95 km jestem na 535 miejscu, czyli jak łatwo policzyć mija mnie 105 osób !!!!!!

Na punkcie spotykam JJ szykującego się już do wyjścia, który mówi mi Polska Reprezentacja grające tego dnia ze Szwajcarią na EURO 2016 prowadzi 1:0. Ta informacja przez chwilę mnie cieszy ale zaraz entuzjazm opada bo JJ pokazuje mi na którą z okolicznych gór trzeba się następnie wdrapać. Po tej informacji postanawiam, że na punkcie spędzę dłuższą chwilę, odpocznę, najem się i dopiero ruszę w trasę. Ponownie dzwonię do Ady z informacją, że jestem już w katastrofalnym stanie i że teraz to już do końca będzie coraz gorzej. Od Ady dowiaduję się, że Franiu jest już z dziewczynami w Cortinie ponieważ zrezygnował z biegu na 66 km w punkcie Cimabanche. Ta informacja powoduje, że powoli sam zaczynam rozważać rezygnację z dalszej części biegu. Jedząc myśli kotłują się w głowie co robić dalej ale w końcu podejmuję decyzję, że choby żigać prę do mety bo zapas do limitu mam spory a DNF jeszcze mi się w życiu nie przytrafił i tym razem też się nie przytrafi.

Po ok 27 min spędzonych na punkcie ruszam w dalszy bój. Pogoda z pięknej słonecznej zaczyna się troszkę psuć i widać już na niebie spore ilości chmur zwiastujących rychłe nadejście deszczu. Zaczynam wspinaczkę w kierunku szczytu o nazwie Averau. Wspinaczka nie jest może najdłuższa bo ma ok 5 km ale przewyższenie znowu robi swoje i przy moim stanie zajmuje mi to blisko 1h 30 min. Docierając na szczyt pogoda jest już kiepskawa, zaczyna wiać zimny wiatr i słychać grzmoty zbliżającej się burzy. Nie zważając na to ruszam dalej początkowo dosyć stromym i kamienistym zbiegiem docieram do kolejnej na szczęście niezbyt stromej wspinaczki. Z daleka widać już kolejny punkt kontrolny ulokowany na słynnej z wyścigów kolarskich Passo Giau. Niestety zanim do niego dotrę czeka mnie jeszcze kluczenie w labiryncie mniejszych i większych skał. Ze względu na zmieniającą się już pogodę i porę dnia, bo jest już przed godziną 20 na trasie spotykam wolontariuszy, którzy dodatkowo doznakowują trasę biegu odblaskowymi tasiemkami przygotowują ją dla zawodników, którzy będą w tym miejscu już po ciemku. Po 20 h i 19 min melduję się w końcu na Passo Giau na ponad 3 h 40 min przed limitem. Po szybkim uzupełnieniu zapasów ruszam w dalszą drogę bo pogoda robi się już na prawdę coraz gorsza, wieje już silny wiatr a odgłosy burzy są słyszalne coraz bliżej.

Z profilu biegu załączonego do numeru startowego wyczytuję, że jeszcze tylko 2 góry przede mną a potem już tylko zbieg do Cortiny na metę. Niestety te góry dadzą mi jeszcze popalić. Pierwszą z nich jest Forcella Giau wznosząca się na 2360 m n.p.m. Podejście to zajmuje mi ponownie sporo czasu ponieważ jestem już tak wyczerpany, że marzę już żeby to wszystko się skończyło. Na trasie mijają mnie kolejni zawodnicy, którym sam bez żadnego przymusu ustępuję miejsca na stromym podejściu wiedząc, że jeżeli tego nie zrobię to ich obecność za moimi człapiącymi plecami będzie bardziej denerwująca niż ich widok przede mną. Po dotarciu na Forcella Giau pogoda psuje się już ostatecznie, mocno zaczyna padać deszcz a pioruny i grzmoty słyszane są już nad naszymi głowami. Zatrzymuję się więc na szczycie zakładam kurtkę przeciwdeszczową, rękawiczki wodoodporne i spodnie także wodoodporne. Mijający mnie zawodnicy także się zatrzymują i zaczynają ubierać jednak dostrzegam u nich te same błędy, które ja popełniłem rok wcześniej podczas Eiger Ultra Trail. Otóż chłopaki wyjmują z plecaków kolejne pary spodenek 3/4, które nakładają na te mokre, które mają już na sobie. W ten sposób na pewno nie uchroni ich to przed zimnem i deszczem. Ja w ubiegłym roku miałem takie samo wyposażenie jednak w tym roku nauczony doświadczeniem kupiłe i zabrałem ze sobą lekkie spodnie przeciwdeszczowe, które teraz spokojnie założyłem na spodenki. W ten sposób miałem na nogach 2 warstwy chroniące i przed deszczem i przed zimnem. Po chwili postoju opatulony od stóp do głów ruszam w dalszą trasę. Na moje szczęście trasa w tym miejscu prowadzi lekko z górki, to też jestem w stanie na tym odcinku troszkę pobiegać. Doganiam po chwili parę biegaczy, którzy są przede mną, niestety po chwili zaczyna się kolejne podejście i dogonieni biegacze znikają mi w momencie, bo ja oczywiście przechodzę to tempa 90-latka. Co chwilę oglądam się za siebie wypatrując czy już zbliża się do mnie Andrzej, bo przypuszczam, że porusza się innym tempem i odrabia do mnie stracone wcześniej minuty. W końcu po minięciu ostatniego podejścia zaczynam się cieszyć, że do mety droga będzie już prawie cały czas z góry. W lejącym deszczu zaczynam zbieg dłuuugą ale niezbyt stromą ścieżką w kierunku kolejnego punktu odżywczego usytuowanego przy jeziorze Lago Federa. Na tym punkcie dogania mnie w końcu Andrzej. Widać po nim, że jest w o wiele lepszym stanie fizycznym ode mnie. Dzwoni do Sabiny oznajmiając jej, że do mety pozostało nam już tylko 8 km i że za ok godzinę będziemy na mecie. Po usłyszeniu tego zdania stwierdzam, że w moim przypadku jest to skrajny optymizm a właściwie niemal fantazja. Po zakończonej rozmowie z Sabiną Andrzej jak powiedział tak zrobił i ruszył z kopyta w kierunku Cortiny, ja natomiast zrobiłem to samo tyle, że w swoim spokojnym żółwim tempie. Deszcz powoli przestał padać. Trasa prowadząca w dół przez las była już tak rozmiększona przez wodę i niemal 600 osób, które już po niej przebiegły, że miejscami nie dało się nawet po niej iść. Na zbiegu dogoniłem grupkę Polaków i razem z nimi próbowałem jakoś brnąć przez błoto, uważając przy tym, żeby na końcowych km nie zrobić sobie krzywdy. Niestety dopóki było z górki bez problemu trzymałem ich tempo natomiast kiedy tylko pojawiał się choćby najmniejszy chopek od razu traciłem z nimi kontakt. W ten sposób po jakimś czasie zostałem sam w panujących już ciemnościach i tak z godnością osobistą zmierzałem do mety. Po dotarciu w końcu do asfaltu stwierdziłem, że jeszcze resztkami mocy spróbuję trochę urwać czasu. Niestety scenariusz znowu był taki sam, dopóki było płasko lub z górki jeszcze jako tako dawałem radę biec ale kiedy tylko teren zaczynał się wznosić serce i płuca ogłaszały strajk i znowu musiałem przechodzić to marszu w tempie żółwia.

Moja „przygoda” a właściwie na ostatnich kilometrach niewyobrażalna męka kończy się w końcu w sercu Cortiny d’Ampezzo po 24 h 19 min 25 s i przebyciu 119 km. Na mecie panuje jakaś taka dziwna atmosfera. Wiem że już późna pora bo jest po 23 ale mimo wszystko sami organizatorzy jakoś dziwnie podchodzą do kończących zawody finiszerów. Otrzymałem co prawda po przekroczeniu lini mety medal ale oprócz tego nikt nie pokazał mi gdzie mogę dostać coś do jedzenia, picia, gdzie odebrać kamizelkę finiszera. Na szczęście ekipa Zapierdalaczy jest na miejscu i zaraz przy mnie pojawia się Kacper, który nadrabia braki organizatora i sam prowadzi mnie do miejsca odbioru kamizelek, wskazuje miejsce gdzie chwilę wcześniej było jedzenie i picie, ale niestety już go niema. Zaraz po wyjściu ze strefy mety dopada mnie Franiu a po chwili Sabina. Idziemy razem do samochodu, w którym próbuje spać Andrzej będący już ponad 30 min na mecie. Przebieram się wsiadam do busa, którym Sabina w nocy zwiezie nas na zasłużony wypoczynek nad Morzem Egejskim i tak kończy się dla mnie The North Face Lavaredo Ultra Trail 2016.

Epilog

Następnego dnia po biegu, kiedy wyspany schodzę naa śniadanie dotrzegam ile sił i zdrowia kosztował mnie ten bieg. Przy próbie opowidania jak to wyglądało co chwilę muszę robić pauzę na złapanie oddechu bowiem dalej serce strajkuje i co chwilę dostaję zdyszki. Taki stan rzeczy trwa jeszcze z 2 dni i dopiero później zaczynam czuć się w miarę normalnie.

Ten bieg pokazał mi, że mój organizm nie toleruje dużych wysokości zwłaszcza w połączeniu z dużym wysiłkiem. Podobne oznaki miałem już rok wcześniej na Eiger Ultra Trail ale ich skali nie da się porównać do tego co przeżyłem podczas Lavaredo. Wszystko to daje mi do myślenia, że do startu w tak wysokich dla mnie górach muszę być na prawdę porządnie przygotowany, a treningi powinny obejmować także przebywanie na podobnych wysokościach choćby turystycznie.

Zaraz po przekroczeniu linii mety oczywiście oświadczyłem, że nigdy więcej nie wystartuję w podobnych górach. Dzisiaj kiedy piszę w końcu tę relację (pozdrowienia dla Tymka) po ponad 3 miesiącach od ukończenia biegu zaczynam zmieniać zdanie na ten temat. Dalej co prawda zdaję sobie z tego sprawę, że bieg w wysokich górach może znowu być dla mnie niesamowicie trudny jednak gdzie jak nie tam sprawdzę swoje nowe pomysły i podejście do treningu a po za tym tego całego zarażenia górami nie da się leczyć nigdzie indziej. 🙂

Na sam koniec już chciał bym podziękować wszystkim osobom wspierającym mnie podczas całej ekspedycji zwanej The North Face Lavaredo Ultra Trail 2016. Szczególne podziękowania dla mojej żony Adriany i synka Mikołaja. Bez was wszystkich obecnych ze mną we Włoszech ten bieg był by po prostu bez sensu.

Tekst: Flaku

Komentowanie jest wyłączone