4. Ultramaraton Magurski 22.08.2015

22.08.2015 I Ultramaraton Magurski.

Wybraliśmy się na niego w dwuosobowym składzie: ja (Tymek) i Andrzej. Po drodze do Krempnej odwiedziliśmy JJejową rodzinkę  podrzucając im Olgę i Hanię, które przyjechały do Amelki. Pogawędziliśmy z gospodarzami chwilkę, którzy nas ugościli pizzą i innymi atrakcjami, pobraliśmy pakiet obowiązkowej suplementacji – kolejny raz nieoceniona pomoc Jacka i po zmroku dotarliśmy w Beskid Niski. Biuro zawodów czynne do g.24 więc szybko odebraliśmy co trzeba, ogarnęliśmy rzeczy na rano i przed północą zalegliśmy na karimatach na szkolnym korytarzu.

Pobudka o 4 rano. Bez pośpiechu walnęliśmy po bułce, pół kubku herbaty i po pół butelczyny Jackowej mikstury ….brrrr … przepieroństwo 😉 Start o g.5 spod szkoły w której spaliśmy. Rano bardzo rześko i wilgotno, temp.ok 5-6 stopni tak więc zarzuciliśmy termo z długim rękawem. Z małym opóźnieniem ruszamy. Ludzi ok 200 osób więc jest kameralnie ale wesoło. Pierwsze kilkanaście kilometrów wg strategii Jackowej tzw.”MO” … lecimy razem w tempie ok5.30-5.45min/km. Okrągłe brzuchy powakacyjnie spokojnie się kołyszą 😉 Nie pachnie życiowym ściganiem i dobrze bo w moim przypadku moc biegowa „średnia” (100km w okresie lipiec-sierpień na kolana nikogo nie rzucają). Po kilkunastu kilometrach asfaltu i szutru w dolinie w końcu docieramy do pierwszego podejścia na Baranie. Żółty szlak zaczyna piąć się mocno w górę. Po paru chwilach jesteśmy na szczycie, tutaj nieoficjalny mały pkt z wodą i czekoladą, mały postój zdejmujemy koszulki z długim rękawem i ruszamy dalej pasmem granicznym. Andrzej po chwili ogłasza żebym gnał spokojnie dalej a on mnie będzie na zbiegach doganiał …ruszyłem żwawo bo po 2godzinach rozgrzewki wstąpiły we mnie nowe siły. Parę razy oglądam się do tyłu ale widzę że Andrzejowi dobrze w tempie początkowym więc lecę dalej sam. Trasa jest mocno biegowa więc zaczynam łapać kolejne osoby które odpuściliśmy w pierwszej fazie. Sporo tego towarzystwa. Plecak przyciężkawy, chaszcze czasami niezłe ale leci się fajnie i tak do ok.30km gdzie spotykam rozdroże tras. W lewo na długą mało kto się pakuje i po paru minutach jestem tam sam. Z przodu nikogo z tyłu nikogo i tak parę dobrych kilometrów. Doganiam w końcu 3-4 osoby, wyprzedzam je i na przełęcz Pod Zajęczym Wierchem z której jest zbieg do Radocyny znów wpadam sam.

Pogoda jest super – full słońce. Zbiegając do dolinki zaczynam odczuwać wyraźne zmęczenie. Mimo przykładnego zajadania batoników/żeli itp. Mam poczucie że to wszystko na co mnie stać tego dnia. Brak jakichkolwiek dłuższych wybiegań w ostatnich dwóch miesiącach jest aż nadto widoczny. No ale to połowa drogi więc jakoś trza to przebiec. Kilkanaście km do Wołowca po szutrze beskidzkim. Doganiam parę osób i wyprzedzam je aż docieram do kolegi debiutanta który podobnym tempem leci i tak już nam razem droga do mety będzie lecieć. Wyprzedza nas tylko jeden szybkobiegacz a tak idzie całkiem nieźle. Zaczyna się na tyle ciepło robić że chętnie moczymy łby kolejny raz przekraczając Wisłokę – wody mało więc w większości suchą stopą.

W Wołowcu pomiar czasu, jesteśmy na 16/17 miejscu i ruszamy na pola w pełnym słońcu. Na kolejnym odcinku do Bartnego zaliczamy orientacyjną wpadkę. Gubimy oznaczenia. Z góry zbiegają do nas kolejne zagubione owieczki. Robi się trochę nerwowo bo plątamy się to tu to tam ale w końcu udaje się odkręcić pomyłkę i docieramy do PTTK Bartne. Tu punkt ok.60km, skromny ale wystarczający bufet. Jestem zmęczony i ciężkawo się zbieram do wyjścia. Podejście na Magurę nie daje odpocząć ale jakoś się tam z kolega wdrapujemy, dalej za czerwonym szlakiem spotykamy kolejne podbiegi i zbiegi. W porównaniu do doliny Wisłoki tutaj jest całkiem górzyście. Wypatrujemy ostrego Kolanina, w końcu się pojawia i rzeczywiście na zbiegu z niego jest stromo z godnie z zapowiedziami Orgów. Jeszcze kilka poprawek podejściowych i w końcu pojawiamy się na przełęczy. Stąd już zbieg do Krempnej żółtym szlakiem „drewnianych mostków”. W końcu wyłaniamy się z lasu i końcówkę ok 0,5km gnamy po asfalcie do mety. Okazuje się że kończymy to z kolegą na 15/16 miejscu w czasie 9h.38 minut. Dobrze że już meta. Kolejni zawodnicy meldują że GPSy mierza trasę na ok 77km. Jak na moje przygotowanie to i tak o 30km za dużo 😉

Wypijam ciepłe piwko od Orgów, zjadamy kiełbaskę z grilla i idę pod prysznic do szkoły. Po 11godzinach z małym hakiem do mety dociera Andrzej. Piwko, kiełbaska, prysznic i z naładowanymi głowami widokami Beskidu Niskiego ruszamy w drogę powrotną. Po drodze znów gościna u Łętowickich przyjaciół z obiadkiem pod nos podanym! Odbiór małych Majchrzaczek z … łukami produkcji JJeja i wracamy do Katowic i Rogoźnika.

Bieg na długiej trasie ukończyło 76osób (ja na 16tym, Andrzej na 47 miejscu), na krótkiej trasie do mety dotarło 130osób. Impreza bardzo kameralna, trochę niedociągnięć ale ogólnie super atmosfera.

Tekst: Tymek

Komentowanie jest wyłączone