4. Rzeźnik

Zapierdalacze !

Na wstępie chciałbym się z wami przywitać, gdyż tegoroczny Rzeźnik był moim pierwszym startem gdzie w rubryce „drużyna” mogłem wpisać tą -jakże sugestywną- nazwę. W ogóle był to mój pierwszy występ gdzie poza swoim imieniem i nazwiskiem mogłem reprezentować coś jeszcze, jest mi z tego powodu niezmiernie miło.

« 1 z 2 »

W Cisnej zameldowaliśmy się w czwartek około godziny 15:00. Z nieba lał się żar, kiedy ustawiliśmy się po odbiór pakietów startowych na rozgrzanej jak patelnia nawierzchni orlika, w tłumie biegaczy można było odnieść wrażenie że powietrze parzy w płuca. Odebraliśmy numer 602 i zapakowaliśmy się powrotem do samochodów, pojechaliśmy na Przysłop gdzie czekała kwatera. W tym momencie była nas już całkiem spora grupa, która następnego dnia miała jeszcze się powiększyć, Lucy towarzyszyła mojemu partnerowi, a mnie przyjechali wspierać rodzice, siostra i przyjaciółka. Podczas gdy nasza ekipa techniczna poczuła już popołudniowy chill sącząc wino na tarasie, ja usiłowałem rozplanować co włożę do poszczególnych worków na przepaki. Szczerze mówiąc nie wiem co działo się wtedy w głowie Janusza, ale wydawał się uosobieniem spokoju, podczas gdy ja działałem całkowicie intuicyjnie. Jakoś udało mi się to w wszystko w miarę sensownie podzielić, wróciliśmy do Cisnej aby wysłuchać komunikatu technicznego. Wieczorna pogaducha, solidna kolacja, pakowanie szpeju i do spania – znacie to, nie będę się nad tym rozwodzić 😉

Kiedy wstałem bez budzika 35 minut po północy uznałem, że mój limit szczęścia został na dzisiaj wyczerpany. Oczywiście nie przyznałem się Januszowi (kiedy lekko spóźnieni zmierzaliśmy w stronę drogi w celu złapania autobusu który miał się pojawić lada moment) że zapomniałem ustawić alarm w telefonie. Dlaczego miałbym go niepokoić tym że przy okazji ekscytujących zawodów zdarzy mi się czasami zapomnieć użyć mózgu ? 😉

Przez jakieś 10 minut autobus się nie zjawiał, ale w sytuacji kiedy każdy z samochodów mijających nas zatrzymywał się, rozsądnie podjęliśmy decyzje że jedziemy z nimi na stopa. Oczywiście tematem przewodnim w rozmowie z tymi dwoma biegaczami, który zajął nam całą rozmowę do Cisnej była nowa trasa, którą mieliśmy na sobie przetestować. Ale tego dnia, wytyczona na szybko alternatywna trasa nie była jedyną rzeczą która miała zostać poddana próbie.

W autobusie Janusz spał, ja natomiast gapiłem się w czerń dookoła nas za oknem i kontemplowałem życie. Kiedy tak ze 4 razy zdążyłem przejść od narodzin przez te 19 lat aż do dnia dzisiejszego przytłoczyła mnie odległość do Komańczy, która przecież nie była nawet połową tego co miało nas dzisiaj czekać. Humor jednak dopisywał, ustawiliśmy się na starcie – wydawało mi się że stoimy całkiem blisko pierwszej linii, nawet huk pistoletu który miałem wrażenie że ktoś odpalił nam nad uchem, powinien na to wskazywać- dlatego tez obydwoje włączyliśmy zegarki zaraz po sygnale do startu. Jak się później okazało, był to przesadzony entuzjazm, minęły dobre 2 minuty zanim przeszliśmy z marszu do biegu, ale za to w jakim stylu ! Było dosyć rześko, ale za ciepło na długi rękaw, mieliśmy ustalone wcześniej na treningu tempo asfaltowe (6:20/km) i wyprzedzaliśmy całe grupy biegaczy, aż do pierwszej zwężki i podejścia. Zaczynamy się wspinać na Chryszczatą, coraz bardziej zaczyna nam odpowiadać tempo grupy w której się znaleźliśmy, ale to jeszcze nie jest to, mijamy kolejnych zawodników i zawodniczki z prawej i z lewej. Uff pierwsze długie podejście za nami, do przełęczy Żebrak głównie płasko i z górki, bardzo przyjemne i łagodne zbiegi. Tym bardziej dziwi fakt, że o mało na tym etapie nie skręciłem kostki. Wpadamy na pierwszy punkt kontrolny z czasem 2:18:56, jest to 17 kilometr. Na tym etapie prawie w ogóle nie rozmawiamy, już po biegu okaże się, że właśnie pomiędzy pierwszym, a drugim punktem kontrolnym w Cisnej obydwoje mieliśmy najbardziej sceptyczne nastawienie, dzisiaj kiedy pisze ten tekst ciężko mi sobie przypomnieć co dokładnie wtedy myślałem, ale na pewno nie było takiej chwili żeby którykolwiek z nas pomyślał żeby to odpuścić. Swoim tempem, cały czas razem, pożeraliśmy tę noc i poranek, kiedy wbiegaliśmy do Cisnej nogi już dosyć mocno dawały mi się we znaki, dlatego większość z 20 minut spędzonych na tym przepaku gdzie oczywiście czekały na nas kije i lżejsze koszulki (nie tylko dlatego że nie były przepocone, ale również ich wybór uzależniliśmy od prognoz pogody które głosiły że będzie parno i ciepło) spożytkowałem na rozciąganie i mówienie sobie „jest dobrze, teraz twój leniwy zadek wysłuży się trochę ramionami na podejściach” 😉 Niespełna 15 km od poprzedniej kontroli do przepaku zrobione w niemalże równe 2 godziny, pierwszy kontakt z większą grupą kibiców naprawdę dodał skrzydeł, około 7:35 wyruszamy walczyć dalej, atmosfera się mocno rozluźnia, ale tempo pozostaje na tym samym poziomie. Do Smereku musimy przebiec 17 km, ale jest to trudny odcinek gdzie na zbiegach pojawiają się tak dobrze znane z naszych Beskidów kamienie wielkie i małe, a na podejściach nie jesteśmy osłonięci drzewami, ostre poranne słońce pierwszy raz daje o sobie znać. Mimo, że ewidentnie ktoś lub coś chciało nam tutaj uprzykrzyć zawody, to jesteśmy bardzo pozytywni, dzwonimy do naszych bliskich że do 11:00 mogą się nas spodziewać na przepaku w Smereku, dobrze, że byli optymistami, bo dotarliśmy tam po 7 godzinach i 33 minutach od startu czyli trochę wcześniej niż zakładały nasze plany. Jednak samopoczucie nie wskazywało na to, że biegniemy zbyt ambitnie. Co prawda miałem wrażenie, że żołądek niedługo się zbuntuje, ale zjedliśmy pierwszy solidniejszy posiłek czyli michę makaronu i od razu poczuł się dopieszczony. Na tym punkcie nie balowaliśmy, 18:00 minut to może wydawać się dużo, ale większość jednak zeszła na wystaniu swojego w kolejce po żarcie i wodę. Swoją drogą – kiedy biegliśmy do punktu w Smereku postanowiłem pomagać sobie myślą, że na wczorajszej odprawie przechwalali się wspaniałymi regionalnymi pierożkami, które będzie można tam zjeść. Jednak dobre samopoczucie i przyzwoita organizacja na punkcie sprawiły, że zapomniałem w ogóle o tym co mnie omija. Wylałem z bukłaka izotonik (pomarańczowy oshee), gdyż czułem, że jeszcze kilka kropel i zwrócę wszystko, nawet to co już wypociłem. Zamiast tego postanowiłem pobiec na wodzie, a na wszelki wypadek do plecaka włożyć jedną butelke niebieskiego, jednak inny smak więc może będzie trochę lepiej ? Do teraz nie wiemy, dlaczego nasza ekipa została zawrócona kiedy próbowali przyjść do nas na punkt, musieliśmy go opuścić, aby móc się z nimi wyściskać. Do kibicowania dołączyli moi dziadkowie, ponieważ właśnie spędzali weekend w Bieszczadach nie mogli odpuścić tej okazji. Dziadek zawsze powtarzał, że to jeszcze nie jest wiek na robienie takich dystansów ( a z pewnością wie co mówi, bo gdy on miał 19 lat, to robił 10 km w 35 minut), a z drugiej strony nie mam drugiego tak wiernego kibica. Mimo iż w oficjalnym konkursie na największy fanklub mielibyśmy spore szanse wygrać, nie daliśmy się zatrzymać zbyt długo, nadrzędnym celem było zobaczyć się z nimi jak najszybciej już na mecie. Kawałek szutru i zaczynamy ostre podejście – tutaj dopada mnie kryzys, chociaż jeszcze o tym nie mówię. Ciężko stwierdzić czy to podejście na Paprotną tak mnie zmasakrowało, czy była to bariera psychologiczna. Wielokrotnie rozmawialiśmy z Januszem na ten temat, że po przekroczeniu magicznych 56 km wypłynę na nieznane wody, bowiem to jest najdłuższy dystans z jakim dotąd miałem „przyjemność” się zmierzyć. Wiedziałem jednak, że teraz mam w drużynie doświadczonego i wyjątkowo zgranego partnera, który myślał za nas dwoje i wybierał takie tempo abyśmy nie tracili swojej pozycji, ale też nie stracili wszystkiego przez tak dobrze mi znaną brawurę. Prawdę mówiąc, mimo iż zmęczenie zaczynało być nieznośne, żołądek znowu dawał się we znaki, a nogi miałem twarde jak kłody przez które teraz co chwile przeskakiwaliśmy, ani razu nie bałem się, że nie damy rady. W duchu się uśmiechałem i już wiedziałem że dobiegniemy dzisiaj do mety, nic nie mogło nas powstrzymać, taki spokój mnie ogarnął na ponad 20 km przed końcem. Do przełęczy Nad Roztokami trasa była już naprawdę bardzo wredna, bowiem co chwile się wydłużała. Rozstrzał pomiędzy wskazaniami Garmina, a tabliczkami wystawionymi przez organizatorów sięgał już prawie 2 km (oczywiście organizator zawsze ma racje, a te zegarki nas oszukują żebyśmy się poczuli lepiej na treningach i dodają od siebie kilometry ^^), ludzie mówili „został wam kilometr do punktu”, a za minutę mijaliśmy kogoś kto dodał jeszcze jeden 😉 W każdym razie chwilowa załamka i perspektywa ostatnich wielkich podejść nie zmieniły faktu że na 17 km przed końcem biegu Rzeźnika dalej trzymaliśmy się naszych założeń, nie traciliśmy czasu na punkcie i wyruszyliśmy ostatni raz zostawiając za sobą wodopój, dokończyć to co zaczęliśmy mniej więcej pół roku temu kiedy jeszcze prawie w ogóle się nie znając – umówiliśmy się na taki szalony pomysł, że pomimo różnicy wieku wynoszącej ponad 36 lat i mojego braku doświadczenia przebiegniemy tą trasę. Nie będę się rozpisywać jak bardzo chcieliśmy już to mieć za sobą, kiedy ostatni szczyt ciągle się oddalał i bardziej wypiętrzał (normalnie to zajmuje miliony lat), ważne jest to, że nie daliśmy się ponieść pokusie, aby całą trasę już od teraz przemaszerować. Dalej, kiedy tylko mogliśmy, truchtaliśmy, aż naszym oczom nie ukazała się asfaltowa droga i tabliczka informująca że zostały 3 kilometry do mety. Skłamałbym, gdybym powiedział, że wiedziałem na co się piszę. Najdłuższy mój dotąd bieg trwał 6 godzin i 40 minut, a w ogóle czas spędzony na bieganiu w górach (trening który zrobiliśmy w ramach przygotowań z Januszem na miesiąc przed Rzeźnikiem) nieco ponad 8 godzin. Minęło 13 godzin i 30 minut wielkiego wysiłku, a my marszobiegiem z uśmiechami na twarzy rozmawialiśmy chyba jak jeszcze nigdy o wspomnieniach z wakacji i zasypywaliśmy się anegdotami, oszczędzaliśmy się na finisz, ale chyba było to niepotrzebne bo wsparcie kibiców, którzy na ostatnim odcinku ciągnęli się już wzdłuż drogi jeden obok drugiego (a każdy chciał przybić piątkę) i tekst wymalowany na asfalcie „zamknij oczy przyj przed siebie, za minutę będziesz w niebie” skutecznie uśmierzyły ból i pomogły zrobić ostatni zryw. Meta była w zasięgu wzroku, a ja ciągle myślałem o tym, jak to jest możliwe że już w połowie trasy straciłem wszelkie wątpliwości, że ją dzisiaj zobaczymy. Czas na mecie 13:55:24, o 24 sekundy więcej niż napisałem na instagramie, ale chyba nikt się nie przyczepi. Mój partner już wie, że lubię się przechwalać. Uważam że naprawdę jest się czym chwalić, bo przeciwności, które trzeba było pokonać, aby w ogóle stanąć na deptaku w Komańczy było dosyć sporo.

Dziękuję naszemu najlepszemu fanklubowi, a także starszej siostrze Oli która wspierała mnie na odległość

Dziękuje Januszu raz jeszcze, za solidna lekcje.

Tekst: Jakub

Rzeź kaczej dupy, czyli relacja z XIII Biegu Rzeźnika pisma Janusza partnera Jakuba

Z jesienią ubiegłego roku przyszły rozterki w czym wystartować w nadchodzącym 2016r. Z jednej strony sprawa była dla mnie oczywista, z drugiej nabyta właśnie kontuzja lewego kolana, zwana zapaleniem gęsiej stopki groziła, że wszystkie plany startowe skończą się siedzeniem na dupie, kaczej dupie, żeby pozostać w drobiowej nomenklaturze. No cóż, kto nie ryzykuje, ten w kozie nie siedzi. Syn przyjaciół Kuba miał już za sobą doświadczenia ultra w biegu na 56 km i przy okazji spotkania towarzyskiego dał się namówić na wspólny start w kolejnej XIII już edycji Biegu Rzeźnika. Treningi przygotowawcze szybko pokazały, że może być różnie. Każde wydłużenie dystansu powodowało zwiększony ból kolana, który jednak dość szybko odpuszczał i powtórzenie kilometrażu w następnym tygodniu odbywało się kosztem mniejszego już bólu. Dla podsumowania tego etapu treningu postanowiłem wykonać dłuższe wybieganie w wymiarze 18,5 km. To był błąd. Kolano bardzo zdecydowanie protestowało, co wywołało u mnie całkowitą załamkę. Jako doświadczony oglądacz gier telewizyjnych natychmiast wykonałem „telefon do przyjaciela” z propozycją znalezienia innego partnera na moje miejsce. W odpowiedzi zostałem ustawiony do pionu i skierowany do realizacji dalszych treningów. Z asfaltu przeniosłem się w góry, czyli w rejon Czantorii i tu nastąpiło miłe zaskoczenie ponieważ, jak pisałem o tym na forum, tak zaskoczyłem drobiową dolegliwość, że zapomniała o dokuczaniu. Coś tam czułem, tym bardziej, że z powrotem napompowała mi się cysta Bekera, wypracowana 6 lat wcześniej, (też lewe kolano, ale z drugiej strony, czyli tzw. dołek kolanowy). Skutkiem była ograniczona ruchomość kolana polegająca m.in. na niemożności dociągania pięty do pośladka. No, ale umówmy się, chodziło o bieganie, a nie o balet.

Zapisani, wylosowani, noclegi zarezerwowane, spakowani, wyjechani i … pakiety startowe odebrane.

„Autobusy zabierają zawodników z Cisnej. Nie zatrzymują się na Przysłupie”. No, panowie, z kolegami Andrew tak się nie pogrywa. Kilka telefonów później wiemy, że zostaniemy zabrani sprzed Domu Pstrąga. Czyli pozostaje jeszcze jak najszybciej „przyciąć komara” i na start. Prawdopodobnie byliśmy najbardziej egzotycznym duetem tej edycji. Kuba rocznik 1996 listopad, czy przypadkiem nie najmłodszy uczestnik (?) i ja rocznik 1960 grudzień. Różnica 36 lat bez jednego miesiąca. Za to średnią mieliśmy wzorcową: 37 lat. 0:25 budzik, dwie kromki z powidłami „hand make by Lucy” i pa… Jest Kuba, czyli mamy komplet. Śmigamy do drogi. Jest dość ciepło i mgliście. Kolejne samochody zwalniają koło nas, aż w końcu któryś się zatrzymuje i chłopaki proponują podwózkę do Cisnej. To był pierwszy wypadek w moim życiu, kiedy autobus nie zdążył na mnie. Wcześniej zawsze bywało odwrotnie. W autobusie z Cisnej staram się łapnąć jeszcze trochę snu, nie wiadomo czy nie wspomoże na ostatnich kilometrach. Start w tym roku był nie z parkingu, ale z dróżki, którą dobiegało się na metę ŁUT’a. Godzina 3:00 – poszły konie po betonie. Ustawiliśmy się trochę zbyt z tyłu, więc musieliśmy przez pierwsze kilometry trochę się przeciskać. Trasa został poprowadzona szutrową drogą, trochę dalej niż poprzednio, również na odcinku równoległym do czerwonego szlaku. Organizatorzy tłumaczyli to zgłaszanymi przez kilku uczestników Rzeźnika na Raty problemami orientacyjnymi na tym odcinku. Coś słyszeliście ? 😉 Dość szybko robi się ciepło. Pozbywamy się kurtek, ja za chwilę roluję nogawki i rękawki. Po raz kolejny bardzo mi się sprawdziło to rozwiązanie, tym bardziej, że za Przełęczą Żebrak nagle zrobiło się jakoś znacznie zimniej, więc bez zwalniania po prostu z powrotem je naciągnąłem. Wprowadzam pierwszy żel w saszetce do rozerwania. Straszny syf. Nie chodzi o smak, bo tu trudno oczekiwać ambrozji, ale sposób pakowania. Paluchy uklejone, lepkie. Co za geniusz to wymyślił ?! Wszystko szło zgodnie z naszym planem. Na pierwszych 15 km tak zgraliśmy nasze tempo i wzajemną kontrolę, że już do końca bez zbędnych słów dystans pomiędzy nami chyba nigdy nie przekraczam 20 m. Od razu trzeba sobie powiedzieć, że było to trudniejsze dla Kuby, który przez znaczącą większość trasy był przede mną. Na pierwszych zbiegach poczułem dumę z poczynionych postępów w technice poruszania się w dół. To chyba zasługa wielokrotnego zbiegania z Wielkiej Czantorii niebieskim szlakiem do Poniwca. Jest tego około 3 km w kawałku. Niestety gęsia stopka już gdzieś na 20-tym kilometrze wypięła na mnie swoją kaczą dupę sygnalizując, że nie podziela mojego zadowolenia z postępów zbiegowych. Nieco mnie to zmartwiło, przede wszystkim dlatego, że nie wiedziałem jak się to będzie dalej rozwijało. Na wszelki wypadek zaproponowałem lekkie przyhamowanie tempa zbiegów, żeby przyoszczędzić kolano. Do Cisnej udało się nam dotrzeć nie używając zadków na odcinku pod wyciągiem, a było mokro i ślisko. Na pierwszy przepak dotarliśmy zgodnie z planem i uwinęliśmy się też całkiem sprawnie. Pewnie można było szybciej, ale zrobiliśmy wszystko co trzeba i wyruszyliśmy na drugi etap bez zbędnej zwłoki. Dalej popychamy już z kijami. Tempo w dalszym ciągu wg mnie dobre. Na tym odcinku już stworzyła się grupa, z którą właściwie dotarliśmy aż do mety. Słuchają wymian zdań pomiędzy innymi duetami zastanawiamy się, jak to się ludzie czasami dziwnie dobierają. Dopadamy do „drogi Mira”, ale tym razem lecimy w lewo, zaczyna się „trasa alternatywna”. Jakiś przedziwny mechanizm powoduje, że po, wydaje się, bardzo wygodnej drodze biegnie się znacznie gorzej, niż po szlaku. Większość uczestników najwyraźniej podziela nasze spostrzeżenie. Trochę truchtają, ale raczej więcej idą. Jest drugi przepak !!! Tu czeka na nas grupa wsparcia. Pełny entuzjazm, okrzyki wsparcia. Duch w nas rośnie. Wsuwamy po trochu makaronu z sosem, uzupełniamy zapasy i sru. Za punktem przywitanie z fan klubem niezwykle licznym. Rodzina Kuby zabezpieczyła dobrą statystykę. Było miło, ale się skończyło. Trzeba przemieszczać się dalej, a tu kończyny informują, że po 50-cio kilometrowym przebiegu nie widzą dalszej trasy tak różowo, jakbyśmy chcieli. Parafrazując klasyka: „już nie ta świeżość w kroku”. Dobra wiadomość była taka, że ból kolana od 30-tu kilometrów był na stałym poziomie, co pozwalało na optymistyczne założenie, że tak pozostanie dalej. Do tego momentu pogoda była słoneczna, ale temperatura do wytrzymania, chociaż ciągle rosnąca. No tak, tylko, że teraz mamy porę około południową i przed sobą co prawda ostanie większe, ale jednak podejście. Wchodzimy na ścieżkę i w tym momencie słońce zachodzi za chmury. To się nazywa mieć farta! Idziemy wąską ścieżką pomiędzy krzakami borówek. Okazuje się, że niepotrzebnie skomplikowałem sobie sytuację poprzez pozostawienie na kijach kółeczek. Teraz zahaczają się o borowinę i nie dają podparcia. Staram się prowadzić je przed sobą tak wąsko jak ścieżka, co w sumie powoduje, że mam z nich niewielki pożytek na tym odcinku. Wychodzimy na grań, która wita nas lekkim deszczem. Dalej pada z różną intensywnością, ale w żadnym momencie nie jest to ulewa. Na tym etapie to nawet przyjemne. Robi się trochę błota, ale kto by na to zwracał uwagę. Kuba jest już od jakiegoś czasu na „nieznanym” czyli kolejne kilometry po 56, które dotychczas miał okazję przebiec. Zaczyna się rozjazd pomiędzy wskazaniami naszych i innych uczestników zegarków, a wskazaniami organizatorów. Różnica wynosi ok. 1.300 m. O tyle więcej przebytej trasy pokazują nasze zegarki. To oczywiście przekłada się bezpośrednio na ocenę dystansu do ostatniego punktu kontrolnego oraz do mety. Dodatkowo okazuje się, że meta jest przesunięta o 2 km dalej, czyli nie jest na 80-tym, jak zresztą jest wybite na medalach, ale na 82-gim kilometrze i tak jest na tabliczkach informacyjnych. Ostatecznie rozbieżność wskazań pozostała. Wg mojego Garmina dystans wynosił 83,260 km. Ostatni punkt kontrolny bierzemy z marszu. Tylko uzupełnienie wody i „śmigamy” dalej. Od tego miejsca mam wrażenie, że organizatorzy naciągają parametry: kilometry wzdłuż, w górę i w dół, żeby wyrobić normę. Ostatnie ok. 15 km więcej w dół, tylko kilka podbiegów. W końcu po przebyciu rozległej polany dochodzimy do szutrowej drogi. Pewnie gdzieś w tym miejscu byłaby meta 80 km, ale jej nie ma. Pozostało nam przyjąć do świadomości kredo Kwadrata. Przemieszczamy się czując, że meta tuż, tuż, ale nie jest to 4:50 min/km, no może na tym kawałku z góry. Zaczął się asfalt. Jest asfalt, nie ma mety. Nie ma mety, ale jest jeszcze do góry. Jeszcze 1 km, jeszcze 500 m. Kuba już wcześniej zwrócił uwagę na wkurwiający aspekt teorii względności. Ktoś woła: „Kuba biegnijcie”. No tak, dziadek Heniek filmuje, nikt mu nie powiedział, że na tym etapie filmuje się tylko (!!!) na zbiegach. Co było robić. Biegniemy. O, jest w dół, jakieś ludzie i wygląda, jakby jakaś meta była. No i była ! Udało si ! No to teraz ta kacza dupa niech się podrapie gęsią stopką.

Plan wykonany. Wynik: 13:55:24 klasuje nas w połowie stawki zawodników, którzy ukończyli bieg.

W związku z powyższym oraz zmianą miejsca zamieszkania zmieniam swój profil na forum z „ospały Janek” na „Bażant Zapierdalacz”. A co mi tam !

Reasumując:

  1. Pełna satysfakcja, czas na miarę możliwości, a nawet powiedziałbym, że chyba trochę powyżej moich.
  2. Udało się nam świetnie zgrać, co mogło przecież różnie się potoczyć chociażby z powodu różnicy wieku. Dzięki temu skupieni byliśmy wyłącznie na biegu i dobrym wyniku ZESPOŁOWYM.
  3. Jeżeli Kuba zdecyduje się kontynuować przygodę z biegami ultra w towarzystwie Zapierdalaczy, to zyskamy mocnego zawodnika. Prawdopodobnie był najmłodszym uczestnikiem tej edycji Biegu Rzeźnika.
  4. Nowe doświadczenia: chyba za mało konsumowałem po drodze, chociaż nie miałem żadnych perturbacji żołądkowych. 1,5 batona energetycznego, 2 żele, około 1 l izotoniku. Nie miałem sytuacji „odcięcia prądu”, ale może moc mogłaby być większa, gdybym działał w tej materii bardziej metodycznie, tym bardziej, że wszystko było w plecaku, więc nie zjedzone stanowiło zbędne obciążenie. Za dużo wody w bukłaku. Na każdym punkcie dolewałem do pełna (1 l) pomimo, że nie wykorzystywałem wszystkiego, więc znowu niepotrzebny ciężar.

Rzeźnik trasa alternatywna. Nie będę się rozwodził nad tegorocznymi potknięciami organizatorów, bo już chyba wszystko zostało powiedziane. Zobaczymy, co będzie się działo w następnych edycjach. Ja zamierzam obserwować je przynajmniej przez najbliższe dwa lata z dystansu.

Trasa alternatywna poza oczywistym brakiem atrakcyjności widokowej okazała się zdecydowanie łatwiejsza technicznie. Podejście na Paportną znacznie krótsze niż na Smerek + Połonina Wetlińska, łagodniejsze i w zdecydowanej części w cieniu. Trasa po grani prowadziła leśną ścieżką, bez większych kamieni. Rozłożenie „na drobne” nawet większej, niż w wersji klasycznej trasy, ilości podejść też uważam za mniej wyczerpujące niż konieczność pokonania na ok. 70-tym kilometrze podejścia na Połoninę Caryńską. Wszystkie zbiegi na nowym odcinku bez porównania łatwiejsze. Jak już wcześniej wspomniałem, miałem wrażenie, że trasa została naciągnięta „na siłę”. Przyznać trzeba, że organizacja na przepakach była wzorowa. Nasze worki czekały na nas pomimo, że razem z nami wbiegała znaczna grupa innych zawodników. Jedzenie, woda i inne napoje bez zastrzeżeń.

Tekst: Janusz

Komentowanie jest wyłączone