4. Cracovia Maraton 18 maja

2W sobotę 17 maja po południu w towarzystwie mojej czarującej Lucy udałem się do Krakowa w celu przebycia wiadomego odcinka w możliwie najkrótszym czasie. Na miejscu spotkaliśmy się ze znajomymi z Cieszyna, czyli innymi dwoma niezrównoważonymi facetami z żonami. Jest to o tyle istotna informacja, że jeden z nich, Gerard jest tym człowiekiem, który zaciągnął mnie na pierwszy przebieg i z nim oraz jeszcze jednym znajomym przetruchtałem ładnych kilka weekendów. Potem nasze drogi się rozbiegły, jak się okazuje tylko na jakiś czas. Stwierdził, że moje relacje z maratonów zmobilizowały go do biegania na „królewskim” dystansie. W Krakowie miał to zrobić po raz drugi. Właśnie Gerard znalazł na Booking noclegi w hotelu przy ul. Floriańskiej, ok. 200 m od linii startu i mety. A i parking był o tzw.rzut kamieniem i prawie za darmo, czyli co łaska (10 zeta) dla „pilnujących” panów. Warunki były 1luksusowe za całkiem nieduże pieniądze. Był też feler – do 4 nad ranem pod oknami gwar masy ludzi, więc spanie było słabe. Może zadyma za oknem nie byłaby tak dokuczliwa, gdyby się nie nakładała na wyjątkowe napięcie moich nerwów, które systematycznie narastało w miarę zbliżania się godziny zero, czyli 9 rano w niedzielę. Chyba mi na starość nerwy słabną, bo takiego stanu napięcia nie przypominam sobie z żadnych wcześniejszych startów. Sytuacja meteorologiczna nie upraszczała sprawy. Na szczęście krótka rozmowa z Mistrzem wyjaśniła sytuację: krótki rękaw. W sobotni wieczór kilka rozluźniających browarków i rozmowy o tym i tamtym, raczej niewiele o bieganiu. Około 23 do łózia, jak się szybko okazało niekoniecznie żeby się wyspać. W niedzielny poranek pobudka (właśnie kurna przysnąłem) o 6:00. Chlebek z powidełkami, kawcia i chwila zadumy, która zaowocowała wypadem do klopa. Pakowanie i graty do auta. Krótka rozgrzewka i okazuje się, 3że robi się ciepło, więc może koszulka bez rękawów ? Lucia pomaga podjąć decyzję. Biegnę do auta po podkoszulek, Lucia przepina nr startowy. Cały czas małymi łykami popijam izotonik (Skarzyński), wprowadzam 2 Endieksy (Toman). O 8:20 wszystko jest gotowe, nie ma na co czekać. Zakładam bluzę i idziemy na rynek. W całym zamieszaniu zapomniałem życzyć chłopakom powodzenia. Szybko znalazłem swoją strefę startową czyli 3:30 – 3:45. No i już wszystko wiadomo. Mój plan był taki: zaczynam w tempie na 3:30, a życie pokaże ile się da wycisnąć. 8:55 ściągam bluzę, napięcie rośnie. Temperatura ok. 18 st. C. Przed startem robi się straszny tłok. BUM, „biegniemy”, czyli powolne przepychanie się. Faceci z balonikami 3:30 oddalają się na jakieś 100 m. Powoli można przyspieszać. Pierwszy km beznadziejnie powolny, ale z czasem zegarek zaczyna pokazywać 4średnie tempo 5:00 min./km. Tego będę się starał trzymać jak najdłużej. Trasa okazała się niezbyt ciekawa. Z powodu prac drogowych nie można było pociągnąć na Nową Hutę, więc zaplanowali 2 okrążenia wokół centrum miasta, w tym m.in. po wałach, ale wały były zagrożone zalaniem, więc było dużo biegania wzdłuż Błoni. Jakoś nie za dobrze nastawiał mnie widok oznaczeń typu „25” na 12-tym kilometrze, czy „35” na 18-tym szczególnie, że tam był jakiś mocno wypukły mostek wykładany kostką. „Przecież ja tu będę wtedy kurewsko zmęczony” ! Gdzieś na 12-tym kilometrze zauważyłem, że koszulkę mam już całkiem przepoconą i wtedy uświadomiłem sobie, że zapomniałem zakleić sobie sutki. No po prostu PKP, a Lucia pół godziny wybierała odpowiednie plastry w aptece i kupiła co najmniej 2 rodzaje. Jak się miało później okazać, to nie miał być mój największy problem. Pogoda sprzyjająca. Raczej pochmurno, lekkie przebłyski słońca, ale w sumie temperatura sprzyjająca. Tak gdzieś na 15-tym km zaczynam sobie uświadamiać, że w 3:30 raczej się nie zmieszczę, ale jakoś specjalnie mnie to nie zdziwiło. Wciągnąłem pierwszy żel. Zacząłem czuć łydki i to było trochę niepokojące. W okolicach półmetka zaczął się kryzys, a tu kurna trzeba drugą rundkę oblecieć. No to do roboty. Na 23-cim trochę wróciły siły. Na licznych „agrafkach”, czyli tam gdzie biegnie się najpierw po jednej stronie drogi, a potem po drugiej widziałem, że ci z balonikami 3:45 są dość daleko za mną, czyli nie jest źle – optyka mi się zmieniła (ha, ha, ha …). Na 25-tym coś zaczął mi najpierw drętwieć środkowy palec w prawej nodze (?), potem zaczęło piec pod palcami. Ostatecznie ustaliłem, że albo podwinęła mi się skarpetka, albo wyściółka w bucie. Staję, zdejmuję buta i co widzę ? No nic kurna nie widzę ! A jak nic nie widzę, to znaczy, że but jest zagoniony na śmierć, a to jest jego zemsta zza grobu: „zrobię wrednemu Jankowi odciski właśnie wtedy jak mu tak bardzo zależy za to, że mnie tak bezdusznie długo eksploatuje”. Przyjąłem do wiadomości, więc dalej heja w kierunku mety. Potem lunęło, patrzydełka mi zalało i gówno widziałem, więc trzeba było je z nosa przełożyć do ręki. Nawet się tak jaśniej zrobiło, bo szybki były przyciemniane. W miarę przemieszczania łydki rejestrują wzrost temperatury, a tempo umiarkowany, ale jednak spadek. Gdzieś na 34 km lunęło tak, że sobie uświadomiłem, że wcześniej to jednak tylko padało. W sumie opady jakoś szczególnie nie przeszkadzały, a może nawet pomagały, bo zrezygnowałem ze skorzystania chyba z 2 punktów z piciem. I tak jakoś ubywało tych kilometrów. Gdzieś od 35-tego zaczęła do mnie docierać świadomość, że dam radę, będzie nieźle. Najważniejsze, że operowane kolano w ogóle nie podjęło żadnej polemiki i cały czas biegało równie cicho jak lewe – nieoperowane. Końcówka, czyli ostatni kilometr uliczką doprowadzająca do Rynku. Z daleka widać było Sukiennice, miejsce w okolicach którego była meta. Tłumy ludzi po obu stronach, super doping, słońce. Na metę wskakuję i … zatrzymuję się na plecach jakiegoś gościa o słusznej na szczęście posturze, bo nogi słabo wytrzymały lądowanie. Parę metrów dalej czekała już Lucia i dalej były same przyjemności, no może poza chodzeniem: dużo wody, obiadek, jacuzzi, basenik z zimną wodą, browarek i … na tyle starczyło mi sił. Reasumując:

  1. Wynik adekwatny do poziomu wytrenowania, w tym do ilości przebiegniętych kilometrów; zaplanowanego tempa nie wytrzymywały nogi, a nie serducho.
  2. Kolano oprawili mi prawidłowo i działa.
  3. Będzie się biegać !!!

PS – Koledzy mieli czasy 4:34 i 4:37.

Tekst: Janusz

Komentowanie jest wyłączone