4. Bojko Trail 2018

Pierwszym wyzwaniem Bojko Trail było dostanie się do miejsca startu biorąc po uwagę w jakim kraju jest organizowany bieg. Droga zajęła nam bagatela 14 godzin z czego granica zabrała ok 2h, a ostatnie 30 km wg google maps miało być normalną drogą a okazało się, że nawet w naszych lasach drogi są lepsze niż te główne na Ukrainie. Po samej drodze na Ukrainę mam takie przemyślenie, że każdego eurosceptyka codziennie wysyłał bym na Ukrainę, żeby sobie odstał swoje w kolejce na granicy. Człowiek to się jednak do luksusu szybko przyzwyczaja :).

Przechodząc do samego startu, organizacyjnie było spoko, widokowo genialnie a momentami wpierdol taki, że głowa mała ale od początku … Po starcie pierwsze 10 km wiodą na najwyższy szczyt Bieszczad czyli Pikuj 1408 m. Odcinek jest wymagający ale szczerze spodziewałem się, że będzie gorzej. Niestety im bliżej szczytu tym gorsza pogoda, wiał coraz mocniejszy wiatr do tego na szczycie była mgła. Niestety z racji na porę biegu i warunki pogodowe widoków z Pikuja nie było mi dane podziwiać. Dalej trasa prowadziła przez takie szczyty jak Zelemenyi, Ostry Wierch i Listkowania do Żurawki gdzie na grani znajdował się pierwszy punkt kontrolny. Widoki na tym odcinku na pewno były by piękne ale z racji mgły i silnego wiatru tylko czasami niebo przecierało się na tyle, że coś tam można było zobaczyć.

Na drugim etapie trasa biegła fajnym terenem a to z górki a to lekko pod górkę następnie niemal 4km zbiegiem docierało się do wioski Husny. Od tej miejscowości 9 km szutrowa droga prowadziła do miejscowości Roztoka gdzie zlokalizowany był kolejny punkt kontrolny. Na tym odcinku przypominającym „drogę Mirka” z Rzeźnika wyzwaniem było utrzymanie w miarę dobrego tempa, mnie się to jakoś udawało bo dogoniłem na nim 2 osoby. Na punkcie w Roztoakch szybkie jedzenie i tankowanie bukłaka i ruszam dalej w kierunku Ostrej Hory a następnie Przełęczy Perełuka gdzie był kolejny punkt kontrolny.

Trzeci odcinek to długie prawie 7 km podejście na Ostrą Horę skąd zaliczymy krótki zbieg do Przełęczy Perełuka. Przełęcz ta stanowi punkt centralny całego Bojko Trail. Tu zbiegają się trasy wszystkich dystansów i tu znajduje się punkt kontrolny/przepak który na najdłuższej trasie jest  odwiedzany 3 razy i za każdy razem można skorzystać ze swoich rzeczy. Patrząc na mapę obawiałem się lekkiego zamieszania czy aby na pewno wychodząc z punktu uda się trafić na właściwy odcinek trasy. Obawy były jednka niepotrzebne bowiem super wolontariusze i bardzo dobre oznaczenie tego punktu spokojnie kierowało zawodników na odpowiednie odcinki. Z Perełuk trasa 120 wybiegała najpierw na 20 km okrążenie w kierunku Połoniny Równej. Na początku 5km to zbieg, następnie wzdłuż szumiącego strumienia zaczyna się wspinaczka do wodospadu Voyevodyn. Dalej niestety trasa lekko się komplikuje. Za wodospadem bowiem trasa biegu wiedze po krzakach, śliskich mokrych skałach, połamanych i poprzewracanych drzewach aż do punktu kulminacyjnego jakim jest nazwany przez organizatora Mordor czyli niemal 1 km ściana z przewyższeniem prawie 300 m w pionie prowadząca jeszcze dodatkowo przez teren bez żadnej wytyczonej widocznej ścieżki tylko na przełaj po krzakach, leżących drzewach itp. – jednym słowem masakra. Na szczęście po Mordorze przyszedł czas na piękne widoki połonin a trasa mimio, że cały czas pięła się ku Połoninie Równiej wiodła już łatwiejszym terenem, końcowe podejście pod Połoninę Równą to nawet betonowe płyty, które były na prawdę zbawieniem bo wcześniejszych chaszczach. Po dotarciu na szczyt gdzie widać riuny podobno jakiejś starej rosyjskiej bazy wojskowej zaczyna się dość przyjemny ok 5 km zbieg w kierunku Przełęczy Perełuki.

Na Perełuce ponownie korzystam ze swojego przeku zostawiajac niepotrzebne graty a zabieram ze sobą cały zapas żeli i batoników, który spakowałem. Niestety na punkcie spotkała mnie niemiła niespodzianka w postaci braku zupy, która ponoć chwilę wcześniej się skończyła. Zupa miała być centralnym punktem mojego żywienia w tym miejscu bo wiedziałem, że za chwilę wyruszę na ponad 45 km odcinek trasy na którym będzie jedynie punkt z wodą. Mając to w głowie starałem najeść się pomarańczy, ciastek ale ileż można tego w siebie wrzucić tak więc dużymi garściami zapakowałem resztę ciastek do plecaka i ruszyłem dalej. Na początku trasa lekko pnie się do góry ale poźniej jest ok 10 km odcinek biegnący ale z górki albo po płaskim. Kolejna „droga Mirka” stanowi już na prawdę wyzwanie, żeby na niej nie tracić czasu i po prostu biec. Wychodząc z punktu doganiam 2 osoby i razem z nimi zaczynam „drogę Mirka” niestety przygoda w postaci wbitego wielkiego patyka w prawy but troszkę mnie zatrzymuje i do końca drogi staram się ale bezskutecznie gonić moich kompanów. Na szczęście nogi jeszcze całkiem nieźle podają i tylko miejscami przechodzę do marszu a większość biegnę. Z ulgą przyjmuję początek podejścia pod Lutańską Holicę myśląc, że teraz przejdę to marszu i troszkę odpocznę. Nic bardziej mylnego w tym miejscu organizator funduje uczestikom Mordor nr 2 czyli kolejne kluczenie przez krzaki, połamane drzewa, strumienie i w końcówce wejście na pionową ścianę po obsuwającej się ziemi, liściach, drzewach i tym podobnych atrakcjach. Idąc przez ten odcinek wściekałem się i kląłem na organizatora niemiłosiernie bo z bieganiem ultra nie miało to wiele wspólnego bardziej przypominając jakąś imprezę survivalową. Na końcu Mordoru wyraźnie czułem już zmęczenie a droga już nieco łagodniej ale cały czas pięła się na szczyt Lutańskiej Holicy. Załączyłem swoje tempo awaryjne w poruszaniu się pod górę ale cały czas równym tempem starałem się iść i się nie zatrzymywać. Spadek mojego tempa szybko się unaocznił kiedy to zacząłem słyszeć za plecami głosy 3 chłopaków, którzy systematycznie się do mnie zbliżali. Na początku myślałem, że dogonią mnie po chwili i znowu zostanę sam, jednak z upływem kolejnych metrów zaczynałem się dzwić gdzie oni są i finalnie udało mi się przed nimi obronić aż do samego szczytu. Zaraz za nim niestety zostałem przez nich minięty ale okazało się ku mojemu zaskoczeniu, że pary mam jeszcze dość na zbiegach i po jakimś czasie ich dogoniłem a potem cały czas siedziałem im na ogonie. Niestey już na szczycie brakło mi wody w bukłaku i teraz co jakiś czas musiałem nabierać jej ze strumyków a trasa do punktu ciągnęła się niemiłośiernie. Na wcześniejszych odcinkach cały czas zyskiwałem czas w stosunku do wyznaczonych limitów to dawało mi nadzieję, że na mecie może uda się złamać 24h. Ten odcinek jednak spowodował, że wypracowane zyski zostały nieco zredukowane zwłaszcza, że ustanowiony przez organizatora limit 3h na pokonanie 26 km jest nierealny i to biorąc pod uwagę sam dystans w górach a jak dodamy do tego jeszcze Mordor 2 to robi się po prostu komiczny. Mnie finalnie pokonanie 26 km zajęło 4h 52 min – masakraaaa jakaś.

Na punkcie w Łumszorach czekała mnie kolejne niemiła niespodzianka czyli rzeczywście brak jedzenia tylko sama woda. Kur…. sama woda po prawie 5h walki na trasie no coś tu chyba jest nie tak albo trafiłem na prawdę na jakiś survival. Po uzupłenieniu bukłaka i siebie jedynie wodą ruszyłem dalej wiedząc, że teraz czeka mnie ostatnie na trasie grube podejście znowu na Połoninę Równą. Chłopaki, którzy ze mną przybyli na punkt troszkę się rozdzielili, 2 poszła na browara 🙂 (też miałem taką myśl ale stwierdziłem, że jak je wypiję to ogłoszę koniec biegu) a jeden ruszyłe solo na górę a ja zaraz za nim. Ponownie załączyłem awaryjne tempo podejścia i ponownie dziwiłem się, że koleś przede mną mi nie ucieka. Trasa tym razem przypominała w końcu szlak i nawet było widać oznaczenia. Na szczęście ten odcinek nie posiadał już pionowych ścian do wspinaczki tylko łagonie piął się równomiernie cały czas w górę. Po jakichś 10 min usłyszałem za sobą głosy, okazało się, że chłopaki wrócili z browara i dostali takiedo speedu, że po chwili siedzieli mi na ogonie. Po wyprzedeniu mnie na szczęście chęci do szybkiego przemieszczania ich odeszły i tak o to zostalismy znowu we 4, z tym, że to ja zamykałem stawkę. Podejście pod Połoninę Równą to prawie 10 km drogi z przewyższeniem prawie 1000m ale w głowie miałem już wizję, że od szczytu do mety będzie już tylko z górki. Droga dłużyła się niemiłosiernie, dodatkowo zapadała już noc a im wyżej tym mocniej wiało. W końcu po 2h 20 min dotarłem na szczyt skąd ponownie tą samą trasą co na wcześniejszej pętli zaczynał się ok 5km zbieg na Przełęcz Perełuki. Na zbiegu szbko dogoniłem moich towarzyszy wspinaczki, którzy jednak nie mieli chęci na bieganie z górki tak więc dość szybko zostawiłem ich za sobą i w dość dobrym tempie kontynuowałem zbieg do punktu.

Na Przełęcz Perełuki dotarłem ok godziny 23 czyli po ok 20 godzinach biegu. Tym razem na punkcie załapałem się na 2 kubeczki zupy, szybko uzupełniłem bukłak i po sprecyzowaniu informacji, że do mety zostało max 11 km ruszyłem dalej. Pierwsze 7km ostatniego etapu przypominały mi odcinek leśny z Łemkowyny za Puławami Górnymi – trasa przez las a to z górki a to pod leciutkie pagórki miejscami po dość sporym błocie. Biegło się przyjemnie a dodatkowo w głowie cały czas kalkulowałem jaki czas na mecie jestem w stanie zrobić. Po leśnym odcinku przyszedł czas na ostatnie 4km, które prowadziły już w całości po drodze. Na początku drogi znowu zacząłem przeliczać czas i wyszło mi, że 21h i 30 – kilka minut na mecie jest możliwy. To dodało mi jeszcze energii tak że przyspieszyłem do tempa ok 6:30 km i tak tnąc powietrze 🙂 parłem do mety ile sił. Po 120 km odcinek 4 km wydaje się wręcz nieskończony a bieg trwa dosłownie wieczność, w końcu widząc światła latarni ulicznych Żdeniewa udało się jeszcze przyspieszyć i finalnie po 21h 31 min 55 s wpadłem na metę co dało mi finalnie 25 miejsce na 106 osób, które ukończyły bieg.

Wynik jest o wiele lepszy niż ten, którego przed startem nieśmiało oczekiwałem i jestem z niego MEEEGA zadowolony. Bieg przez odcinki Mordoru jest momentami mega trudny ale na dekoracji zwycięzców organziator deklarował, że w przyszłym roku nastąpią zmiany i najdłuższy dystans będzie jeszcze dłuższy, ponoć nawet do 180 km. Ja tam byłem, widziałem, zdobyłem i kolejny raz się nie wybieram. 🙂

Tekst: Flaku

ps – może i nie miałem czasu pstrykać sobie fotek ale inni pstrykali mi;)

Komentowanie jest wyłączone