3. Szczawnica 2014 – Mnich, Prehyba i Rolling

Biegi górskie w Szczawnicy. Kwiecień 2014. 

W kwietniowy weekend startowaliśmy na każdym z trzech dystansów w biegach górskich w Szczawnicy. Oto relacja z każdej z tras. Poniżej zaczynamy od relacji Magdy. Ona i Kajtek zaliczyli Hardy Rolling czyli bieg na 6 km. 

26 kwietnia 2014. godzina 11.00. Po wysłaniu na trasę chłopaków „zapierdalaczy” przyszła kolej na mnie i Kajetana – dystans 6km. Bieg rozpoczęliśmy przy akompaniamencie stale padającego deszczu, pierwszy km po asfalcie wzdłuż Grajcarka, następnie skręt w prawo i „zaczęły się schody” – bardzooo długi podbieg na Szafranówkę a następnie zbieg wąskimi, zabłoconymi, mokrymi ścieżkami…. Zarówno podbieg jak i zbieg dostarczyły nam nowych doświadczeń a przede wszystkim super wrażeń włącznie ze zjeżdżaniem na tyłku. Kajetan – zapierdalacz – miejsce 24 z czasem 40 min – jak stwierdził – uwielbia takie warunki i ten typ biegów. Magda  w porównaniu do Kajtka – mini zapierdalacz z czasem 58 minut i­ miejsce 72 (na 80 zawodników). Niestety rozbrat z bieganiem, ze względu na kontuzję, „troszkę” utrudnił mi bieg i samopoczucie podczas biegu, ale pomimo wszystko, bardzo miłe wrażenia.

Średnią trasę tego dnia czyli trasę Wiellka Prehyba  (42 km) pokonał tego dnia Kwadratowy Zapierdalacz. Oto mała relacja:

Stajesz na starcie swojego pierwszego górskiego maratonu. Nie wiesz czego możesz się spodziewać. Stres? Jest ale o dziwo mniejszy niż zawsze. Wiesz, że spakowałeś cały sprzęt, batony, wodę, folię, telefon i kilka innych drobiazgów. Odliczanie i ruszamy. Po kilkunastu minutach luźnego biegu zaczyna się prawdziwe podejście, które ciągnie się aż do 13 km. Nie chciałem jako pierwszy przejść do marszu. Kto jak kto ale to nie będę ja i nie w swoim debiucie. Duża część grupy zaczyna forsować górkę szybkim marszem. Sam również tak czynie. Treningi w górach uświadomiły mi, że jeszcze będzie czas na bieganie – przecież liczę, że całość zajmie mi do 7h. Do pierwszego punktu docieram kilka minut poniżej 2h czyli w zakładanym czasie. Spędzam tam kilka minut i ruszam dalej nie bez powodu podpinając się pod innego biegacza by nie być samemu na trasie. Pogoda od rana daje się we znaki i wiadomo, że odegra ważną rolę. Błoto i ciągle padający deszcz w górach to nie takie „hop siup”. Agresywny profil buta potrafił się momentami cały zakleić a buty bardziej przypominał łyżwy niż porządny górski sprzęt. Lecimy dalej. Możecie się pytać jak tam widoki i trasa ale powiem szczerze…nie pamiętam. Nie wiem jakim cudem ale ciągłe analizy, czasu, zapasów w plecaku, kilometrażu, skupienie by się nie zgubić i by nie wyrżnąć orła spowodowały, że z trasy nie pamiętam zbyt wiele – może poza kilkoma sporymi górkami, które przywitałem „mięsem” na ustach. Docieram do 2 punktu i tu ku mojemu zdziwieniu spotykam Andrew i Franka z Zapierdalaczy! Jak to możliwe? Szybka kalkulacja wykazuje, że nie ma takiej opcji bo chłopaki biegną Mnicha i to oznacza, że nie mieszczą się w swoim limicie (więcej o tym w ich relacji bo to długa historia). Dalej robię co mogę a czasy wskazują, że zmieszczę się w 6h. Do czasu…tzn do mnie więcej 29 km tak było. Góry, zaklejone na prędce na trasie odciski stóp, ból mięśni pleców od plecaka, zmęczenie czasem spędzonym w górach i pogoda dała o sobie w końcu znać. Potem już traciłem cenne minuty. Kilku bardziej doświadczonych biegaczy mnie połknęło na ostatnim odcinku. Do mety docieram po 6 h i 14 min urządzając sobie sprint na ostatnich 250 metrach z innym biegaczem – jak to stary czytasz kimkolwiek jesteś to pozdrawiam;). Na sam koniec bardzo pozytywny akcent. Obiecałem sobie, że będę biegał do momentu aż będę czuł niedopisania euforię na mecie maratonu pomieszaną ze łzami, bólem, radością. Czułem to znowu ale nie wiedzieć czemu na 1 km przed metą jak wybiegliśmy z lasu na asfalt.. może to efekt zmęczenia i kilometry mi się pomieszały. Kto wie 😉

Niepokornym Mnichem  (90+ km) zmagali się Franek, Flaku, Andrew i Tymek. Krótka relacja Tymka:

Noc. Godzina 3.55. Ostatnie przygotowania. Temperatura nie jest zła, parę stopni na plusie ale wilgotność duża i tak już do końca = raczej mokro. Na starcie Niepokornego Mnicha 174 osoby a wśród nich My: Andrzej, Łukasz, Franek i Tymek. Jest też zaprzyjaźniony Jacek, towarzysz ostatnich godzin na BUT z 2013r. Godzina 4 rano, odliczanie i sruuu o latarkach na Bereśnik i dalej na Przehybę. Razem na dobrą rozgrzewkę 13,5 km non stop podejścia. Łapię się do drugiej grupki z liderem Ewą Majer i ostro napinkalamy. Jak dla mnie nawet za ostro. Miejsca 7-12 do 40 km i bardzo mocne tempo na podejściach pełnych błota. Już na pierwszym zbiegu do Rytra lewe kolano dzwoni. Treningi do ulicznych rekordów to nie to samo co treningi w górach, a tych w tym roku prawie zero. Pierwsze doły energetyczne spotykam przed Eliaszówką, dochodzą mnie kolejne harpagany a ja walczę ze Snickersem i żelem o powrót do żywych. Przełęcz Gromadzka – przepak po 45 km jeszcze na 12-14 miejscu w czasie 5.34 h ….grupka z Ewą szybko wychodzi a ja walczę z termiką. Ruszam wolniej bo lewe kolano ma dość zbiegów. Wracam termicznie i energetycznie i ustawiam tempo dolotowe, bez ognia ale poprawnie do przodu. Co jakiś czas tracę kolejne pozycję ale to mało ważne, kolejne tym razem już słowackie podejścia dają ostro w kość. Choć łyda jeszcze podaje pod górę to walka z błotem jest wyczerpująca. Zbieg asfaltem też kolanom nie daje wytchnąć. W końcu punkt Wyżne Rużbachy, miejsce ok 20-te – tutaj geograficzny nawrót i powrót do Polski. Po kilku łąkach/lasach, podejściach i zbiegach ostre podejście po łące i jest ostatni punkt około 78 km. Czas około 11h …na Rzeźniku byłaby meta a tutaj jeszcze dwa odcinki …górski i płaski. Na tym pierwszym dogania mnie Jacek i razem walczymy już do mety. Na początek płaskiego odcinka wita nas znacznik 84 km. Na tych ostatnich 10 km odcinkami idziemy, odcinkami truchtamy ok 6 min/km … idzie ciężko ale ostatecznie docieramy do mety w czasie 13 h 35 min na miejscach 24 i 25. Na mecie wszyscy zgodni, że bieg jest trudniejszy niż 100 km 7Dolin. Jakoś nie możemy uwierzyć w to że Mnich ma 4100m przewyższeń a 7Dolin 4400m, ale może to te wąskie, błotniste podejścia sprawiają takie wrażenie? Limit czasu 16h osiągają jedynie 103 osoby. Do mety docierają też Zapierdalacze: Łukasz w niecałe 17h i Andrzej z Frankiem w 19h, ale to już osobna historia.

Niepokornym Mnichem  (90+ km) zmagali się Franek, Flaku, Andrew i Tymek. Krótka relacja Andrew z Mnicha (no może nie taka krótka bo jest o czym pisać;)) 

Liczba startujących (4): Mistrz (Tymek), Łuki, Andrzej, Franiu + „przyjaciel” Grupy – Jacek.Serwis wspomagający: brak; pozostali obecni Zapierdalacze (Magda, Kajtek i Kwadrat)  uczestniczyli w innych zawodach „Drugich Biegów Górskich w Szczawnicy”. Choć tak naprawdę to wszyscy wspierali mnie i Frania na ostatnich kilkometrach, za co już na początku wielkie dzięki.Ze względu na start Niepokornego Mnicha o godzinie 4.00 w sobotę, cała „wesoła  kompanija” startująca w Szczawnicy zameldowała się na miejscu już w piątek. Na szczęście lokum znajdowało się 100m od startu i 150m od restauracji, w której mieściło  się biuro zawodów. Nie tracąc czasu odebraliśmy pakiety, wysłuchaliśmy odprawy i we wspomnianej restauracji rozpoczęliśmy tradycyjne, przedbiegowe biesiadowanie. Już na tym etapie wybitną formą błysnął Franek, choć reszta nie odstawała (co przed biegiem nie jest chyba najmądrzejsze, ale jakże przyjemne).Ranek nadszedł szybko i boleśnie. Start lekko opóźniony – 4.03, co jak się później okazało mogło mieć dla kilku zawodników kluczowe znaczenie. Huknęliśmy naszym zwyczajowym „Zapierdalacze – HEJ” i ruszyliśmy. Mistrz dostał takiej ochoty na zwycięstwo, że widzieliśmy go przez chwilę na prowadzeniu, a później to już za kilkanaście godzin. Jednym z powodów, że Mistrz zniknął nam z oczu było to, że na trzecim kilometrze pogubiliśmy drogę nadkładając 2-3 km i ponad 30 minut. Stało się to z mojej głupoty. Na pierwszym podejściu nie potrafiłem złożyć kijków – po co nauczyć się tego przed biegiem, więc Łuki i Franek mi w tym pomogli. Jak już wszystko było OK., to znaleźliśmy się na końcu stawki. Ruszyliśmy więc ostro za uciekającymi latarkami…(niestety) zamiast obserwować znaki.Po kilku minutach wyprzedziliśmy kilkuosobową grupkę, która jak się później okazało, pomyliła drogę. Start zaczął się więc od falstartu, a strata czasowa ciążyła nam już do samego końca. Tym bardziej było to bolesne, że ze względu na wracającego „do biegowego życia” Franka tempo nie mogło być zbyt szybkie. Pomimo tego na pierwszym punkcie żywieniowym na Przehybie mieliśmy już paru zawodników za sobą, a na drugim punkcie w Rytrze to już spore stadko było w naszym zasięgu. Do Niemcowej cała nasza trójka (Andrzej, Franek i Łuki) przemieszczała się w zasięgu kontaktu wzrokowego. Wiadomo, na podejściu każdy ma swoje tempo, podobnie na zbiegach. Z Niemcowej genialnie zbiegający Łukasz delikatnie mi uciekł, zostawiając dość daleko Franka. Każdy z osobna dobiegł do ponad kilometrowego odcinka asfaltu w miejscowości Kosarzyska. Na końcu prostej przez chwilę mignęła postać Łukiego, który ruszył na Obidzę zameldować się w limicie czasu i poinformować, że kilku zawodników pomyliło drogę i są na styku z czasem. Ja przeżywałem wtedy lekki kryzys, więc asfalt wykorzystałem na delikatny spacerek. Wielkie było moje zdumienie i radość, gdy za plecami zobaczyłem Frania. Tym bardziej, że na Niemcowej musiał mieć do nas sporą stratę. Ruszyliśmy ostro pod górę, aby powalczyć o limit na Obidzy (11.30). Na przełęczy byliśmy dokładnie o 11.56, czyli spóźnieni o 26 minut w stosunku do limitu. Zawiadujący punktem poinformował nas, że jesteśmy po limicie i mamy schodzić z trasy. Na nic tłumaczenia, że pomyliliśmy trasę, gdyż na początku nie była najlepiej oznaczona (później już wszystko było genialnie, choć my z Łukaszem w pewnym momencie i tak porypaliśmy trasę i „trochę” nadłożyliśmy). Rozpoczęły się telefony do Organizatora i po kilku minutach decyzja, że możemy biec na własną odpowiedzialność. Ja mówiąc szczerze na minutę przed tym komunikatem i tak byłem zdecydowany, że biegnę dalej, ale formalności stało się za dość. Co ciekawe, z osób które dotarły na Obidzę (a było ich kilka), tylko ja z Frankiem wyruszyłem dalej. Co do Łukiego, to zmieścił się w limicie i po informacji , że zostanie zdyskwalifikowany jeśli nie opuści strefy podjął jedynie słuszną decyzję – ruszył w drogę bez nas. Ale i tak czekał na nas do samego końca, czyli do 11.30. Z ciekawostek, na wspólny odcinku z maratonem spotkaliśmy Kwadrata. W okolicy 53 km miało miejsce rozwidlenie tras. I przez chwilę pokusa była duża: 10 km do Szczawnicy najkrótszą trasą, czy ponad 40 km do Szczawnicy trasą raczej dłuższą. Wahania nie trwały długo i ruszyliśmy w kierunku miasta Vyśne Rużbachy. Ten fragment trasy mnie osobiście zachwycił. Szerokie na kilometr łąki, piękne lasy i w ogóle na tej Słowacji wszystko jakieś takie ładniejsze…Tymek później tłumaczył, że na Słowacji większość terenów należy do Państwa, dlatego nie ma ogrodzeń, zasieków, elektrycznych pastuchów itp., tylko nieograniczona przestrzeń. W Vyśnych Rużbachach obowiązywał limit – godzina 15.00. My byliśmy tam o 15.31, czyli cały czas pokutowała pomyłka z początku, plus straty na Obidzy. Na tym punkcie dogoniliśmy ostatniego (jak się później okazało) zawodnika, który zresztą  zaprzestał w tym miejscu dalszego wyścigu. A my z Franiem dalej na ostatni punkt żywieniowy w miejscowości Velky Lipnik. Po drodze spotkaliśmy służby słowackie, które poinformowały nas, że nie mieścimy się w limicie i w Lipniku będzie „wielka lipa” i nikt już tam na nas czekać nie będzie. Zwarzywszy na to, że żarcia wiele nie zostało a z wodą też nie było wiele lepiej, to pokusa zabrania się ze Słowackimi GOPR-owcami była duża. Inna sprawa, że limit w Velkim Lipniku był chyba źle obliczony. Na ten dystans było przewidziane 2,5 godziny, a nam zajęło to ponad 3,5 godziny. Dodam, że pomimo zmęczenia tempo nie było dramatycznie słabe.Dotarliśmy do Velkego Lipnika, a tu miła niespodzianka. Czekał na nas miły Słowak z wodą. Punkt kontrolny i czterech zawodników odjechało pięć minut przed naszym przybyciem. Może i lepiej, bo znów byłyby pokusy, wsiadać z nimi, czy zapierdalać dalej. Było około 19.00 gdy wbiliśmy się w Pieniński Park Narodowy po Słowackiej stronie. Wydawało się, że do Czerwonego Klasztoru pozostał krótki kawałeczek (na mapie tak to wyglądało), a później to już asfalt do mety. Pierwsze kłopoty zaczęły się, jak nadciągnęły gęste chmury i spadła widoczność. Zmobilizowałem Franka i udało się schować z bezleśnej graniówki do gęstego lasu. Niby łatwiej, bo można było znaleźć czerwony szlak (organizatorzy pozbierali już część taśm z trasy i trochę się wystraszyłem, że we mgle to szlaku nie znajdziemy). Niestety nadeszły ciemności, a ja swoją czołówkę zostawiłem na przepaku. Jakoś nie wpadłem na to, że po zmroku przyjdzie mi schodzić z wysokich gór. Na szczęście Franek miał swoją. Jak sprawdziłem na GPS-ie, to ostatnie 5 km przed Czerwonym Klasztorem zajęło nam ponad 1.45 godziny. Ale warunki były katastrofalne. Błota jeszcze więcej niż wcześniej, bardzo strome zejścia, ciemno, padający deszcz i ciężko było znaleźć drogę. Nie ominęły nas atrakcje typu pięć wielkich jeleni w odległość kilku metrów (3 razy). Biedne zwierzaki musiały być mocno zdumione obecnością kogokolwiek o tej porze w ich domku…Czerwony Klasztor to była dla nas ziemia obiecana. Ostatni fragment do mety to już spokojny spacerek. Można było trochę pogonić, ale jakoś nie widzieliśmy sensu. Choć gdybyśmy wiedzieli, co nas czeka na mecie…Nadeszła upragniona meta  – 19 godzin 10 minut, ponad 97 kilometrów (ze względu na pomyłki na trasie) i największa niespodzianka. Wszyscy Szczawniccy Zapierdalacze + Jacek Jaroński, który ukończył bieg razem z Mistrzem + Organizatorzy z medalami. W tym momencie już wiedzieliśmy, że było warto!Ps. Po interwencji Mistrza Organizatorzy sklasyfikowali nas na dwóch ostatnich miejscach, co jest wielkim ukłonem z ich strony. Byliśmy wszak grubo po limicie. Realnie rzecz biorąc, to gdyby nie głupie błędy i samopoczucie Frania, to wyznaczony limit był w naszym zasięgu.

Niepokornym Mnichem  (90+ km) zmagali się Franek, Flaku, Andrew i Tymek. Poniżej relacja Flaka: 

Moja relacja z Niepokornego Mnicha zaczyna się na Niemcowej. Na tej górze cały czas w zasięgu wzroku przemieszczaliśmy się jeszcze razem (Andrzej, Franek i ja). Na zbiegu z Niemcowej z racji mojej małej przewagi technologicznej tego dnia (buty o najbardzije agresywnym bieżniku) dość szybko utraciłem z pola widzenia Andrzeja. Sam dotarłem do odcinka asfaltowego w miejscowości Kosarzyska, gdzie stwierdziłem, że nie będę za wszelką cenę uciekał chłopakom i przechodząc do marszu wyjąłem telefon komórkowy i zadzwoniłem do zamartwiającej sie o mnie żony :). Na końcu asfaltowej prostej zobaczyłem, że na jej początku jest Andrzej pomyślałem więc, że nie będę teraz na niego czekał tylko swoim tempem wdrapię się na Obidzę, gdzie znajdował się przepak i tam w spokoju na nich zaczekam. Na Obidzę jak się później okazało dotarłem ok. 11.32 czyli 2 min po limicie. Po odebraniu swojego worka rozsiadłem się na ławce z zamiarem czekania na towarzyszy. Po ok 15 min usłyszałem, że punkt kontrolny zostaje zamknięty i każdy następny uczestnik biegu zostaje zdjęty z trasy, w tym momencie stwierdziłem, że dalsze czekanie na chłopaków nie ma już dla mnie sensu gdyż ja jeszcze mogę ruszyć na trasę i starać się mieścić w limitach. Po kilku km od przepaku dogoniłem Dawida z  Krakowa, z kótym poruszałem się już prawie do końca biegu. Razem z Dawidem mieliśmy prosty plan aby biec w takim tempie, żeby na następnym punkcie kontorlnym mieć zapas czasowy. Trasa troszkę nam w tym pomogła, gdyż od szczytu Horbalowa do miejscowości Wyżne Rużbachya gdzie znajdował się punkt kontrolny było cały czas z górki. Do punktu kontrolnego dotarliśmy ok 14.30 czyli z prawie 30 min zapasem do limitu. Po uzupełnieniu zapasów picia i jedzenia ruszyliśmy w dalszą trasę. Niestety po chwili okazało się, że podobnie jak z Andrzjem i Franiem tak i z Dawidem przestrzeliliśmy zakręt i pobiegliśmy w inną stronę, na szczęście była to moja ostatnia tego dnia pomyłka trasy. Po przebrnięciu przez kolejne wzniesienie znowu rozpoczął się zbieg do miejscowości Velky Lipnik, gdzie jak myślałem powinien znajdować się kolejny punkt kontrolny. Jakie było moje zdziwnie gdy napotkany na trasie Słowak wskazał mi na pobliski szczyt gdzie znajdował się punkt kontrolny. Jak by tego było mało podczas podejścia na Lesnicke Sedlo, czyli wspomniany punkt, zaczął dość mocno padać deszcz. Na szczyt dotarliśmy już tylko z 4 min zapasem do limitu i po bardzo krótkim postoju, w trakcie którego ubralismy kurtki przeciwdeszczowe ruszyliśmy w ostatni ok 18 km odcinek trasy. Niestety z racji na wciąż padający deszcz i jeszcze bardziej rozmokniętą i rozmytą trasę odcinek ten dłużył się niemiłosiernie a zbiegi były już tak niebezpieczne, że nawet kijki trekingowe, którymi starałem się zapierać aby nie zjechać na dół mało już pomagały. Na tym odcinku na zbiegach zostawiłem z tyłu kolegę Dawida, towarzysza niedoli 🙂 z ostatnich ok 40 km. Po dotarciu na asfaltową drogę gdzie zobaczyłem znacznik 84 km stwierdziłem, że biegać to już tu pewnie za dużo nie będę i Dawid powinien dogonić mnie dość szybko. Po ok 2 km marszu dogonił mnie Grzegorz z podwarszawskiego Nadarzyna i dzięki niemu ostatnie 8 km pokonałem w jako takim tempie. Póki było jeszcze widno Grzegorz co jakiś czas zachęcał żebyśmy mimo zmęczenia próbowali jeszcze trochę biec, a kiedy zapadły już ciemności maszerowaliśmy w dość szybkim tempie. Zbiegając na ostatni 10 km asfaltowy odcinek trasy zakładałem, że jego pokonanie zajmie mi ok 1h 20 min marszem, a w rzeczywistości maszerując i częściowo biegnąc jej pokonanie zajęło mi 1h 40 min. Na metę dotarliśmy z Grzegorzem ok 21 po blisko 17 godzinach spędzonych na trasie. Na mecie czekała na mnie wiwatująca cała ekipa Zapierdalaczy + zaprzyjaźniony z nią Jacek. Dla chwili kiedy potwornie już zmęczony docierasz do mety na której czekają na ciebie znajome twarze przyjaciół, którzy doceniają twój wysiłek, dla takich chwil właśnie warto było zmierzyć się z trasą Niepokornego Mnicha.

Komentowanie jest wyłączone