3. Silesia Marathon 2015

7 edycja Silesia Maraton. 04.10.2015.

W kolejnej jesiennej edycji Zapierdalacze lecą w 3 osobowym składzie: Łuki, Andrzej i ja. W ostatniej chwili rezygnuje Mamut (awaria chorobowa w domu). Spore wsparcie kibicowskie gawiedzi zapierdalaczowej. Po bardzo krótkich przygotowaniach – dla mnie w zasadzie miesięcznych (IX = 195km) i „zejściu z gór” w zasadzie w ostatnich miesiącach ganiamy tylko w terenie jest umiarkowany optymizm. Andrzej z Łukim prowadzą znajomego debiutanta na 4h a ja stawiam ambitny cel 3h15min. Start o 9 rano. Już godzinę wcześniej stwierdzam ze jest za ciepło. Słoneczko w pełnej krasie i zapowiadane 23 stopnie stają się realne na max. Stare, zdarte buty gwarantują problemy ale jakoś nie tracę optymizmu, przecież to te z Dębna więc im nie wypada biegać wolno 🙂 Plan mam prosty. Pierwsza połówka po 4.30/km (tempo na 3.10h w maratonie), druga połówka 4.40-4.45/km (tempo na 3.20h w maratonie) i razem da to zakładany wynik 3.15h. Mimo optymizmu ogólnego w ciemno założyłem że zdechnę w drugiej części na bank (brak długich wybiegań w treningu itp.). Nie pomyliłem się.

Pierwsze 10km. Wygląda że na starcie z 1600os zapisanych wstawiło się 1000 z małym hakiem. Ruszamy. Fala idzie ostro, pierwszy km z górki i od razu czas 4.12/km, zwalniam, drugi pod górkę i 4.40/km i już sobie dokładnie przypominam charakter Silesii. Nie ma tu miejsca na spokojne, równe tempo na długim odcinku – non stop górki i pagórki, zbieg i znów w górkę. Niby nie mocne, niby nie za ostre ale cały czas szarpanina tempowa. Staram się lecieć spokojnie, ale widzę że teren sprzyja zrobieniu lekkiego zapasu czasowego i zamiast 45min jest 43.36min = 4.22/km. Za szybko.

Drugie 10km. Słoneczko zauważalnie przygrzewa. Nie zaniedbuje picia i banana też wciągam. Niestety coraz więcej podbiegowych odcinków i coraz gorzej się biegnie. Ale energetycznie i wydolnościowo jest dobrze. Jest zapas mocy. Tylko opór od kulasów coraz większy. Magda ze Szwagrem i młodzieżą w tym roku wcześniej i już koło 10km kibicują. Podaję im ze tempo na 3.10h ale opór jest. Okolice Szopienic dają mi popalić. Jak na kolejnej górce dostaję wiatrem w pysk wiem że zaczynają się kredki. W końcu docieram do 20km. Czas 1.29.17. Ostatnie 10km w 45.53min = 4.35min/km. Siada.

Trzecie 10km. Zaczynają mnie rypać ścięgna wokół lewego kolana. To pewnie pozdrowienia od moich zdartych trepów. Muszę ponownie zwolnić. Idzie coraz gorzej. Zaczyna mi wszystko przeszkadzać na czele z temperaturą. Ucieka wypracowana rezerwa czasu do średniej 4.30/km, ale spokojnie bo przecież ogólnie ma być wolniej. Koło 24 km na kolejnym wietrznym podbiegu ponownie kibicuje Magda z załogą. Tu nie mam dobrych wieści, wiem że zdycham. Nie biorę od nich żelu bo nie w energetyce kłopot a w rozpadającym się układzie nośnym. Zaczynają mnie napierdalać biodra. Zdarte buty z zerową amortyzacją zaczynają swoją rzeźnię :-). Na 25km średnia jest łączna 4.30/km. Jest nieźle ogólnie ale punktowo już wiem że jest kapa. Rzeźnia. Wiadukt między Giszowcem i Nikiszowcem wyrywa mi serce do walki. Jeszcze go przebiegam siłą woli licząc, że dotarcie do Nikiszowca natchnie mnie dobrym duchem tego miejsca. Wpadam tam około 27km i czekam na przypływ mocy. Niczego takiego nie ma. Bruk Nikoszowca ostatecznie powoduje rozklekotanie bioder. Na 28km staję i sprawdzam co jest grane. Wygląda jakby mi zawiasy w biodrach się rozsypały. Maszeruję 100metrów i wracam do biegu. Jakoś idzie ale już po km muszę powtórzyć manewr. I tak docieram do 30km docieram w czasie 2.16.50min. Ostatnie 10km w 47.33min = 4.45/km. W sumie nadal z godnie z planem.

Czwarta część 12km. Tyle że już wiadomo że plan idzie się rypać i to nie o minutę czy dwie tylko całkiem. Do tego wszystkiego ten pogrzeb maratoński odbywa się na MOJEJ Dolinie3Stawów gdzie znam każdy metr trasy. Żaden to atut, to droga krzyżowa. Koło 37km Jest Franiu, pyta czy coś potrzebuję ale jedyne co mogę wystękać to że jestem ugotowany. Kości w biodrach trzymają się tylko na skórze i tłuszczu. Centrum Katowic podobnie jak Nikiszowiec nie dają kopa. Zdycham dalej jak zdychałem. Na 40km kibicuje cioteczka Asia. Jej entuzjazm też nie pcha mnie do przodu. Co km muszę trochę pomaszerować i w końcu siłą rozpędu docieram do mety. Mam serdecznie dość tego biegu. Ostanie 12km wchodzi w 65.10min czyli 5.25/km. Bez komentarza. Meta. Czas 3.23.14 netto i tempo 4.49min/km. Ogólnie dobry. Ale to jeden z najsłabszych moich wyników w maratonach bieganych na maxa. Dociera do mnie poczucie porażki. Mimo to jestem zadowolony że ta 7 edycja już za mną.Tu też napisała się jakaś historia 🙂 Chłopaki docierają w niedużych odstępach. Nie pękły 4h. Łuki czas 4.05.01 (miejsce 519). Andrzej 4.07.59 (560). Obaj na mecie maja serdecznie dość. Ciągniony przez nich człek ciut za nimi. I tu heca. SMS z wynikami dociera do mnie a ta moja męka maratońska kończy się na 91 miejscu co na 1175 ludzi na mecie daje ok.7.75% stawki. Ale jaja.

Tekst – Tymek

Komentowanie jest wyłączone