3. Rzeźnik Na Raty

Najpierw kilka zdjęć bo nasze Bieszczady są cudne, a poniżej relacja.

« 1 z 2 »

Co nam przyświecało gdy zapisywaliśmy się na ten bieg? Jedni traktowali bieg jako trening przed Lavaredo Ultra Trail lub UTMB ale ja chciałem w końcu zobaczyć Bieszczady. Kiedyś już myślałem, że moja biegowa stopa była w tych górach ale moja znajomość geografii okazała się błędna co stało się podwaliną do krążących później żartów o Kwadracie, który widział już Bieszczady a nawet tam nie był. Żarty na bok – zaczynamy opowiadanie.

Dzień 1 – do pokonania 33 km, D+ 1400m / D-1350m.

Zaczyna się jak zawsze tak samo czyli wczesna pobudka (nawet bardzo wczesna bo autokary na 6 rano muszą wywieść nas z Cisnej do Komańczy), pakowanie przygotowanego prowiantu, sprzętu itd. Itp. Nic wartego większej uwagi. Na starcie jak zawsze lekkie podenerwowanie sprawia, że trzeba poradzić sobie z „dwójeczką”. Problem w tym, że nie ma toalety więc spora ilość osób załatwia „jedyneczkę” i „dwójeczkę” za torami po drugiej stronie ulicy. Po chwili głośno jak zawsze ku pokrzepieniu wydajmy z siebie nasz bojowy okrzyk – nie to co na Mnichu gdzie o tym zapomnieliśmy i startujemy. Pierwszy długi odcinek biegnie po płaskim terenie. Cała nasza trójka rusza mocno – 5 min na km. Andrew kilka razy daje nam znać, że go zagotujemy. Nie zwalniamy jednak tempa i docieramy tak do końca płaskiego odcinka. Jak się później okazało, punkt ten miał ogromne znaczenie dla całej dalszej rywalizacji nie tylko dla Zapierdalaczy ale dla sporej ilości startujących. Nieszczęścia i wypadki to splot kilku niesprzyjających okoliczności. To, że w tym miejscu pogubiliśmy drogę to też właśnie taki dziwny splot. Widząc, że duża liczba biegaczy prze ku górze nie przyszło nam do głowy, że coś jest nie tak. Nie zapaliła się nikomu żadna ostrzegawcza lampka. Dodatkowo Andrew i Flaku parli razem ze mną. W tym zgubnym miejscy co drugi naciskał LAP na swoim zegarku, co drugi wyjmował pierwszego żela, co drugi patrzył na ludzi przed sobą a nie na szlak i …. wszyscy jak te cielaki w owczym pędzie szarżowali już w złym miejscu, na złym szlaku. Po dłuższym momencie zaczęły się wśród ludzi pierwsze powątpiewania czy jesteśmy na dobrej drodze. By się upewnić uruchomiliśmy głuchy telefon i zaczęliśmy pytać tych z przodu czy są tam oznaczenia czerwonego szlaku. Odpowiedź jaka do nas wróciła brzmiała: „ (…) tak jest szlak (…) ” Dupa, dupa i jeszcze raz dupa. Nic nie było. Nastąpiła mała konsternacja. Flaku starał się na telefonie dojść do tego gdzie, co i jak? Andrew oświadczył, że to nie jego dzień oraz, że się przedostanie na czerwony szlak w kierunku Jeziorek Duszatyńskich na przestrzał. Ja oświadczam, że się wracam i zaczynam zbieg razem jeszcze z jedną zainteresowaną osobą by tak rozwiązać sprawę. Przez pierwsze 50 metrów w dół leci za nami jeszcze Flaku ale po chwili solidarność z pierwszym partnerem rzeźnikowym bierze górę i zostaje z Andrew. Na dole już wiemy czemu się zgubiliśmy. Możemy winić tylko i wyłącznie siebie. Trudno – mam 32 min w plecy i przed sobą jeszcze ponad 20 km w górach. Po kilku km na dobrej trasie łącze się z chłopakami i mówię, że przejście na przestrzał nie będzie możliwy. Szlak najpierw biegnie trawersem po 1 stronie góry, potem przechodzi na drugą a na wysokości Jeziorek Duszatyńskich wije się między nimi co kompletnie wg mnie powoduje, że ich plan spali na panewce. Flaku jednak mnie nie do końca rozumiał – połączenie się rwało, Kontynuuje swoją drogę licząc na to, że doświadczeni ultrasi sobie poradzą. Cała reszta trasy była próbą nadrobienia czegokolwiek. Postanowiłem więc utrzymać dobre tempo na całej trasie do końca dnia. Przecież przed nami były jeszcze 2 dni biegania. Z tego etapu zapamiętam jeszcze skręcone dwie kostki w tym jedną na 50 metrów przed asfaltem, który biegł już do samej Cisnej i do mety. Na szczęście na tym asfalcie trafiło się miłe towarzystwo ultraski i o bólu zapomniałem. Czas na mecie 4h 14min 08sek, 46 miejsce. Na macie rozmawiam z innymi, którzy się pogubili i czekam na chłopaków. Flaku dociera po 4h 4min 19sek. Pół godziny więcej stracone jak się później okazało na początku przez błąd nawigacyjny. Andrew pełen relaks – 5h 34min 58sek. Błąd oraz fakt, ze to nie jego dzień sprawił, że potraktował odcinek na pełnym luzie.

Podsumowania dnia w jednym zdaniu – minus 10 punktów od zajebistości ultrasa dla każdego z nas za dziecinny błąd nawigacyjny 😉

Dzień 2, do pokonania 22 km, D+ 1400m / D- 1350m

Najtrudniejszy odcinek. Krótszy od tego z dnia pierwszego o 11 km ale z taką samą liczbą przewyższeń. Do końca nie wiadomo było czy zostaniemy wpuszczeni do Bieszczadzkiego Parku Narodowego ale decyzja zapadła dla nas pozytywna. Andrew zabiega na szlak Pitasa Juniora chcąc pokazać mu Połoniny Caryńską i Wetlińską oraz zasadzić ziarnko ultrasa w sercu. Na pierwszym podejściu na Caryńską potwierdza się to co podejrzewaliśmy z Flakiem (nowa ksywka od tego wyjazdu – Melman ;)), że senior i junior zostaną z tyłu a my z Flakiem powalczymy o odrobienie strat z pierwszego dnia. Podejście poszło dość gładko, nogi nie stawiały większego oporu i po nie całej godzinie byliśmy już na Caryńskiej. Szybkie selfie i spojrzenie w dół – Junior i Senior jeszcze się nie wyłonili z lasu. Na zbiegu do Brzegów Górnych znowu dała znać o sobie moja „Pięta Achillesowa” – zbieg. Melman sturlał się z Caryńskiej troszeczkę szybciej niż ja ale dogoniłem go na punkcie w Brzegach Górnych gdzie po minucie dosłownie wyszedłem na dalszą cześć trasy zostawiając Melmana przy wodopoju. Przez myśl mi przemknęło, że nie wiem co on tam długo chce robić więc się rzuciłem tekst „ (…) to ma być jak pit stop w F1 … dajesz (…)”. Po chwili Melman i Kwadrat znowu wdrapywali się na drugą „dzidę” tego dnia czyli na Połoninę Wetlińską. W tym miejscu zaczęła mi świtać pewna myśl. Widząc, że Melman delikatnie idzie wolniej na wejściach postanawiam wypracować sobie lekką przewagę do ostatniego zbiegu tak by na metę wpaść razem. Na początku szło nawet nieźle. W pewnym jednak momencie trasy pomyliłem jakiś mały pagórek ze Smerkiem i myśląc, że już za tym pagórkiem będzie ostatni zbieg … zobaczyłem na horyzoncie Smerka. Na Smerka Melman i Kwadrat znowu po raz kolejny tego dnia wdrapywali się razem ;).  Zbieg oczywiście wiadomo jak wyglądał. Zostałem delikatnie z tyłu. W sumie kij z tym bo nasze rezultaty tego dnia były rewelacyjne! Lekko nadrobiliśmy straty z 1 dnia.

Melman – 23 miejsce 2 dnia, czas 3h 13min 42 sek

Kwadrat – 26 miejsce 2 dnia, czas 3h 15min 41sek

Podsumowania dnia w jednym zdaniu – And the winner is …. JUNIOR!!!! Plus 10 punktów do zajebistości za pokonanie z tata tego dnia najtrudniejszego etapu Rzeźnika na Raty. Na mecie wszyscy zaśpiewali gromie Sto Lat bo tego dnia Junior miał urodziny. Dodajmy tylko, że za plecami naszego debiutanta bieg tego dnia ukończyło ponad 30 zawodników.

Dzień 3, do pokonania 21 km, D+ 800m / D- 850m

Najszybszy etap bez wątpienia. Wiadomo było to od samego początku. Pierwsza cześć prawie płaska do czerwonego szlaku. Lekko zostawiam Melmana i Andrew z tyłu. Tym razem nie będziemy się razem wdrapywać na Fereczatą. Tym razem również ponieważ etap był mocno biegowy, stosunkowo krótki i nie było ostrych zbiegów w dół – nie udało się chłopakom dogonić mnie na zbiegach. Szybko podsumujmy etap bo tu nic się ciekawego nie działo tylko ostro dawaliśmy czadu. Tak oto mamy wyniki 3 etapu: Kwadrat – 2h 13min 56sek, 25 miejsce, Melman – 2h 19min 53sek, 35 miejsce, Andrew – 2h 20min 27 sek, 37 miejsce.

Podsumowania dnia w jednym zdaniu – plus 10 punktów do zajebistości ultrasa dla Kwadrata, że nie dał się po raz pierwszy dogonić, plus 10 punktów do zajebistości ultrasa dla Flaka, że pewnie i tak chciał dogonić Kwadrata na zbiegach, plus 10 punktów do zajebistości ultrasa dla Andrew, że dał czadu w ostatni dzień a mógł potraktować odcinek równie lekko jak dwa poprzednie.

Podsumowania punktów wszystkich uczestników z całej imprezy – jeśli dobrze liczę to zawody wygrał wśród nas Junior! Plus 10 punktów na koniec. Cała reszta po 0 😉 Nic dodać, nic ująć.

Tekst: Kwadrat

Komentowanie jest wyłączone