3. Maraton Dębno 6 kwiecień

Dębno Maraton 2014, część I

Termin  operacji: 5-6 kwietnia 2014.

Termin biegu: 6 kwietnia 2014r. godzina 11.00.

Liczba startujących (3): Mistrz (Tymek), Łuki, Andrzej

Serwis wspomagający (2): Sabinka , Franek (nadal walczący z przetrenowaniem).

Dziwnym zrządzeniem losu wyjazd do Dębna rozpoczął się bardzo podobnie do operacji Sobótka. Silną grupą pod wezwaniem  wybraliśmy się już w sobotę po południu. Po drodze zwiedzanie Zielonej Góry (bardzo piękne miasto) z obowiązkową pizzą i szklaneczką Guinnessa. Przez cały czas, włączając drogę i posiłki, toczyła się zażarta  debata o planach i możliwościach poszczególnych zawodników.

Oczywiście „języczkiem u wagi” był Mistrz i jego plany startowe. Po Sobótce, nawet życiowi pesymiści i niedowiarkowie zaczęli rozważać możliwość złamania magicznych 3 godzin przez wspomnianego osobnika. Trzeba tu przyznać, że niezachwiany w swojej wierze był Franek, który od początku utrzymywał, że jedzie do Dębna jako serviceman, bo będą się tam działy rzeczy wielkie…Tak więc ustalono następujący plan (oczywiście same życiówki):

1)      Mistrz atakuje 3 godziny

2)      Łuki atakuje 3,10

3)      Andrzej atakuje 3,15

A teraz wyniki. Co do zawodników nr 2 i 3, to spuśćmy nad nimi zasłonę milczenia. Identyczny czas 3 h 39 min 25 sek dał pozycje 520 i 521 z czego zawodnicy byli ostatecznie bardzo zadowoleni. Istniała wszak groźba, że w ogóle się zesrają i doczołgają się powyżej 4 godzin (wyszło im, że 3 starty w  4 tygodnie to trochę dużo i nie mają zamiaru powtarzać tego w przyszłości). Na szczęście na trasie przebywał zawodnik nr 1 i w dodatku zapierdalał, że aż miło. Serwismeni mdleli na kolejnych międzyczasach, dopingowali go, dodawali otuchy, a jak trzeba było to podobno nawet grozili (że będzie wracał pociągiem, albo stopem). Szczegóły tego biegu Mistrz opisze w osobnej relacji.

Serwis był już na mecie a sekundy uciekały szybko jak woda z wodospadu Niagara. Na 38 kilometrze (ostatni kontakt serwisu z zawodnikiem) wyglądało na to, że istnieje szansa na złamanie magicznego czasu. Ale do mety pozostawało 4195 metrów, słońce grzało coraz mocniej (ponad 20 stopni), a zawodnik wyglądał na lekko zblazowanego. Nikt nie wie co wtedy Sabinka i Franek obiecali TYMKOWI = MISTRZOWI, ale gość zyskał drugie życie. Na mecie jeszcze nerwowe odliczanie, ale serwis wiedział już, że się uda. Zdumienie było ogromne, gdy nasz Bohater pojawił się w czasie: 2 h 59 min 21 sek!!! 

Wpadł natychmiast w ramiona Sabinki (hmmmm, ciekawe), następnie Franka i został odprowadzony na zasłużone miejsce odpoczynku. Na gratulacje pozostałych 2 członków  wyjazdu musiał biedak poczekać jeszcze trochę. Na koniec dodam, że ten niesamowity czas dał 52 miejsce w klasyfikacji OPEN, 49 miejsce wśród mężczyzn i 20 w kategorii M30. Są to wyniki wybitne.

Wyjazd zakończył się zasłużonym celebrowaniem sukcesu. Po skompletowaniu  składu (w końcu pojawiło się dwóch opieszałych) wystrzelił szampan, a później browar, drugi browar, trzeci browar, śpiewy podczas kolejnych browarów…Myślę, że na miejscu jest tu cytat z piosenki „Wesoły autobus”…

Całość zakończyliśmy grubo po północy bezpiecznie dostarczeni do domów przez niezawodną Sabinkę. Dzięki.

Autor: Zapierdalacz Andrzej

Dębno Maraton 2014, część II, przemyślenia Tymka jak pękła bariera 3h.

Miało być podsumowanie z komentarzem jak do tego doszło że w Dębnie pękło 3h w maratonie. Jakoś nie wiedziałem jak się za to zabrać i wyszło mi na to że najlepiej jak przemówią liczby z małym komentarzem. I tak:

Magiczna bariera 3h w maratonie pękła w 9 roku biegania. Pierwsze 3 lata to powolne wejście w temat biegania. Kilometraż z tych lat za cały rok nikogo nie zabijają, ale od czegoś trzeba było zacząć. Lata 2009-2013 mają kilka cech wspólnych:

– trening rozpoczyna się od stycznia

– trwa 4 miesiące bo każdorazowo startem maratońskim był Maraton Silesia z początku maja.

– w sumie podobny średni kilometraż miesięczny w tym okresie styczeń-kwiecień (max 177km)

– w drugiej części kilka szybszych treningów

– jeden start na maxa na krótszym dystansie 15-21,097 km

– na starcie stawałem z waga ok 74kg

Jakie to dawało wytrenowanie i jakie wyniki to widać. Rok 2009 i 3.23h to wejście do 3 ligi amatorów a dla mnie to zejście poniżej 3.30h. (2 liga to 3.10h – 3.20h a 1 liga to czasy poniżej 3.10h). Rok 2010 to wyciśnięcie maximum z mojego poziomu treningowego. Wtedy wiedziałem że kolejne poprawki tego wyniku będą bardzo ciężkie mimo opinii znawców że teraz będą pękać kolejne granice. Kolejne lata będą pokazywały że to nie takie hop siup. Lata 2011-2012 były gorsze wynikowo ale tylko pozornie bo do trudności trasy Silesii doszło jeszcze extremum pogodowe. Wynik 3.15.40 został osiągnięty w temperaturze 4 stopni i przy lejącym marznącym deszczu a wynik 3.18.24 w upale 35 stopniowym. Wydaje mi się że i wtedy pachniało wynikami około 3.10h …ale też wtedy zacząłem mieć inne priorytety i bieg maratoński był już przysłonięty biegami górskimi. Zaliczałem go nie jako po drodze. Wtedy też nabrałem przekonania że moja granica „fizjologiczna” to czas 3.15h i zejścia poniżej tego wyniku będą się przytrafiały niezwykle rzadko.

Rok 2013 utwierdził mnie w tym wszystkim. Nie zmieniając wiele w przygotowaniach, mając głowę kompletnie w górach znów zapachniało wynikiem ok 3.10h. Tym razem warunki były ok i tylko trasa ciężkawa na tyle, że ponownie na drugiej połówce umierałem na max a na 37km całkowicie zdechło i sztywniejące nogi musiałem przejściem do marszu ratować i mimo dopingu Franka na 41km udało się „tylko” złamać 3.15h i urobić wynik 3.13.09. On mnie bardzo ucieszył. Utwierdził mnie że jednak jestem mocno w tej drugiej lidze i że przy polepszeniu treningu czasami mogę się meldować w strefie spadkowej 1ligi czyli około życiówki 3.09h.

ROK 2014.

Wykonałem skok do pierwszej ligi i to z przytupem. Geneza: do myśli o poważnym przygotowaniu się do maratonu asfaltowego skłonili mnie swoją postawą Zapierdalacze grupa Rogoźnicka. Troszkę wam zazdrościłem wspólnej werwy w dążeniu do określonego celu i postanowiłem zebrać się w sobie i jak już to zrobić to zrobić na max. Do Waszych równoległych przygotowań wziąłem się za swoje. W styczniu walnąłem rekordowe 240km ale samych w zasadzie wybiegań po 15-20km. W lutym i marcu nastąpiła nowość. Większość treningów to była ostra walka interwałowa. Te treningi sam sobie wymyślałem a ich różnorodność pozwoliła utrzymać zapał przez dwa miesiące. W marcu walnąłem życiówkę w półmaratonie – 1.27h na trasie Ślężańskiej to super wynik (4.08min/km) ale dalej mu trochę brakowało żeby myśleć o magicznych 3h w biegu maratońskim. To była zapowiedź czasu 3.03h-3.04h który bym brał w ciemno przed startem. Kolejną nowością był start w maratonie o miesiąc wcześniej niż dotychczas, po 3 a nie 4 miesiącach przygotowań. Pierwszy raz byłem tez tak wycieniowany. Waga przedstartowa to 72,7kg = takiej nie miałem od ponad 10lat.

Dębno.Super pogoda choć i ta zaczęła po 2h być uciążliwa, ale słońce przy 20 stopniach to nie 35 stopni. Trasa – w końcu biegłem na max maraton nie-Silesię. Motywacja – ta była bardzo duża wspierana przez Rogoźników na max … a już Franek to cudów dokonywał głosząc z pewnością 100 procentową że tu się wielkie rzeczy dziać będą (jeszcze raz wielkie dzięki!!!). Taktyka – jak zwykle Majchrzakowa czyli ile fabryka dała od początku i byle poniżej 4.15min/km. Podczepiłem się za grupką idącą ok 4.10min/km i czułem że to jest na styku i że w każdej minucie mogą mnie urwać. Tak weszło 10km, tak weszło 20km i co lepsze kolejne 10km. Po 30km średnia była 4.11min/km i mój kalkulator w głowie podał że wystarczy ostatnie 12,195km walnąć po 4.28min/km i się uda złamać 3h! Grupka zająców się rozsypała ok 25km, na 32km minęła mnie ostatnia grupa która goniła 3h …ok 15 chłopa …byłem wykończony i nie byłem w stanie się do nich nawet na 200 metrów podczepić! Zaczyna grzać słońce. Czas 34kilometra to 4.35min/km i przerażenie że ucieka ta trójka na maxa … i ta cholerna prosta do Dębna którą w większości pokonywałem sam i 38km z tablicą Dębno i Sabina z Frankiem którzy się drą że idzie zajebiście (gdybym Was tam nie zobaczył to bym się zesrał pod siebie). Ludziska w Dębnie z dopingiem podtrzymują tempo. Mijam kolejnych chłopów z tej grupy 15-tki co to mnie połykała na 32km. Jakiś gość mnie chce wyprzedzić z wyrazem trupa na twarzy. Stwierdzam, że albo się go utrzymam albo koniec, gnamy razem, na 41km inny gość idzie i mówi „kurwa a tak było blisko” … jest czas 2.55h! Ucieka czas na max …ostatni 1,195km to szalony finisz z ciemnością w oczach i czas poniżej 4min na km! Meta = Sabina, Franek z szampanem 🙂 Po jakimś czasie docierają do mety Łuki z Andrzejem z gratulacjami. Czas 2.59.21!Po ośmiu miesiącach nadal w to nie mogę uwierzyć 🙂

Tak się to w moim przypadku dokonało.Amen/chuj 🙂

Tekst: Tymek

 

Komentowanie jest wyłączone