3. LUT 150, październik 2017

Łemkowyna Ultra Trail 150

Po ukończeniu wraz z Tymkiem edycji z 2016 roku w mega trudnych warunkach pogodowych powiedziałem sobie, że nie wracam już na ŁUT-a. Ale jak to ze mną bywa po jakimś czasie zacząłem się zastanawiać żeby może jednak jeszcze raz wystartować w ŁUT 150 i spróbować poprawić ubiegłoroczny czas. Od pomysłu do realizacji droga była szybka i kiedy tylko ruszyły zapisy od razu się zapisałem. Czas do Łemkowyny bardzo szybko zleciał i oto nadszedł piątek czyli dzień startu a właściwie to noc. Do Krynicy udaliśmy się wraz z Sabiną i Andrzejem a na miejscu dołączył do nas nowy reprezentant Zapierdalaczy Kuba.

Przed godziną 24 ustawiliśmy się w strefie startu na krynickim deptaku i po cyknięciu kilku fotek o godzinie 00:01 ruszyliśmy na trasę. Plan taktyczny mieliśmy zgodny z maksymą JJ-a „Ruszamy wolno jak Marko Olmo”. Rzeczywiście początkowo na podejściach szliśmy spokojnym tempem wiedząc, że do mety bardzo daleko i jeszcze będzie się gdzie zmęczyć. Niestety na pierwszym ostrzejszym zbiegu cała nasza taktyka powędrowała do kosza ponieważ prowadząc naszą Zapierdalaczową grupę podyktowałem trochę za mocne tempo o czym jakiś czas później poinformował mnie Kuba. Po 2h 29 min dotarliśmy do pierwszego punktu – Ropki Siwejka. Czas był lepszy o 20 min od ubiegłorocznego a dodatkowo miałem jeszcze postanowienie aby na punktach przebywać jak najkrócej. Po uzupełnieniu bukłaka, szybkim jedzeniu po ok 5 min ruszyliśmy w dalszą trasę. W tym miejscu należy w końcu wspomnieć o pogodzie. W zeszłym roku na trasie przez 11 h padał deszcz i było zimno. W tym roku natomiast pogoda była o wiele łaskawsza. W nocy temperatura oscylowała ok 5-7 stopni i nie padał deszcz. Doskonale było to widać na 14 km trasy kiedy pierwszy raz przekracza się rzeczkę. W zeszłym roku przejście jej suchą nogą było nie wykonalne i trzeba się było starać żeby nie zamoczyć nogi do połowy łydki. W tym roku natomiast wymieniona rzeczka składała się z 3 malutkich strumyczków, które bezproblemowo można było przeskoczyć.

Drugi etap kończył się  punktem w Wołowcu na 44 km. Odcinek ten jest trudny ze względu na trzy podejścia dające ostro popalić. Najpierw wspinamy się na Kozie Żebro następnie na Rotundę i na koniec na Popowe Wierchy. Na tym etapie od naszej grupki odłączył się Andrzej, który uznał nasze tempo za zbyt szybkie. Ja natomiast jak to u mnie ostatnio na biegach ultra bywa musiałem zaliczyć 3 razy krzaczki za potrzebą. To spowodowało, że Kuba mi uciekał a ja za każdym razem w dość szalonym tempie musiałem go gonić. Za pierwszym razem dogoniłem go po ok 2 km więc nie było dramatu, za drugim razem zajęło mi to ok 3 km a w ostatnim przypadku ponad 4 km i dogoniłem go dopiero na punkcie w Wołowcu. Goniąc go wiedziałem, że popełniam błąd bo biegnę za szybko i pewnie za jakiś czas przyjdzie mi za to zapłacić. Do Wołowca dotarłem po 6 h 21 min,  26 s za Kubą. Na punkcie pojadłem zupki pomidorowej, pomarańczy, które ktoś genialnie obrał ze skóry, ciastek i tak napakowany po 8 min spędzonych na punkcie ruszyłem wraz z Kubą w dalszą trasę. Z Andrzejem widzieliśmy się na punkcie bo dotarł do niego 4 min 30 s po mnie.

Trzeci etap kończył się na na Przełęczy Hałbowskiej na 64 km gdzie wraz z Kubą zameldowaliśmy się po 9h 42 min. Dla mnie był to czas lepszy o ponad 1h w stosunku do roku 2016. Na punkcie czekała na nas Sabina, która pomogła nam ogarnąć sprawy jedzeniowe, zrobiła ładną fotkę i od której dowiedzieliśmy się, że Andrzej powinien być niedaleko za nami. I tak rzeczywiście było bo szykując się do wyjścia do punktu dotarł Andrzej. W tym roku maksmalnie skracałem czas pobytu na punktach i tak też było na Przełęczy Hałbowskiej, na której byłem znowu ok 8 min.

Czwarty etap to odcnek do Chyrowej czyli do przepaku zlokalizowanego na ok 81 km. Na tym etapie nasz peletonik został już rozbity na pojedyńcze części. Do miejscowości Kąty udawało mi się jeszcze jakoś utrzymywać tempo Kuby ale za tą miejscowością na podejściu pod Polanę zacząłem słabnąć i w końcu przeszedłem do swojego tempa. Wydawało mi się, że właśnie nadszedł kryzys spowodowany gonieniem Kuby na wcześniejszym etapie dlatego lepiej było zwolnić i spokojnie przemieszczać się dalej. Do Chyrowej dotarłem w czasie 12h 34 min, 8 min za Kubą. Na miejscu czekała Sabina, która szybko przystąpiła do super obsługi przynosząc mi ciepłe jedzenie, herbatę, pomarańcze itp. Ja natomiast mogłem w tym czasie spokojnie się przebrać i przepakować plecak. Po najedzeniu się okazało się, że kryzys, który mi się przytrafił przed punktem nie był wcale taki straszny a był spowodowany głodem. Na punkcie przebywałem ok 20 min co pozwoliło mi trochę odpocząć i nabrać pewności, że nie jest ze mną tak źle jak mi się wcześniej wydawało. Tak pozytywnie naładowany przy pięknej słonecznej pogodzie ruszyłem na kolejny ciężki odcinek trasy.

Piąty etap prowadził do Iwonicza Zdroju. Na tym odcinku dobrze znanym z ubiegłych lat największą trudnością była Cergowa. Po wyjściu z Chyrowej na pierwszym podejściu widziałem jeszcze w oddali Kubę ale nie było szans, żeby go gonić. Na podejściach szedłem spokojnym tempem natomiast na zbiegach udawało mi się jeszcze zbiegać w dość dobrym tempie. Docierając do podejścia pod Cergową założyłem sobie, że pokonam je na prawdę spokojnie wręcz w ślimaczym tempie, żeby stracić jak najmniej sił wiedząc, ze później jest długi ostry zbieg w lesie a następnie długi odcinek asfaltu. Przekraczając drogę krajową nr 19 zauważyłem tablicę z informacją, że do szczytu Cergowej jest 1h 15 min, zastanowiłem się czy uda mi się zmieścić w tym czasie. Okazało się, że podejście zajęło mi ok 50 min więc nie było ze mną najgorzej. Po zdobyciu szczytu trasa chwilę wiła się raz w górę raz w dół, żeby w końcu dotrzeć do ostrego zbiegu. Na nim niestety odezwało się moje lewe kolano, które od tego momentu przy ostrym zbieganiu zaczynało mnie boleć od zewnętrzej strony. Ból na szczęście ustawał kiedy tylko trasa się wypłaszczała lub prowadziła pod górę. Po początkowym ostrym zbiegu trasa prowadziła jakiś czas przez las aby następnie dotrzeć do drogi asfaltowej prowadzącej do miejscowości Lubatowa. Cały ten odcinek asfaltu w tym roku udało mi się przebiec aż do skrętu drogi w kierunku Iwonicza. Do punktu w Iwoniczu, którego szefem w tym roku został mianowany JJ dotarłem w czasie 16h 39 min mając już ponad 2 h zapasu nad zeszłym rokiem. Na punkcie ponownie wspaniała obsługa Sabiny, która podawała mi co tylko chciałem podczas gdy ja sobie spokojnie siedziałem i odpoczywałem. Punkt ten niestety pomimo super atmosfery tworzonej przez wolontariuszy był na tym odcinku trasy najgorzej zaopatrzony. Na biegach ultra nie jadam bananów ponieważ odbija mi się nimi przez kolejne km, jadam za to pomarańcze, których akurat na tym punkcie nie było. Nie było też nic ciepłego do jedzenia co uważam za duży błąd ponieważ na tym etapie biegu przemieszczanie się pomiędzy kolejnymi punktami potrafi czasem zając ponad 6 h a tu przed nastepnm punktem nie można było się najeść żeby wystarczyło do Puław Górnych. Na punkcie byłem stosunkowo długo bo aż ok 14 min.

Szósty etap to odcinek do zlokalizowanej na ok 121 km stacji narciarskiej Kiczera Ski w Puławach Górnych. Wychodząc z Iwonicza w kierunku Rymanowa Zdroju powoli zapadał zmierzch. Początkowo można jednak było bezproblemowo poruszać się bez użycia latarki ale kiedy jednak trasa skręcała w gęsty las zrobiło się ciemno. Wyjąłem więc czołówkę z nowiutkim akumulatorem, który zakupiłem przed biegiem wiedząc, że spędzę na trasie 2 noce. Na tym odcinku za Rymanowem pamiętałem z ubiegłego roku, że trasa może być mega błotnista. W zeszłym roku  nie było mowy o bieganiu a każdy krok był walką o utrzymanie się na nogach. W tym roku okazało się, że wcześniej pogoda była bardzo łaskawa i na trasie nie było prawie w ogóle grząskiego błota co umożliwiało bieganie aż do drogi asfaltowej prowadzącej już do Puław Górnych. Na zbiegu przed samym asfaltem po niezbyt obfitym punkcie w Iwoniczu poczułem głód i ból żołądka. Na szczęście kiedy dotarłem na asfalt spotkałem supporty innych zawodników którzy poratowali mnie czekoladą i batonikiem. Odcinek asfaltowy do Puław starałem się cały czas biec, przechodząc do marszu tylko na tych fragmetach kiedy droga wspinała się do góry. Do Puław Górnych dotarłem w czasie 20 h 14 min ponad 30 min po Kubie ale za to o ponad 3 h szybciej niż w ubiegłym roku. Na punkcie ponownie Sabina pomogła mi się szybko ogarnąć przynosząc sławną już zupę dyniową i pomarańcze. Postanowiłem też oddać Sabinie rzeczy, które nie będą mi już potrzebne jak dodatkowe żele, powerbank i niestety akumulator z latarki który służył mi poprzedniej nocy ale nie był jeszcze do końca rozładowany. Tej decyzji miałem pożałować jakieć 15 km dalej. Wcześniej przeliczyłem, że jeżeli wyjdę z punktu o 21 to będę miał 6 h na zrobienie pozostałych do mety 30 km i wtedy poinno się udać złamanie 27 godzin. Wynik, o którym przed mogłem nawet marzyć. Po ok 12 min spędzonych na punkcie ruszyłem dalej.

Odcinek siódmy to ok 15 km prowadzące do kolejnego punktu w Przybyszowie. Na tym etapie początkowo przemierza się pola ale niestety o bieganiu przynajmniej w moim wykonaniu nie ma mowy bo trasa cały czas leciutko pnie się do góry. Po dotarciu do granicy lasu zaczyna się już konkretniejsze podejście pod Skibice gdzie doganiam a następnie mijam 3 osoby. Od tego miejsca trasa będzie cały czas przebiegać graniówką co chwilę lekko się podnosząc lub opadając aż do zbiegu w Przybyszowie. Miłą niespodzianką na tym fragmencie trasy jest lotny punkt odżywczy, na którym zostaję poczęstowany kubeczkiem ciepłego rosołku. Trasa trochę się dłuży ale w końcu po 23 h 20 min docieram do Przybyszowa. Na punkcie szybko uzupełniam wodę, jem pomarańcze, piję ciepły barszczyk i już po 3 min ruszam dalej na ostanie prawie 14 km.

Odcinek ósmy to 13,7 km prowadzące do upragnionej mety w Komańczy. Po wyjściu z Przybyszowa dogania mnie 1 zawodnik usadawiając się na moim ogonie. Niestety po jakichś 2 km od punktu moja główna latarka zaczyna mrugać co zwiastuje, że za chwilę przełączy się w tryb światełka świeczki a ja przestanę cokolwiek widzieć. Staję i wyjmuję zapasową latarkę, która niestety nie dysponuje tak mocnym światłem jak jej poprzedniczka. Zawodnik, który chwilę wcześniej siedział mi na ogonie zniknął gdzieś w ciemnościach i nawet nie widać jego światełek. Ruszam dalej zły na siebie, że zostawiłem Sabinie jeszcze nie do końca rozładowany akumulator, który teraz pozwolił bym dalej „normlanie” widzieć. Po chwili dostrzegam w oddali między drzewami światła dwóch osób, czyli osoba, która mnei minęła dogoniła jeszcze kogoś. Postanawiam ich dogonić i usiąść im na ogonie co pozwoli mi troszkę polepszyć moją sytuację związaną ze światłem, bo będę mógł patrzeć na ich nogi i stawiać je tam gdzie oni bez jakichkolwiek obaw. Próbując ich dogonić zaczynam ryzykować ponieważ w świetle mojej latarki czasem nie widzę czy wyląduję w środku grząskiego błota czy może w jego ubitym fragmencie. Na szczęście ryzyko się opłaca i po dłuższej chwili na zbiegu doganiam 1 zawodnika, czyli jego kompan musiał też nieźle zaiwaniać i go zostawił. Dogoniony kolega staje i próbuje mnie przepuścić na co ja stwierdzam, że nie ma na to szans ze względu na moje światło i że własnie dogonienie jego było moim głównym celem. Od tego momentu biegnę za nim niemal krok w krok. Docieramy do wielkiej łąki, którą doskonale pamiętałem z zeszłego roku. Na niej doganiamy kolejnych 2 zawodników, którzy „zamęczeni” już trasą spokojnie maszerują do mety, my jednak nadal biegniemy. Tempo może nie jest powalające ale jak na 144 km i tak jestem w szoku, że nadal biegam a nie spaceruję. Docieramy do ostatniego odcinka leśnego, po którym jest już zbieg na asfalt do Komańczy. Niestety spotyka nas niemiła niespodzianka w postacie mega błota. Jest to najgorszy odcinek na całej 150 km trasie, na którym jest tyle błota, że o bieganiu możemy zapomnieć i zaczynamy walkę o utrzymanie się w ogóle na nogach. Mnie raz ta sztuka się nie udaję i wykręcam piękny piruet, po którym ląduję tyłkiem w błocie. Na szczęście poza ubrudzeniu nr startowego i tyłka nic mi się nie dzieje więc mogę dalej napierać do mety. W końcu ukazuje się ostatni ostry zbieg do drogi asfaltowej. Lewe kolano na zbiegu oświadcza, że ma dość ale jakoś kuśtykając docieram do drogi, która nie jest już tak stroma. Spoglądam na zegarek i widzę, że jeżeli odcinek asfaltu ok 2 km przebiegnę w całości powinienem na mecie złamać 26 h. Kolega zaczyna mi sukcesywnie uciekać ale każdy z nas ma swój cel. Cały czas biegnę, chociaż jak by to ktoś z boku zobaczył to może nie nazwał by tego biegiem ale dla mnie to jest prucie powietrza niczym Usain Bolt w finale na 100 m  :). Trasa dłuży się niesamowicie, niby 2 km a wydaje się jak by ich było ze 20. W końcu skręt w lewo, lekki zbieg i już słychać metę, na którą docieram w genialnym dla mnie czasie 25 h 50 min 41 s. Czas ubiegłoroczny poprawiony o ponad 6 h! Coś niesamowitego. Przy ognisku grzeje się już przebrany w „cywilne” ciuchy Kuba, który przybiegł w czasie 25 h 13 min 43 s. Za mną w czasie 26 h 24 min 36 s dociera Andrzej i tak oto cała ekipa Zapierdalaczy melduje się w genialnych czasach na mecie ŁUT 150.

Tekst: Flaku

Komentowanie jest wyłączone