3. Lavaredo Ultra Trail 2018

« 1 z 2 »

Minął miesiąc i dalej w to wszystko nie mogę uwierzyć. Po kardiologicznych kłopotach i zdiagnozowanym wiosną zawale wydawało się, że nie ma już żadnych szans na bieganie ultra. Miesięczna rehabilitacja i kończąca ją próba wysiłkowa natchnęły we mnie trochę optymizmu ale daleka była jeszcze droga do decyzji startowej. Po drodze odpuściłem majowe Ultra Hungary – tam nie było żadnych szans na start. Potem zacząłem się rozkręcać. Ciężko to nazwać treningiem ale rozruszałem się rowerowo, turystycznie i joggingowo. Kulminacją tego rozruchu był start w Półmaratonie Wizzair Katowice. W wielkim upale spokojnym tempem pokonałem ten dystans w 1h 42min i nabrałem przekonania, że mogę spróbować podejść do Lavaredo.

Dystans ogromny 120km, do tego przewyższeń moc +/-5800m, ale limit 30h pozwalał na rozsądne tempo. Od samego początku miałem też postanowienie w głowie, że jakiekolwiek wątpliwości na trasie rozwiązuję tylko w jeden sposób: schodzę z trasy. Takie podejście to dla mnie nowość, ale od tego roku sporo się zmieniło. Przekonałem do tego projektu Agę i razem ruszyliśmy do Cortiny. Dotarliśmy do campingu przed południem, nocując po drodze w Austrii w naszym „camperze” Focusie i przed pierwszym deszczem zdążyliśmy rozłożyć namiot. Camping Rocchetta wypasiony, wokół sami biegacze, zrobił się swojski klimat przypominający ten z Chamonixowego UTMB. Jeszcze w czwartek odebraliśmy pakiet z ogromną koszulką L (którą po kilku podejściach do Orgów wymieniła mi żonka na akceptowalną M-kę) i wieczór spędziliśmy przy piwku i winku made in Italy.

Dzień startowy zrobił się słoneczny, bez pośpiechu ogarnąłem sprzęt startowy, podjechaliśmy do Cortiny, spacer pod stację kolejki na Rifugio Faloria gdzie Aga w sobotę wybierała się na wycieczkę, potem weszła pizza i przydługawe oczekiwanie na start. O g.21 oddaliśmy depozyt i w kawiarni doczekaliśmy godziny startu. Ta jest okrutna bo start o g.23 spokojnie mógłby być przesunięty na 20:00, wtedy większość towarzystwa docierała by do mety o rozsądnej porze a nie w środku nocy. Na starcie ponad 1600 osób więc jest głośno, tłoczno. Emocje startowe czuć w powietrzu jest super. W końcu ruszam, macham Adze na pożegnanie, najpierw powoli bo tłok niemiłosierny, potem jest szansa zająć sobie właściwe miejsce w stawce. Moje to połowa stawki i jak się okazało tak już zostało do końca. Pierwsze podejście nie daje szans na wyprzedzanie, ale mi to pasuje bo jestem w dobrym dla siebie miejscu tempowym. Pierwszy punkt Ospitale pojawia się szybko, uzupełniam wodę, bukłak lekko uszkodzony przecieka trochę, plecy od tego mokre no ale cóż jakaś trudność musi być hehehe. Po drodze do Passo Tre Croci solidne podejście pod Rifugio Son Forcia. Pokonuje je bez szaleństw ale też czuję, że pary w nogach nie ma, wychodzi ostatnie pół roku bez solidnego treningu. Na zbiegu idzie całkiem fajnie i po niecałych 5h melduje się w Federavechia. Następny etap to jedno z największych podejść na całej trasie. Trochę czasu minie zanim dotrę do Rifugio Auronzo 2326m npm, tu już walka jest znaczna, pary na podejściach ewidentnie brakuje, ale humor dopisuje bo jakoś to idzie. Wiaterek chłodnawy, ale i słońce zaczyna przygrzewać. Lecę dalej. Na piętach wyraźnie rosną blazy, ponownie w tych samych miejscach co na marcowym Chianti Ultra. Anioł Stróż pilnuje co bym się nie rozpędził za bardzo? Nie musi, bo sam widzę, że forma jest średnia i ciągnę to na „talencie” jak to Franiu nie raz komentował. Bezpieczny jest limit, około 3h więc nie ma nerwówki. Jest git. Po 11,5h docieram w końcu do Cimabanche, tu udaje się dotrzeć Adze. Jak zwykle miłe jest Jej wsparcie, pomaga jak może, wciągam coś podobnego do rosołu, żołądkowo jest średnio, żeli w zasadzie nie jem, podjadam co jest na punktach i jakoś idzie choć cierpię z powodu braku herbaty. Jest coś podobnego o nazwie tea ale to syf okrutny. Kawy też nie ma. Aga częstuje mnie swoja turystyczną herbatą, nastraja mnie to optymistycznie przed druga częścią. Do mety pozostaje ok 55km, jestem już na stałe w połowie stawki, blazy na piętach okrutne. Zapas do limitu dobry więc ruszam. Żegnam się z Agą ta rusza na swoją wycieczkę dolomitową a ja na swoje podejście. Upał. W końcu zbliżam się do ściany płaczu tzw. Kanionu Flaka. Łuki nim straszy od jakiegoś czasu i w końcu jest. Podejście niby nie za ostre, ale niekończące się w Wąwozie Val Travenanzes w mega upale. Na jego końcu płaskowyż kamienny, przechodzenie przez rzekę i poprawka na Col dei Bos 2331m npm. Ufffff. No to już najgorsze za mną. A jednak nie. Zaś poprawka. Tym razem podejście do Rifugio Averau 2419m npm. No tu to się już chichram sam z siebie. Co 100 metrów przysiadam na kamieniu jak emeryt w drodze na Giewont. Nie martwi mnie to jakoś szczególnie, raczej śmieszy. Skoro dotarłem tutaj to i do mety dotrę tak sobie myślę. Styl podejścia odbiega od moich najlepszych podejść w życiu, ale ostatecznie docieram. Tu stwarza się małe zamieszanie dezinformacyjne. Mimo że mnie odklikują sędziowie to w systemie nie pojawiam się. Sprawa powtarza się w kolejnym miejscu na Passo Giau i w związku z tym Aga na dole zaczyna się poważnie martwić o pozawałowca. Miał chłop być o jakimś czasie, a tu mija kolejna godzina a jego nie ma. Próba dodzwonienia nieskuteczna, raz nie słyszę , drugi raz nie odbieram ze zmęczenia bo telefon z tyłu w plecaku. W końcu udaje się nam skontaktować, uspokajam mój support, że jest dobrze i jako tako lecę do przodu. Wygląda na to że na mecie w ok 25h będę zapowiadam. W końcu i sędziowie mnie odklikują skutecznie w punkcie Mondeval, stąd jeszcze jedno podejście, niby nieduże, niby 200m do góry ale ja już mam dość. Noc się zbliża, zakładam czołówkę i ruszam w dół. Zegarek pokazuje że walka już trwa 23h a do mety (1220m npm) trzeba zbiec z wysokości 2250m npm. No to lecę. Z godnością osobistą. Kroi się najgorszy czas wśród Zapierdalaczy, 22h Kuby i 23h JJeja z lat poprzednich uciekły, tak samo mija 24h Andrzeja i 25h Łukiego. A i tak duma mnie rozpiera, że kolejne dupsko zapierdalaczowe zamelduje się na mecie Lavaredo Ultra Trail! Parę osób wyprzedzam i w końcu docieram do mety po północy w czasie 25h i 25minut! Pozycja 825 na 1608 startujących osób, finisherów 1188. Super! Na mecie pustawo (bo godzina startu jest jaka jest), ale na mnie czeka Aga więc jest super! Kamizelka finishera zdobyta, autem jedziemy na camping, nocny prysznic i browar i spać.

Poranek sztywnawy i z mocnymi blazami, ale stan fizyczny ogólny super. Na szczęście Aga kieruje w drodze powrotnej, a ja mam sporo czasu na przemyślenia co można a czego nie po zawale serca. Ale to już osobna historia. Na razie jest ukończony 22 ultramaraton!

Tekst: Tymek

Komentowanie jest wyłączone