3.1 Rzeźnik Hardcore relacja Flaku i Andrew

RELACJA Z HARDCOROWEGO BIEGU RZEŹNIKA 2015r autorstwa DEBIUTANTÓW ŁUKIEGO I ANDRZEJA

Relacja łączona, z nawiązaniamiTermin biegu: 5 czerwca 2015r. – piątek godz.3.00

Liczba startujących Zapierdalaczy (6=3 drużyny): Zapierdalacze1 – Tymek i Jacek; Zapierdalacze2 – Andrzej i Łuki; Zapierdalacze3 – Franek i Jasiu

Plus genialny support w postaci naszych ZAPIERDALACZOWYCH rodzin.

Andrzej:

Do napisania relacji z Rzeźnika miałem zamiar wziąć się od razu. Ale było tyle emocji, że dałem sobie kilka dni na ochłonięcie głowy… ostatecznym terminem spisania tej historii miał być start w Eigerze. Eiger za 4 dni, a z relacji rzeźnikowej dupa. Więc zaczynam! O samym biegu, jego trudności i uroku można by napisać opasłe tomisko. Ale tym, co wyróżnia ten bieg spośród innych, są dwie rzeczy. Pierwsza to jego konwencja, czyli bieg parami. Drugą, bezpośrednio związaną z pierwszą, są emocje. Nieprawdopodobne emocje. Zarówno te wzniosłe, najwspanialsze, ale także te najgorsze, o których chcielibyśmy jak najszybciej zapomnieć.  Umówiliśmy się z Łukim, że napiszemy tą relację wspólnie , ale osobno. Dlatego szczegóły czasów, przepaków itp. zostawię jemu. To Łuki był naszym logistykiem, taktykiem, żywieniowcem i motorem napędowym. Ja miałem po prostu dobiec do mety w zaplanowanym czasie. I trzeba powiedzieć, że trzymaliśmy się tej taktyki z żelazną konsekwencją, co przyniosło oczekiwane efekty.   Moja przygoda z Rzeźnikiem zaczęła się jakieś trzy lata temu, kiedy Mistrz-Tymek po moich pierwszych „sukcesach” w biegach płaskich zaproponował mi 18-to kilometrową przebieżkę po szczytach wokół Wapienicy (nasza słynna trasa debiutantów). Skoro Mistrz zabiera mnie w góry, to pewnie szuka partnera do Rzeźnika – pomyślałem. Po około 6 kilometrach bieganie górskie przestało mi się podobać. Zupełnie zaskoczył mnie fakt, że biegi płaskie i górskie to dwie zupełnie różne dyscypliny sportu. Niemniej jednak, od tego pamiętnego wypadu synonimem biegów górskich stał się dla mnie Bieg Rzeźnika. Historia zatoczyła wielkie koło i stanęliśmy wspólnie z Tymkiem na starcie w Komańczy.  Co prawda z innymi partnerami, ale chyba dla nas obu wyszło to na dobre. Pierwsze kilometry, rozpoznawcze, ruszyliśmy wspólnie- wszystkie 3 pary. Pierwsi odłączyli się od nas Franiu i Jasiu. My trzymaliśmy się Zapierdalaczy 1. Plan był taki, że im dłużej będą nam służyć swoim doświadczeniem, tym lepiej. Jacek miał sensacje żołądkowe, więc na Żebraku mieliśmy nawet nad chłopakami drobną przewagę. Czas: zgodnie z planem i nawet lekka górka. Zero problemów. Problemy zaczęły się dla mnie na podejściu pod Wołosań. Niestety wróciły demony – jebane skurcze. Oświadczyłem Łukiemu, że zwalniamy. Dogonili nas Zapierdalacze 1, więc nie  było jeszcze tragedii, ale w głowie zaczęło się palić czerwone światełko. Na zbiegu do Cisnej trochę odżyłem i na przepaku zameldowaliśmy się chwile przed Tymkiem i JJ-em. Jednak tutaj kompletnie się pogubiłem. Cała akcja zajęła mi ponad 10 minut (katastrofa). Chłopaki darli już dawno na Jasło, kiedy ja szukałem nadal koszulki. Obiektywnie, to potrzebowałem chyba chwili wytchnienia. Jakoś się pozbierałem (Sabinka zeznała później, że wyglądałem jak koniec świata) i ruszyłem mozolnie pod pierdolone Małe Jasło. Od razu powiedziałem Łukiemu, że idę swoim, wolnym tempem. Chciałem zobaczyć, co jest grane ze skurczami. I choć kolejne pary wyprzedzały mnie jak niedzielnego turystę, to postanowiłem, że nie dam się podpalić i dorwę ich na zbiegu. Łukasz musiał się piekielnie nudzić, bo zameldował, że idzie na „krzaczek” i że  za kilka minut mnie dogoni. W tej chwili było mi to bardzo na rękę, bo cholernie męczyła mnie myśl, że solidnie nas spowalniam. Przy kolejnym „krzaczku” Łukiego na Drodze Mirka zacząłem się zastanawiać, czy aby na pewno wszystko jest OK? Wymijająco-uspokajająca odpowiedź Łukiego na ten moment mnie zadowoliła. Ale czułem, że coś jest na rzeczy. Do Smereka dotarliśmy ponownie przed planowanym limitem i ta informacja dała mi niesamowitego kopa. Od tego momentu z każdym kilometrem biegło mi się coraz lepiej. Byłem tak zachwycony swoją dyspozycją, że przegapiłem pierwsze symptomy kryzysu Łukiego. Odwodnienie spowodowane „krzaczkami”, plus kłopoty z przyswajaniem pokarmów zaczynały dawać o sobie znać.

Relacja Łukiego z tego fragmentu trasy:

Początek Rzeźnika Andrzej opisał super i generalnie nasze odczucia są podobne. Do Żebraka i potem do Cisnej wszystko szło jak w zegarku i nawet miałem wrażenie, że ciśniemy ciut za szybko. Na przepaku w Cisnej wychodzi na to, że jako drużyna Zapierdalaczy2 się po prostu pogubiliśmy. Andrzej ganiał do Sabiny po rosołki a ja miotałem się z kijkami i batonikami cały czas mając w głowie, że nie możemy się tu rozsiadać bo stracimy za dużo czasu. I coś w tym było bo nagle na płycie orlika w Cisnej zniknęła mi z oczu drużyna Zap1 i jak się potem okazało przyszło nam się z nimi zobaczyć dopiero na mecie w Wołosatym.

W trakcie podejścia pod  Małe Jasło kiedy Andrzej oświadczył, że mogą wystąpić problemy skurczowe zacząłem mieć przed oczami, że zaczniemy co chwilę stawać i rozmasowywać jego mięśnie.  Zaczęły doganiać nas i potem mijać inne ekipy ale to mnie jakoś specjalnie nie interesowało bo dla nas celem było 12h na mecie a Andrzej dyktował tempo, które minimalizowało występowanie skurczy i cały czas pozwalało nam się przemieszczać do przodu. W tym czasie zacząłem mieć jednak pewne wątpliwości czy nasz plan 12h na mecie i wyjście na hardcora będzie jeszcze możliwy ale postanowiłem te wątpliwości pozostawić tylko dla siebie jako że znalazłem się na Rzeźniku tylko i wyłącznie dzięki Andrzejowi i ukończenie tego biegu w podstawowej wersji było by już dla mnie sukcesem. Jak napisał Andrzej na tym etapie dwukrotnie najpierw na podejściu pod Małe Jasło a potem na Drodze Mirka zaliczyłem „krzaczki”, które jakoś mnie nie dziwiły jako że na Biegu 7 Dolin 2014 też miałem podobne „pit stopy” i nie wywołały one w końcowym rozrachunku jakiś większych problemów.

Droga Mirka i Smerek w tle:

zapierdalacze smerekAndrzej:

Smerek dał nam się ostro we znaki. Na poważnie zacząłem się martwić, jak na Połoninie Wetlińskiej, w dobrej wierze, pokazałem Łukiemu jaki szmat drogi jeszcze przed nami (oczywiście chodziło o Tarnicę i Hardcora). Zamiast spodziewanego „ale super” usłyszałem „ja pierdolę, kurwa mać”. I to z ust mojego konia pociągowego!? Na szczęście za chwile była Chatka Puchatka i tłumy, naprawdę, tłumy kibiców. Dobiegaliśmy sami i doping był tylko dla nas. Krzyknąłem nieśmiało, że słaby ten doping, na co odpowiedziało mnóstwo gardeł i dłoni… zapas adrenaliny napełnił mi się „do pełna”. A żeby atrakcji było mało, to tuż przed Berehami przywitały nas nasze dzieciaki. Och jak miło było ich wszystkich widzieć. A na punkcie cała reszta. Z Adą, Mikołajkiem i oczywiście Sabinką. Dodam tutaj z wdzięcznością, że oprócz Sabinki na każdym punkcie wspierała nas też Magda. Wielkie dzięki!

Łuki:

W tej części relacji wersja moja i Andrzeja delikatnie się różni głównie w mierze mojego samopoczucia. W tym miejscu nie bardzo sobie przypominam mój tekst, który cytuje Andrzej na temat widoku, ale może i rzeczywiście tak było. Jestem natomiast 100% pewien, że tekst „ja pierdolę, kurwa mać” wygłosiłem w trakcie odcinka hardcore mniej więcej na szczycie Szerokiego Wierchu kiedy Andrzej pokazywał mi dalszy przebieg trasy a ja miałem już serdecznie dość i marzyłem już o mecie.

Na tym etapie trasy trzeba jednak powiedzieć, że moje początkowe obawy o Andrzeja na podejściach nie miały już kompletnie sensu bo mimo że dalej poruszaliśmy się wg jego tempa to potem na zbiegach doganialiśmy tych którzy nas wyprzedzili i odrabialiśmy straty poniesione pod górę. Tak jak napisał Andrzej zbieg do Berehów dał niezłego kopa i aż miałem ciarki na plecach jak najpierw zobaczyliśmy dzieciaki w koszulkach Zapierdalaczy, które darły się niemiłosiernie nas dopingując a na samym punkcie kiedy pozostała ekipa Zapierdalaczy z Adą i Mikołajkiem nas obskoczyli i zaczęli „naszą obsługę”. W tym miejscu trzeba to powiedzieć, że bez takiej ekipy nie umiem sobie już wyobrazić wyjazdów na kolejne biegi – to jest po prostu coś fantastycznego mieć wokół siebie grupę ludzi, którzy cię wspierają i obsługują jak byś był królem.

Chatka Puchatka:

zapierdalacze chatka puchatkaAndrzej:

Czas rewelacja. Nie trzeba się było spieszyć. Pozwoliliśmy sobie na chwilę lenistwa i dawaj na Caryńską. Cóż można powiedzieć o Caryńskiej – straszna suka. Podejście jakoś poszło, a na zbiegu znów darliśmy jak opętani. Na asfalcie przed metą pozwoliliśmy się wyprzedzić kilku parom, ale dla nas prawdziwe bieganie miało się dopiero zacząć. Czas na mecie: 11h46minut. Kurwa, znów zgodnie z planem! Wow! Mieliśmy zamiar sobie trochę odpocząć, gdy po kilku minutach usłyszeliśmy od kierownika mety, że limit 12godzin w Ustrzykach dotyczy opuszczenia strefy mety, a nie przybycia. Trochę mnie to wnerwiło, ale co gorsza przyłamało Łukiego. On bardziej niż ja potrzebował chwili spokoju i odpoczynku. Ale mus to mus. Trzeba było ruszać. W tym miejscu słowo wyjaśnienia. Organizatorzy dokooptowali nam do pary trzeciego zawodnika, któremu „zepsuł” się towarzysz. Bardzo miły gość, który kończył Hardcora kilka razy i miał ochotę znów to powtórzyć. Ale spotkał swojego znajomego (też bez pary) i do końca kontynuowali bieg wspólnie. Na mecie okazało się, że wyprzedziliśmy ich o dobrych kilkanaście minut i dlatego nasz nieoficjalny czas wynosi 16h10min. Podobno będzie skorygowany przez Organizatorów.

Łuki:

Ostatni etap Rzeźnika z osławioną już Połoniną Caryńska daje nieźle popalić. Podejście ciągnie się i ciągnie i cały czas jest sztywne nie odpuszczając ani na moment. Na zbiegu do Ustrzyk grzejemy z Andrzejem ile się da, żeby limit 12h na mecie mieć spokojnie w zapasie. Przebiegamy mostek, za którym w ubiegłych latach była meta, wpadamy na asfalt i tak sobie już spokojnie bez wielkiej spinki docieramy do mety. Tu rzeczywiście miałem nadzieję, że ze względu na zapas czasowy będę mógł się trochę rozsiąść, napić i zjeść coś na spokojnie. Niestety rzeczywistość była trochę brutalniejsza i w sumie zdążyłem chyba tylko zjeść batonika i napić się resztki rosołu od Andrzeja. A w tym całym naszym pośpiechu żeby wyjść na trasę hardcora nawet nie odebraliśmy z Andrzejem medali za ukończenie podstawowego biegu Rzeźnika.

 Widoki z Szerokiego Wierchu + Andrew i Łuki w chwilach kryzysu. Wyraz ich twarzy mówi wszystko.

Andrzej:

Podejście pod Szeroki Wierch to też historia na osobny artykuł. Smerek i Caryńska to pewnie „ostrzejsze” góry, ale Szeroki to „niekończąca się opowieść”. Cały czas bez chwili odpoczynku pod górę. Zdobywa się kolejne wierzchołki, a to ciągle jeszcze nie to. Dla mnie, choć miałem tego dnia „dzień konia”, najtrudniejszy moment wyścigu (gorszy nawet od skurczów na 30km). A przy całym tym koszmarnym wysiłku i zmęczeniu najpiękniejsze widoki w polskich górach (jest to moja subiektywna opinia). Bukowe Berdo, Tarnica, wyłaniający się Halicz-ostatnia trudność na naszej trasie. Zaczynam się poważnie martwic o Łukiego. W Ustrzykach wyrwałem dla nas dwie butelki Coli i tak naprawdę były to jedyne kalorie, które udało mu się przyswoić. Żołądek odmówił mu posłuszeństwa. Nie musze mówić, co to oznacza dla ultrasa…Siadamy na punkcie widokowym. Ja robię kilka fotek i zaczynam nakłaniać Łukiego do jedzenia. Jakoś przełyka żela, choć widzę, ile go to kosztuje wysiłku. Mam wrażenie, że zaraz i tak go zwymiotuje. W tym momencie chujowo to wygląda. U mnie natomiast bajka. Od kilkudziesięciu kilometrów jem prawie cały czas. Idę, piję i jem. Mój żołądek jest w stanie nienaruszonym. Prawdopodobnie dzięki rosołkowi, którym karmiła mnie Sabinka na kolejnych punktach. Pisałem wcześniej o negatywnych emocjach. Wstyd się przyznać, ale miałem wtedy moment złości na Łukiego. Na samym szczycie Szerokiego Wierchu (mniej więcej połowa Hardcora), w czasie jego potwornego kryzysu. Jak to możliwe? Awaria w motorze napędowy naszej dwójki? W oczach zaświtała mi opcja zakończenia rywalizacji i obrania najkrótszej trasy spod Tarnicy do Wołosatego. Włączył mi się wtedy na chwilę żal, że jak to? Przecież mieliśmy oglądać „widoki” z Halicza i panoramę Bieszczadów z Rozsypańca…piątkowym późnym popołudniem! I choć te myśli to było jedynie okamgnienie, to jest mi cholernie wstyd tej chwili słabości. Okazałem się kompletnym egoistą i ignorantem. Złościć to się można na siebie i swoją dyspozycję, nigdy na partnera! Na szczęście, zanim zdążyłem wymyślić więcej podobnych głupot, Łuki się pozbierał i nawet nie wspomniał o skracaniu trasy. Zuch chłopak. Przy takich problemach z żołądkiem wielu dało by sobie spokój jakieś 40 kilometrów wcześniej. Na szczęście wszystko wróciło do normy. Łuki zapierdalał, ja go ledwo goniłem. Wspaniały porządek rzeczy. Nareszcie czułem się jak właściwy człowiek na właściwym miejscu. A kiedy złapaliśmy kontakt (już nie tylko wzrokowy) z wyprzedzającymi nas ekipami, to wstąpiły w nas jakieś cudowne siły. Na zbiegu z Rozsypańca wyprzedziliśmy dwie ekipy, a na bieszczadzkim asfalcie (same kamory) od przełęczy, kolejną. Cały czas pruliśmy jak wściekli, czując chyba pod skórą, że jest coś jeszcze do zrobienia. Kiedy na kilkaset metrów do mety pojawiła się Sabinka z dzieciakami z bukietami kwiatów w rączkach, czułem się jak bohater. Tylko pieprzony zegarek pokazywał, że do limitu 16 godzin pozostało mało czasu, a dystans przeciwnie – spory. Nie do końca udało się ustalić ile jest do mety, ale krzyknąłem do Łukiego, żeby rzucał kije i plecak. Dzieci je pozbierają, a my zapierdalamy. Tempo ostatniego kilometra była zabójcze. A ostatnie 400m to już absolutny sprint. 4.15min/km po 100 kilometrach wydaje mi się dziś jakąś abstrakcją! Ale na mecie czas brutto wyniósł 15h59minut i ileś tam sekund. Kurwa udało się! Hardcore poniżej 16 godzin! I to w debiucie! Czas netto będzie pewnie lepszy (nie ma jeszcze oficjalnych wyników, a nieoficjalne są popieprzone), ale to nie miało żadnego znaczenia. Dla nas liczył się czas 16 godzin od wystrzału do przekroczenia mety.  I jakimś cudem, zrobiliśmy to. Na mecie istne zapierdalaczowe szaleństwo. Jest Sabinka, która biegła równo z nami ostatnie kilkaset metrów. Dzieciaki z bukietami kwiatów (mega się wzruszyłem). Rodzinki finiszerów Harcora i nasi znajomi. Tymek i JJ, którzy od ponad pół godziny sączyli już piwko na mecie…

Ale w tym momencie najważniejszy był mój partner. Pieprzony Łuki. Niezniszczalny.

Widok z Rozsypańca. Stąd już tylko w dół:

Łuki:

Wychodząc na hardcora zdążyłem zabrać tylko ze sobą butelkę coli i uzupełnić wodą bukłak w plecaku. Początkowa droga po asfalcie w upale dawała mi już w kość, zwłaszcza, że dokoptowany do naszej 2 towarzysz nieźle zapinkalał a Andrzej cały czas z nim konwersując śmigał aż miło. Na moje szczęście doszedł do nas po chwili kolega naszego nowego towarzysza i ten postanowił iść razem z nim pozostawiając nas już samych sobie. Jak pisałem wcześniej na początkowych kilometrach tego etapu przeżywałem kryzys głównie energetyczny, nogi dawały by jeszcze radę ale reszta organizmu jakoś nie umiała temu sprostać. Winą za to obarczam brak odpowiedniego wcześniejszego odżywiania i trochę moje szarżowanie na wcześniejszych etapach – głównie na Drodze Mirka, gdzie po „krzaczkach” gnałem za Andrzejem momentami w tempie 5:15/km i to pewnie wszystko się razem skumulowało i po prostu na podejściu pod Szeroki Wierch zaczęło mi odcinać prąd.  Po namowach Andrzeja spróbowałem zjeść żele i batoniki i to po jakimś czasie będąc już na trasie w kierunku Halicza trochę postawiło mnie na nogi ale najpierw musiałem przeżyć jeszcze małe złudzenie, że oto już widać zbieg do mety i koniec męczarni. Działo się to mniej więcej na szczycie Szerokiego Wierchu kiedy pięknie było widać Tarnicę i jak się później okazało niebieski szlak prowadzący do Wołosatego, którym miałem nadzieję będziemy kończyć swoją przygodę z Rzeźnikiem HC. Jakież było moje rozczarowanie kiedy Andrzej szybko wyprowadził mnie z błędu stwierdzeniem „nie tędy droga” i na rozwidleniu pod Tarnicą trzeba skręcić w lewo i dalej czerwonym szlakiem poruszać się w kierunku Halicza, Przełęczy Bukowskiej i dalej do Wołosatego. Będąc na trasie HC cały czas przed nami poruszały się inne pary, które co jakiś czas znikały nam za zakrętami/szczytami. W końcówce kiedy już trochę odżyłem zaczęliśmy przyspieszać a po ostatnim tego dnia podejściu kiedy zauważyłem, że zaczęliśmy się do nich zbliżać zapaliła się w mojej głowie lampka, że może jednak nie będziemy ostatni na tym etapie i kogoś jeszcze wyprzedzimy. I tak się właśnie stało bo na ostatnich km lekko z górki znowu z Andrzejem nieźle zapierdalaliśmy do mety. Bieg przez ostatnie kilometry ciężko mi wytłumaczyć. Zdawać by się mogło, że po takim szmacie drogi jaki już przebyliśmy, walce ze słabościami powinienem już tylko spacerkiem podążać spokojnie do mety a tymczasem my na ostatnich kilometrach cały czas biegnąc nadrobiliśmy bardzo dużo czasu czego efektem był czas na mecie poniżej 16h. Ostanie kilkaset metrów to już czyste szaleństwo w naszym wykonaniu i do dzisiaj zastanawiam się skąd ja ale i Andrzej miał siły żeby prawie po 100 km biec w tempie 4:15/km, ale jak widać organizm potrafi płatać figle i w tę dobrą dla nas stronę.  Po przekroczeniu mety po tych prawie 16 godzinach wspólnie na trasie padliśmy sobie z Andrzejem w ramiona, że udało nam się zrobić naprawdę niezłą robotę mimo różnych przeciwności i razem pokonaliśmy tę naprawdę trudną ale i piękną bieszadzką trasę. Na mecie coś o czym pisałem wcześniej – szaleństwo ekipy Zapierdalaczy, dzieciaki wręczające nam bukiety kwiatów, cała Zapierdalaczowa rodzina drąca się w niebogłosy i na sam koniec zasłużony zimny rzeźnikowy browar.

Andrzej:

Ps. Franiu i Jasiu zaliczyli metę w Ustrzykach – brawo! To także debiutanci.

Ps.2 Dzięki za bezcenne rady wcześniejszych finiszerów Rzeźnika: Mistrza i JJ-ja

PS.3 Dzięki dla wszystkich Zapiedalaczy – uczestników: Jacek, Tymek, Franiu, Jasiu, Łuki – jesteście wielcy!

Ps.4 Wielkie dzięki dla wszystkich naszych najbliższych, którym nie dość, że chciało się przyjechać na ten koniec świata, to jeszcze wspierali nas na punktach i na mecie.

Ps.5 Podziękowania dla Jasia i Kacperka za kapitalny doping.

Musze tu przeprosić Jasia, że w szaleństwie ostatnich metrów, na kilkaset metrów do mety, nie miałem nawet czasu odebrać od niego bukiecika bieszczadzkich kwiatów. Odbiegając widziałem jego zawiedzioną minkę, że nie chcę kwiatuszków, że na niego nie czekam, że musi sam nas gonić…Kochany Jasiu! Bardzo chciałem dostać od Ciebie kwiatuszki, wziąć Cię na ręce i zanieść na metę. Ale nie mogłem.

Ps.6 Sabinka, jesteś najlepsza. Uwielbiam Cię. Fajnie mieć taką żonę.

Ps.7 Łuki, pisząc tę relację natknąłem się gdzieś na info,  że 9 czerwca był Dniem Przyjaciela.

Spóźnione najlepsze życzenia.

Łuki:

Podepnę się pod to co wyżej napisał Andrzej dodając tylko podziękowania dla mojej ukochanej rodzinki – Ady i Mikołajka za to,  że dzielnie znieśli to całe moje zamieszanie Rzeźnikowe, które łącznie z przygotowaniami trwało prawie pół roku.

Andrzejowi dziękuję za to, że umożliwił mi po praz pierwszy wyjazd w Bieszczady, no i przede wszystkim dziękuję mu za wspólną walkę na trasie – było naprawdę zajebiście, z takim partnerem można przenosić góry.

AMEN/CHUJ

Komentowanie jest wyłączone