2. Ultra Trail Vipava Valley (UTVV) 2017

Choć pomysł był mój żeby się wybrać na to Ultra do Słowenii to na listach startowych pierwszym Polakiem w trzyletniej historii UTVV był JJej. Zapisał się i namówił starego znajomego Jakuba z Czech i nowego znajomego Mariusza który po raz pierwszy postanowił przekroczyć setny kilometr właśnie w Słowenii. Minęło trochę czasu i postanowiłem dołączyć do dwójki Polaków i tym samym na trzeciej edycji pojawiła się po raz pierwszy reprezentacja Polski w sile trzech chłopa.

Deszczową podróż odbyliśmy w czteroosobowym składzie: dwóch Czechów, bo do Kuby dołączył Pavel i dwóch Polaków: JJej i ja (Mariusza spotkaliśmy na miejscu bo przyjechał tam wcześniej z rodzinką). Na listach najdłuższego 110km dystansu było około 100 osób i już cieszyliśmy się na dużą kameralność biegu a prognoza pogody na dzień biegu, zapowiadane słoneczko po kilku dniach opadów utwierdziło nas w tych dobrych nastrojach. Do biura zawodów dotarliśmy pod wieczór po 12h podróży. Wszystko super i sprawnie, w pakiecie koszulka z jaszczurką i winko z okolicznych winnic, wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni. Wieczorkiem szybkie pakowanie depozytów i plecaków, dobre nastroje podlewane winkiem słoweńskim i piwkiem czeskim bo jak to najstarsi Jakub i JJej mówią: przygoda musi być!

Na godzinę piątą rano docieramy autem do Vipavy, tu parkujemy, oddajemy worki na dwa depozyty i metę i autobusem organizatora odjeżdżamy do Ajdovściny skąd mamy wystartować. Jest względnie ciepło, ale bardzo mocno wieje więc dzwoniąc lekko zębami czekamy na start. Ogrzewamy się w piekarni do której nas wpuszcza piekarz widzący biegaczy pod jego drzwiami. Zbliża się szósta, wieje dalej i to tutaj na wysokości 67 m.n.p.m. więc spodziewamy się ostrego wiatru w górach. Pod bramą Salomona ustawia się 97 osób i w towarzystwie legionistów rzymskich i ostrej muzyki w końcu ruszamy! Jakub i Pavel ruszają od razu do przodu ostro a nasza polska trójka spokojnie daje się wyprzedzić większości ultrasów. Lecimy spokojnie ale bez opinkalania się.

Cała trasa dzieli się na trzy części: ogromny masyw Małego Golaka 1485  m.n.p.m (prawie 50km), druga część to podróż przez kolejne pagórki wśród winnic z których słynie cała Dolina Vipavy (jest to około 35km na wysokościach 100-600 m.n.p.m.) i na deser zostaje masyw Nanos (prawie 25km z bardzo ciężkim dziesięciokilometrowym podejściem na pkt Plesa Vojkova Koca ok.1250 m.n.p.m.). Wszystkie etapy bardzo się od siebie różnią i pozostawiają w nas niezapomniane widoki i wrażenia. Na pierwszym etapie szybko wydostajemy się z Ajdovściny i jeszcze szybciej rozgrzewamy się na maxa na ostrym podejściu na Podrta Gore, gdzie po 10km wpadamy na płaskowyż na wysokości 800 m.n.p.m. Pogoda jest słoneczna, po drodze spotykamy punkty kontrolne (odczyt ręczny ale idzie sprawnie) i żywieniowe na których full profeska i do tego wszyscy mega mili i uśmiechnięci. Tniemy powietrze i kolejne pagórki aż do 20km, na którym zaczyna się mozolne podejście na Mali Golak. Osiągamy go po 5km i wiadrze potu wylanym, w nagrodę piękne widoki na ośnieżone Alpy Julijskie i trudny techniczny odcinek zbiegu przy ostrym wietrze. Zanim z całego masywu zaczniemy zbiegać do pierwszego przepaku w Batuje (około 50km) po drodze mamy sporo atrakcji: alpejskie zbiegi, zapierające dech w piersi widoki na całą Dolinę Vipavy z odległym masywem Nanos, dolimitowe piargi na podejściu pod Kucelj Vrch, malowniczo położoną cerkiew Sv.Marije. W końcu po 15km zbiegu docieramy do Batuje. Trochę się rozsiadamy, ja przebieram się całkiem na krótko i ruszamy naszą polska trójką na kolejny etap: tym razem niskie wysokości ale sporo podejść po drodze, trochę asfaltowego biegania.Wszystkie trudy wynagradzają mijane krajobrazy: wszędzie dookoła winnice i malownicze wioski. Na kolejnych punktach cały czas kręcimy się w okolicach 50-55 miejsca, wygląda na to że pierwsza czterdziestka wyraźnie nam uciekła. Mija 10 godzin biegu i przeżywam swój jeden z większych kryzysów ostatnich lat. Zaczynam odstawać od chłopaków a dół energetyczny się powiększa. Kieliszek lokalnej wódeczki na punkcie od przemiłych pań ciut poprawia sprawę i próbuję swoim tempem przetrzymać mega kryzys. Na podejściach zostaję za chłopakami ale na zbiegach jakoś do nich docieram i na 70km sytuacja jest względnie opanowana. Nadal walczymy razem, dzień dobiega do końca a my zbliżamy się do masywu Nanos. Zaczynamy etap trzeci ciężkim podejściem. Na szczęście jest ono poprowadzone trawersem i tylko to daje mi szansę utrzymać się z chłopakami bo UltraDziadek (jak ochrzciliśmy z Mariuszem JJeja) napiera coraz mocniej a ja już do końca idę na mocno rozładowanej baterii. Chłopaki stają i wyciągają latarki a ja idę dalej sam bo wiem że mnie zaraz dogonią. Okazuje się że jednak nie jest aż tak źle i trawersowe podejście mi służy i pierwszy docieram do drugiego przepaku Lovska Koca. Chłopaki po chwili tez są. Orgowie mówią żeby się ubrać bo u góry wiucha na maxa. Wciągamy rosołki, herbatę, bierzemy kolejne żele z worków i po chwili ruszamy na pięciokilometrowy atak szczytowy. W większości jest on w otwartym terenie i bardzo sztywny. Coraz ciężej jest mi utrzymać się chłopaków. Z kijkami w łapach powiększają nade mną przewagę ale w końcu udaje się dotrzeć do punktu żywieniowego Plesa Vojkova koca. Muszę wyglądać źle bo tylko mnie dziewczyny z punktu zadają pytanie czy wszystko w porządku. Odpowiadam że jest ok i po chwili wychodzimy z ciepłego pomieszczenia i ruszamy dalej. Pierwsze 15 minut walczymy z hipotermią bo trzepie nas niemiłosiernie. Na 99km mówię JJejowi że 18h jest do złamania ale trzeba by było zasuwać po 6 min na km. UltraDziadkowi nie trzeba wiele gadać i włącza turbinę. Teren początkowo sprzyja więc szybko nam ucieka. Ja staram się nie szarpać bo wyjechany jestem na maxa. W końcu pojawia się ostry zbieg i zaczynam się rozpędzać zostawiając z tyłu Mariusza z bolącym kolanem. Do końca każdy walczy już sam. Doganiam jednego biegacza który ledwo idzie w dół ale i mnie przegania jakiś Włoch który w dół leci o wiele szybciej. Jest stromo i coraz bardziej kamieniście. Teren robi się coraz gorszy do nocnego zbiegu. Uda chcą wybuchnąć. Ostatnie 3km to już prawdziwe gruzowisko. To ostatecznie spowalnia JJeja i choć na finiszu przeskakuje kilku biegaczy to ostatecznie wpada na metę po północy w czasie 18h20min na 41 miejscu! Tym samym staje się pierwszym Polakiem na mecie UTVV! Ja docieram na miejscu 45 w czasie 18h 25min, a po 20minutach na 48 miejscu dociera Mariusz trzeci z Polaków! Jesteśmy wykończeni, wyjechani na maxa choć UltraDziadek polski król Vipavy wygląda na takiego co by parę km jeszcze mógł dorzucić.

Nasi zaprzyjaźnieni Czesi grają w innej lidze. Jakub łamie 15h a Pavel na mecie melduje się w 17h z hakiem. Mariusz podrzuca nas na kwaterę (mijamy się z Kubą który po nas jedzie) ale ostatecznie o godzinie 1 w nocy lądujemy w pokoju i w trójkę z Kubą i JJejem oblewamy ultraskie sukcesy (Pavel śpi). Wstajemy po paru godzinach snu, nasz stan jest niezły, zaliczamy spacer po naszej wiosce, cała Dolina Vipavy znów jest w słońcu, podziwiamy odległe masywy Golaka i Nanosa a u gospodarza rozbijamy bank w zakupach winnych! W wyśmienitych nastrojach ruszamy do domu. UTVV ZDOBYTA !!!

« 1 z 2 »

P.S.

Bieg był obliczany przez organizatora na 110km i 5550m+ (gdzieś się pojawiało nawet +6000m).

Sunciak zmierzył 108km i 5421m+.

W biegu wystartowało 97 osób, miał spory limit czasowy bo 35h co się w naszych polskich ultra nie zdarza, ukończyło go 84 osoby.

Trasa była oznaczona rewelacyjnie małymi chorągiewkami wbitymi w ziemie i taśmami.

Sama impreza ma ogromny potencjał i za parę lat będzie to impreza masowa.

Połączenie ultra i winnic musi przynieść sukces organizatorom.

Tekst: Tymek

Komentowanie jest wyłączone