2. Ultra Trail Hungary

Wbijanie gwoździ i słowiki

Stojąc na linii startu oddychałem i byłem tu i teraz – zbyt wiele do mnie nie dochodziło. Z tego stanu wyrwał mnie dopiero nasz okrzyk. Pierwsze metry biegłem jeszcze za chłopakami – jest ścisk. Czołówka oświetlała kurz biegnących przede mną, a w głowie pustka. Nie zdawałem sobie sprawy, że stres mocno trzyma i wbija gwoździa w głowę do pierwszego punktu w Dobogoko. Czekam kiedy piguła zacznie działać. Znika oświetlona panorama Budapesztu i ból też. Od początku biegu mijamy się z dwoma zawodnikami. Gadają cały czas – okazuje się, że to Amerykanie. Jeden z nich powyżej sześdziesiątki – dajemy sobie zmiany na podejściach, facet ma parę. Taktyka na mój pierwszy bieg rozpoczęty w nocy jest prosta – nie wypierniczyć się, nie połamać i nie stłuc okularów. Do czasu wschodu słońca poruszałem się więc ostrożniej. Czekałem na wschód słońca i poranny rejwach budzących się ptaków. Póki co popisywały się słowiki, których to wolnych do tej pory nie miałem okazji słuchać. Wszystko jest dla mnie nowe – nawet zwyczaje tutejszych biegaczy. Mijam jednego palacza będąc wcześniej przekonanym, że mijam jakiegoś nawiedzonego turystę ale z niepewności wybija mnie widok biegowego plecaka.

Panika na trawersie

Na przepaku w Piliszentelek uzupełniam żele, (czego ja tam nie mam w tych tobołach). Zmieniam koszulkę na barwy klubowe i szczerbatej dziewuszcze z serwisu daję pierniki. Do moich amerykańskich znajomych dołącza węgierska para biegaczy. Pierwszy raz obserwuję zjawisko „stałych znajomych”. Zwykle widziałem kogoś przez chwilę, obserwowałem plecy, a w przypadku biegaczek inne części ciała. Teraz na stałe mam swoją grupę wsparcia. Błotnisty trawers nie pozwala biec, nasza grupa przechyla się w kierunku stoku. Węgierka upada, nie może wstać i wpada w panikę. W oczach strach, a za nią rośnie kolejka biegaczy. Omijam dziewczę i blokuję ją czym mogę. Dojeżdrza na tyłku do drzewka i tam ją podnosimy. W Pilismarot piszę do Aśki, że jest ok., a za mną 44 km-y. Starszy jankes zmienia koszulkę na Lavaredo dziwi się głośno, że tutaj dostaje taki wycisk. Dobiegają Węgrzy, dziołcha wstała z martwych, uśmiechnięta choć łapki ma brudne. Dzidę za punktem pokonujemy z Amerykanami dając sobie zmiany.
Na zbiegu zostawaim wszystkich znajomych. Wieloskoki na bieżni i treningi na piaskowej Żelatowej poprawiły wyraźnie ten element biegu.

Navigare necesse est, vivere non necesse

Do punktu w Domosz docieram bardzo na limicie. Żeby nie było za pięknie pomyliłem trasę i konkurencja jest teraz przede mną. Kolejne podejście w pełnym sońcu na prędkości 20 min/km, staję co parenaście kroków. Prądu brak, mijają mnie biegacze – dochodzą turyści. Węgierska para odpuszcza i zaczyna biwak połączony z sesją zdjęciową i wyraźnie mają w dupie resztę dystansu – źle to wpływa na moje zamroczone morale. Kawałek złapanego cienia i kapka wody powoduje, że zaczynam czuć się coraz lepiej i skupiony na osiągnięciu kolejnego odcinka w limicie słyszę od jednej z mijanych po drodze biegaczek: „you can still do it”, więc biegowy kawałek przed punktem w Pilisszentlaszlo wykorzystuję zgodnie z instrukcją – biegnę. Wspracie dodało mi skrzydeł, niestety trochę za dużo i znów mylę drogę i znów wszystko „k….” od nowa. Do Lepence lecę mega wkurzony wypatrując szarf, których na tym
odcinku organizator przyoszczędził. Na punkt docieram w pełnym biegu i mimo przekroczenia limitu puszczą mnie dalej, jest tam kilkoro biegaczy ale nie wyglądaja na chętnych do kontynuowania biegu. „You have to go now” – mówi babeczka z serwisu. Śpieszę się tak, że wybiegłem bez napełnienia bukłaka, zalewam tylko bidon. Startuję pod górę, a ptaki drą się niemiłosiernie. Przez moment dopada mnie złudzenie, że cały ten rejwach jest puszczany z głośnika. Kiedy zdaję sobie z tego sprawę bańka z halunami pęka. Na trasie nie mam już siły zdecydowanie więcej marszu, przybijam piątki z maluchami, głaszczę psy, a w przerwach truchtam.

Powtórka z rozrywki

Zbiża się do mnie dwójka biegaczy, których kompletnie nie kojarzę, a są podejrzanie wypoczęci. Kurde to ludzie z napisem „koniec biegu” – zdejmują szarfy. Taką sytuację miałem już na Leśniku Jesień w 2015. Tylko wtedy po wdrapaniu się na Pilsko dałem rady ukończyć bieg w limicie. Teraz pozostaje walczyć tylko z limitem i próbą dojścia do Visegradu. Punkt w Pilisszentelaszlo był już poskładany, a na ławeczce siedziało kilku pozalimitowców. Spytałem o możliwość kontynuowania biegu ale wyjątku dla mnie nie zrobiono. Pierwszy raz nie zaliczam biegu.

Od tego momentu było już tylko lepiej. Spotkanie z Sabiną, Jackiem i wypatrywanie chłopaków. Pierwszy raz robię Zapierdalaczom zdjęcia na końcówce biegu :). Dzięki ekipo i przepraszam za chrapanie ;).

Tekst: Mamut

Komentowanie jest wyłączone