2. Ultra Rzeźnik 100/140 km

 Plan był na Rzeźnika Ultra 140km. Był ale w zasadzie od marcowej kontuzji zaczął się zmieniać.

Ledwo przetruchtany maraton w Dębnie i asekuracyjnie przebiegnięty Niepokorny Mnich wyhamowały skutecznie ambicje a widoczne już na horyzoncie UTMB wymusiło strategię że biegnę tyle ile puści. W  razie wyraźnych problemów kończę wersję 100km a może nawet złażę z trasy. Na dwa dni przed startem gruchnęła wieść o konflikcie Orgów z Bieszczadzkim Parkiem Narodowym w efekcie którego trzeba było całkowicie zmienić trasę. Zapowiedź braku ukochanych Połonin całkowicie odłączyła mi chęć dotarcia do mety 140km za wszelką cenę.

I z takim „bagażem” staję na starcie, Magda z rodzicami i chłopakami Łukim, Kwadratem, Andrzejem i Piotrkiem kibicują i wypuszczają mnie w noc. Jest godzina 22, odliczanie, 400 osób z hakiem i lecimy 🙂 Pierwsze km szeroką drogą leśną lekko pod górę, tempo spokojne, księżyc w pełni, ciepło, szybko ściągam bufkę z głowy i cienkie rękawiczki. Jest pierwsze ostre podejście na Małe Jasło (1097m) i przez Szczawnik (1098m) na Jasło (1153m). Tutaj zbiegamy z grani na dół i znów drogą leśną osiągamy pierwszy punkt z wodą na 18km. Idzie bardzo dobrze, nie na zawał ale całkiem energicznie. Wciągam drugi żel i ruszam na na Fereczatą (1102m). Szybko jestem na grani nadal sporo osób wokół mnie, w dali widać sporo latarek i z przodu i z tyłu. Na Okrągliku (1101m) pierwszy raz czuję ból w łydce, myśląc że to może skurcze trochę zwalniam i lecę dalej po paśmie granicznym. Ten najfajniejszy fragment całej nowej trasy niestety robimy w nocy, trochę szkoda. Na kolejnym podejściu na Dziurkowiec (1189m) zaczynam mieć wyraźne problemy żołądkowe i coraz bardziej bolącą łydkę. Trochę ponad 3h a tu już takie schody. Zatrzymuje się, mija mnie kilka osób, próbuję rozmasować łydkę i już wiem że jest problem. Mam jakieś stwardnienie w mięśniu które boli na podejściu ale pozwala zbiegiwać. Wdrapuję się na Rabią Skałę (1199m) próbując się utrzymać na końcu uciekającej mi 20 osobowej grupy. Na Paportnej zaczyna się ostra jazda. Trasa złazi ze szlaku i ostro przez jagodziny i dalej las wali na dół. Wszyscy ostro zapierdzielają a ja na skraju rzygania ledwo żywy lecę za nimi co by sam w tym zagadkowym terenie nie zostać. Pochłaniam 3 żel, niewiele to zmienia ale trochę stabilizuje się sytuacja, w końcu docieramy do szerokiej drogi leśnej i po chwili jesteśmy w punkcie 39km, piję sporo izo i coli, uzupełniam wodę. Jestem na około 70-80 pozycji (jak się później okazało na 50 w biegu URz100). Ruszam dalej po szerokich leśnych drogach w stronę Kalnicy, jest trochę podejść ale raczej biegowo, brzuch po coli w miarę dochodzi do siebie ale do ogólnego zmęczenia dochodzi rzecz nowa. Melduje się ścięgno na lewym piszczelu, to kontuzjowane w marcu i na tych płaskich odcinkach mocno doskwiera. Noc się kończy, docieram do Kalnicy i asfaltem zmierzam do punktu 49km. Fiksuje zegarek bo on mierzy już prawie 51km jak docieram do pierwszego przepaku Jaworzec (później się okaże, że im dalej tym większa różnica. Zegarek zawyża km przy ustawieniu na pomiar co 5sek ?). Punkt jest w dolinie i tutaj jest zimno. Zostaję więc w długich nogawkach, zmieniam długi rękaw na suchy i nową koszulkę zapodaję. Żarcie w punkcie nader skromne: albo kasza z warzywami albo ryż z jabłkiem. Niby Orgowie to zapowiadali ale brak owoców, ciastek, orzeszków itp. jest rozczarowujący. Większość towarzystwa zawiedziona. Po zmianie trasy to drugi minus. Na zegarze 7h, do następnego punktu 20km. Wysyłam SMS do Magdy że będę tam za 2.5-3h …jakże się myląc. Już pierwsze metry pokazują, że ścięgno na piszczelu cierpi coraz mocniej a na podejściu łyda woła o ratunek. Moc podejściowa 50%. Do tego zaczyna grzać mocno słońce i w długich rękawach / nogawkach zaczyna być nie fajnie. Ostre podejścia w lesie na Kiczerę (931m), Czereninę (981m) i Falową (968m) po czarnym szlaku dają ostro popalić a i ostre zbiegi nie dają wytchnienia. Docieram do doliny, teraz trochę asfaltu w Dołżycy i dalej za czarnym szlakiem rozpoczyna się mozolne podejście przez Horodek (889m) na Łopiennik (1069m). No tu już jest ciężki wpierdol. Jest maksymalnie pod górę a do tego w upale szybko kończą się zapasy wody. Zegarek pokazuje 70km. Cieszę się, że punkt Jabłonka 71km już blisko…ale coś jest nie tak bo góra się nie kończy. Zakładam że Orgom się średnio policzyła trasa. W końcu docieram do Durnej z której powinno być w dół. Niestety tu kolejne rozczarowanie moje i kilku osób wokół mnie. Jeszcze podejścia na Berdo (890m) i Walter (836m). Następuje u wszystkich wokół kompletny brak płynów już nie mamy się czym dzielić. Na dół lecimy na totalnym odwodnieniu i w końcu po ponad 4h docieram do pkt Jabłonka 71km. Mój zegarek pokazuje 77km! Czas 11h. Miejsce ok 60, ale w biegu RzU100 – 35. Jest Magda i rodzice, kibicują a ja jestem trup. Melduje im, że moje nogi są w tak kiepskim już stanie że nie ma mowy o bieganiu dzisiaj 140km. Pozostaje tylko walka o dotarcie do mety 103km jak kontuzje pozwolą. Magda trochę nie wierzy ale po opisaniu jej wszystkich zepsutych już rzeczy dociera chyba i do niej, że tym razem to ja się nie przekomarzam i teraz to już jest walka o 103km. Po zdjęciu długich ciuchów i wywaleniu wszelkich balastów typu latarka, kurtka, bufy, biorę kijki i full opity i z napełnionym bukłakiem ruszam dalej. Po km rozkręcam jakoś tempo i mocnym marszem z rzadkim podbiegiwaniem ruszam dalej. Początkowo doliną, szeroką drogą a następnie już w lesie wdrapuje się na Jaworne (992m), dalej czerwonym szlakiem trochę biegania do Przełęczy Żebrak a potem podejście na Chryszczatą (998m). Mam ostrą zgagę po żelach ale ponownie wciągam kolejnego i popijam wodą. Tempo nie jest za duże, energetycznie jest nieźle, jest też niezłe nawadnianie za to z każdym kilometrem jest coraz gorzej z lewą nogą. Obita kostka i zgrzytający Achilles prawej nogi przestają być już zauważalne bo lewy piszczel chce wybuchnąć na zbiegu z Chryszczatej. Tam gdzie robi się biegowo, koło jeziorek Duszatyńskich ja już mogę tylko o maszerowaniu pomyśleć. Odcinki biegowe kończą mi się po 200 metrach. Jest ostra masakra. W końcu docieram do punktu Duszatyn, który miał być na 92km a jest na 94km (mój zegarek ma już 104km). Czas 14h50min, miejsce nadal ok 35 w Rzu100. Siadam na chwilę, wiadro wody na łeb, 0.5 litra coli i drugie tyle izo i ruszam dalej. Pozostało 10km asfaltu i wydaje się że już mnie nic nie zaskoczy. O bieganiu nie ma już mowy więc kroi się energiczny przemarsz, upał jest nie zmienny. Ale są niespodzianki. Pierwsza – kilka razy trzeba przejść po kostki w wodzie przez brody. Nawet jest to miłe bo chłodzące ale po 3km jest już negatyw – stopy zaczynają się zaparzać. Druga niespodzianka – przechodząc przez drewniany mostek wbijam 10cm drzazgę w stopę, dziurawię buta i trafiam jakimś cudem między palce. To prawie ukrzyżowanie stopy na 8km utwierdza mnie ostatecznie że trza kończyć ta nierówną walkę. Po drodze wyprzedza mnie ok 10 osób, ale jak się później okazuje większość z nich wyjdzie na trasę 140 i nie spychają mnie w mojej klasyfikacji. Tą mam chwilowo w dupie i idę do mety. Na końcu doliny w Smolniku są rodzice z Magdą, zbierają się i walą w stronę mety bo definitywnie im potwierdzam zakończenie. Sam pkt 103km, przepak dla RzU140 i meta dla RzU100 jest mega ciulowo położona bo w dolince z zakazem wjazdu. Trzeba odbyć 1,5km spacer od drogi żeby dotrzeć na ta metę. Dla kibiców kanał, dla tych co zbierają trupy finisherów ostra komplikacja. W końcu w czasie 16h33min docieram do tej mety i deklaruję koniec wyścigu. Zabierają chipa, medalu nie dają, ten mam sobie odebrać w Cisnej. Nie bardzo jest gdzie siąść, wypijam Lecha b/alkoh. i zasiadam obok na poboczu drogi z rodzicami a Magda leci po auto olewając zakaz wjazdu bo ja już mam dość wędrówek. Po chwili jedziemy na chatę, po drodze zahaczając o Orlika w Cisnej gdzie dostaję medal, browar i błękitną koszulkę finiszera Biegu Rzeźnik Ultra100. Przy chałupie chłopaki już mają ognicho i przy piwku pierwsze opowieści z trasy lecą. Po uporządkowaniu klasyfikacji obu biegów uznano że 53 osoby wystartowały na 140km z czego do mety dotarło 47 osób a w limicie 24h zmieściło się 35 osób. Ja rezygnując z wyjścia dalej ze 103km zostałem przesunięty do klasyfikacji biegu Rzeżnik Ultra100. Takich osób było sporo. Ostatecznie na 100km wystartowało 371 osób, nie ukończyło 143, a do mety na 104km (zegarki ludziom wskazywały 107km a mój to zmierzył 115km) dotarło 228 osób. Z moim czasem 16h33min zająłem 39pozycję (10,5% startujących, 17,11% ukończonych). Do limitu wyjścia na bieg 140km miałem jeszcze 2h, do celów zakładanych przed startem – czas poniżej 16h niewiele zabrakło, tak jak do kolejnych 20 osób w klasyfikacji ….no cóż może kiedyś podejdę jeszcze raz do tego tematu…

 

Rezygnacja z biegu 140km była dobra bo noga na następny dzień zalała się siniakiem i zaczęła puchnąć  i tak za dużo zniosła w obliczu zbliżającego się UTMB …teraz czas na leczenie kontuzji … a trening na razie …mentalny 🙂

Tekst – Tymek

Komentowanie jest wyłączone