2. Rzeźnik Ultra 2018

Rzeźnik Ultra od samego początku był dla mnie jedną wielką niewiadomą. 12 dni wcześniej ekipa Zapierdalaczy (razem ze mną) startowała w Ultra Trail Hungary gdzie udało mi się ukończyć 112 km trasę. Wszyscy byliśmy zgodni, że jest bardzo mało czasu do następnego startu jednak razem z Andrzejem postanowiliśmy zaryzykować. Żeby jednak za bardzo nie kusić losu jeszcze przed startem zdecydowaliśmy, że nie atakujemy dystansu 140km tylko z pokorą podchodzimy do 115km. W dniu startu pogoda definitywnie nie była naszym sojusznikiem.. +30 stopni dało się mocno we znaki uczestnikom klasycznego Rzeźnika. My czekaliśmy w napięciu na naszą kolej – start był zaplanowany na 19;15. Dla zabicia czasu strzeliliśmy pifko bezalkoholowe, jeszcze raz sprawdziliśmy czy wszystko mamy i poszliśmy na start. O 19;15 ze sceny zagrali Highway to Hell, Mirek coś tam krzyknął o niedźwiedziach i polecieliśmy. Najpierw spokojnie asfaltem w stronę Baligrodu, po 2-3 km skręt na szutrówkę do lasu i zaczęła się mozolna wspinaczka na Łopiennik. Taktyka była prosta – do przepaku na 63km NIE ZMĘCZYĆ SIĘ bo potem miały zacząć się góry (5 razy mieliśmy wejść powyżej 1000 metrów). Na podejściu na Łopiennik trzymaliśmy się z Andrzejem razem, na szczycie odwróciłem się i krzyknąłem „to teraz przyspieszamy i dzida w dół”. Okazało się, że był to ostatni raz kiedy się widzieliśmy bo Andrzej skręcił kostkę i z szybkiego zbiegania były nici. Z Łopiennika biegliśmy do Łopienki (stara odremontowana cerkiew) gdzie po drodze było jakieś mini pole namiotowe ale za to częstowali chyba rumem… ja jednak nie skorzystałem. Za cerkwią było już na tyle szaro że trzeba było odpalić czołówki. Po upalnym dniu wieczór był bardzo ciepły i było parno… woda szybko się kończyła a najbliższy punkt był dopiero na 23km (Łopienka 11km). Starym harcerskim sposobem zacząłem uzupełniać wodę w każdym napotkanym strumieniu i szybko spostrzegłem że mam sporo naśladowców. Dalej trasa była dość monotonna… głównie stokówki albo ścieżki… była już ciemna noc..punkt na 23km w Górzance przeszedł bez większej historii (było tak jak powiedział org.. tylko woda) i potem się zaczęło. To już chyba był drugi albo trzeci przypadek jak w miarę na początku biegu dopada mnie kryzys mentalny. Wszystko niby jest ok, łydka ładnie podaje, nic nie boli, generalnie można jeszcze wyczuć świeżość a tu głowa mówi „ale jeszcze daleko, po kiego ci to, zmęczysz się, będziesz wypruty i takie tam”. Walka była ciężka i trwała do Polańczyka (33km i punkt z jedzeniem) ale w końcu udało mi się siebie samego przekonać że trzeba jednak zapierdalać 😉 W Polańczyku zjadłem zupkę, popiłem coli coś tam jeszcze skubnąłem i ruszyłem bo na punkcie było duże ognisko i robiło mi się już przytulnie ciepło i nie chciałem wszystkiego pierdolnąć i zostać 😉 Z profilu trasy wynikało, że teraz przez 30km będzie generalnie płasko i będzie można coś przyspieszyć ale jak to w Bieszczadach nic bardziej mylnego… zaczęło się od biegu wąską ścieżynką wokoło fiordu zalewu solińskiego, pełno wystających korzeni, wąsko, stromo i co chwila góra-dól. Potem trasa prowadziła wzdłuż strumienia który przekraczaliśmy z 15 razy do tego trzeba było omijać powalone drzewa itp. Następnie bieg jakimiś łąkami gdzie szlak był ledwo widoczny bo chyba  nikt tam nie chodzi… po drodze był punkt w Myczkowcach też tylko z wodą (49km) i tak to się ciągnęło. Nie bardzo wiedziałem który jestem w stawce bo ludzie się ciągle tasowali i wydawało mi się że biegnę mniej więcej na tej samej pozycji (później się okazało, że jednak delikatnie piąłem się w klasyfikacji). Jakieś 4-5km przed przepakiem zaczęło się życie 😉 przepiękny wschód słońca, który zastał mnie na łąkach za Myczkowcami. Od tego momentu nie miałem już żadnych wątpliwości, że zapierdalam do końca ;-). Przepak – słodko-ostra pomidorowa, trochę słodyczy, pomarańcze, orzeszki… przebrałem koszulkę, uzupełniłem wodę wziąłem kije (do tej pory biegłem bez kijków) i w drogę – teraz miało się zacząć… najpierw podejście pod Łopiennik. Początek był stromy, chłopy tam rwali mocno pod górę ja starałem się nie ponieść i szedłem swoim tempem. Jeszcze przed Łopiennikiem gdzieś po drodze zdarzyła się w sumie śmieszna sytuacja.. lecimy w 5 osób na przedzie koleś ciśnie, widać że ma jeszcze sporo siły… my za nim … i nagle po jednym ze szczycików jakby zniknęła ścieżka… a my walimy ostro w dół… krzyczę że coś jest nie tak… no ale koleś ma garmina z trackiem i mówi że na pewno dobrze biegniemy… po następnych 200 metrach dzikim lasem przyznaje jednak że track idzie „trochę” bokiem ale zaraz się z nim spotkamy… ja i dwóch innych gości jakoś przestajemy mu wierzyć.. dobrze, że jeden z nich ma też zegarek z trackiem (ja nie miałem), spoglądamy i wygląda na to, że walimy dokładnie w przeciwną stronę niż track… krzyczymy do tamtego, że źle biegnie ale on pełen energii zapierdala dalej w dół jak dzik w żołędzie… my zawróciliśmy i po 200 metrach wracamy na trasę.. tamtego kolesia już więcej nie widzieliśmy… z mapy wynikało, że pewnie wypadł w Jabłonkach na rozmontowany pomnik gen Świerczewskiego… o i tak to czasem bywa jak człowiek ma tyle energii że szkoda mu czasu dobrze na tracka spojrzeć 😉 Z Łopiennika zbiegamy tą samą trasą, którą wieczorem dzień wcześniej podchodziliśmy i zaraz przed asfaltem jest punkt z wodą i „przekąskami” (pod Honem 77km) czyli jedną tacką z pokrajanymi kabanosami. Dobrze że nas było na punkcie 6-7 osób to każdy po kawałeczku dostał 😉 Z ciekawostek, na tym punkcie spotykam też taką dwójkę (chłopak i dziewczyna), których kojarzę z trasy bo ciągle gadali, śmiali się … generalnie pełen luz i zabawa, ciągłe gadanie, że w ogóle nie są zmęczeni i że fajny i spoko ten bieg itp… a tu już widać że chyba czar prysnął… jak pytają innych jak się czują to jeden koleś im odpowiada że zajebiście i full power (zakładam że też musiał się wcześniej ich nasłuchać ) a oni miny mają nietęgie ale odpowiadają że oczywiście oni też super hiper. Potem już ich nie widziałem. Jak popatrzyłem w wyniki to co prawda dziewczyna zdobyła finalnie 2 miejsce ale od tego punktu straciła do mnie i paru innych gości ponad godzinę i z 20 miejsc… z tej historyjki, dla mnie do zapamiętania „lepiej trochę pomilczeć niż paplać i tracić energię”
No nic ruszam dalej… podejście na Hon.. ta sama trasa co na zbiegu w biegu Rzeźnika tylko że do góry, do góry tym wyciągiem.. ogień… a słońce już świeci.. jakoś się tam gramolę.. potem szczytami jakoś idzie i zbieg do Żubraczego.. tam znów punkt z woda i przekąskami… piję colę, ładuję wodę do pełna bo wiem, że teraz podejście na Hyrlatą czyli jak to zrobię to jestem już „w domu” zjadam żel, podpinam się pod dwóch gości i napieramy. Podejście niby szlakiem ale po prostu kilerka, ze dwa razy się zatrzymuję wiszę na kijach i dyszę…  raz dochodzę tych gości i siadamy na pniu.. wciągamy żele, klniemy, grozimy orgom… i ruszamy dalej. Na szczycie zaczynamy zbiegać przez pole borowinowe… niby w dół ale jakoś ciężko idzie przez te krzaki borówek.. potem jest leśna droga ale co chwila powalone drzewa i gałęzie i nie ma się jak rozpędzić a trzeba gdzieś czas nadrabiać… w końcu JEST… wypłaszcza się, ładna szeroka leśna droga, no to podgonimy ze 3-4 km do następnego punktu. Niestety to są Bieszczady.. po 200 metrach ładna droga zamienia się w koszmar.. czyli drogę zrywkową pilarzy.. błoto i koleiny po uda… raz jak się wjebałem to tak mi buty zassało że myślałem że w samych skarpetach zostanę, zresztą koledzy mają to samo. Skaczemy z lewej strony na prawą, unikamy kałuż i większego błota, poruszamy się w żółwim tempie a mieliśmy nadrobić…  w końcu jest asfalt i punkt w Solince, tu woda cola trochę ciastek i paluszki. Wolontariusze mówią że są na punkcie od 2 rano a pierwszy koleś był chyba koło 7 rano… czyli jakieś 3 godziny przed nami… i tu sobie uświadamiam, że skoro na 90km pierwszy zawodnik był tylko 3 godziny przede mną to nie jest tak źle a nawet jest dobrze. Ruszam dalej. Teraz podejście na granicę i 8km granicą cały czas lekko do góry… znów popełniłem błąd w założeniach bo myślałem że będę cały czas szedł a tu podpinam się pod leśnika z Wrocławia (ma gość jeszcze parę) i co mnie pozytywnie zaskakuje .. biegniemy (no może truchtamy ale ja jestem wniebowzięty). Trzymam się go ze 3-4 km ale czuję że jak nie odpuszczę to się zajadę… mówię że ja zwalniam, no to on też zwolni… hmmmm .. zwolnił ale za chwilę przyspiesza … ja za nim… znów czuję że zaraz padnę.. mówię że ja zwalniam.. no to on też.. znów to samo.. no cóż muszę posłużyć się kłamstwem i mówię mu że muszę zadzwonić do żony i że się zatrzymuję a on niech leci dale ja go dogonię .. ufff udało się.. przeżyłem… odczekałem chwilkę i ruszam dalej ;-). Do przełęczy nad roztokami jakoś leci… biegnę generalnie sam i jest mi z tym dobrze. Na przełęczy spotykam znajomych z Rzeszowa, trochę z nimi gadam, zjadam ziemniaka, piję colę, jem żelki – generalnie ten punkt to wypas. Wiem że już tylko ostatnie podejście na Okrąglik i koniec. Odpalam (wcześniej zgłaszam orgom to co postanowiłem przed biegiem że skracam na 115km) podejście jest mi dobrze znane z innych rzeźnickich biegów więc po prostu staram się je jak najszybciej „jebnąć”. Na Okrągliku spotykam leśnika z Wrocławia (chyba musiałem mieć dobre tempo skoro go tu dochodzę – myślę sobie) ale on jednak się skusił i napiera 140km… życzę mu powodzenia i odbijam w lewo na Jasło. Po drodze zagaduję chłopaka z Kielc.. trochę rozmawiamy ale po chwili mówi mi żebym leciał bo on już pary nie ma … to lecę bo nie chcę zwalniać do jego tempa i zrobić go potem na „leśnika z Wrocka” 😉 tym bardziej, że widzę że zbliża się burza. Na ostatnim zbiegu sił mam już mało i wydaje mi się że się wlokę… na trasie pojawia się coraz więcej osób … zaczynam czuć metę… ktoś mi pstryka zdjęcie a ja pytam czy jeszcze daleko.. 500 metrów… super… wrzucam wyższy bieg i cisnę żeby finisz był z klasą 😉 wpadam na mostek… za mostkiem parę schodków do góry i lecę po okręgu prosto do mety… JEST!
Na mecie dostaję medal i zimne piwko od Sabiny… jestem zjechany ale szczęśliwy. Po ok pół godziny dopada nas ulewa… współczuję wszystkim co są jeszcze na trasie. Sabina mówi, że Andrzej ciśnie i że jakiś czas temu ruszył z punktu w Solince.
Podsumowując: 27 miejsce, 19 godz i 44 minuty. Węgry mi chyba nie zaszkodziły.. czy pomogły, nie wiem… ale wiem że można zrobić 2 ultra powyżej 100km w ciągu dwóch tygodni.
Tekst: Kuba

Komentowanie jest wyłączone