2. Gdańsk Maraton, kwiecień 2017

RELACJA Z MARATONU GDAŃSKIEGO 2017r.

Termin  operacji: 8-9 kwietnia 2017r..

Termin biegu: 9 kwietnia 2017r. godzina 9.00.

Liczba startujących (3): Mistrzu (Tymek), Magda, Andrzej (znaczy ja)

Od mojej ostatniej relacji maratońskiej minęły dokładnie 3 lata. Niestety już tyle czasu upłynęło od pamiętnego Dębna… Nasze czasy z Łukim nie były wtedy wybitne, ale też nie było się czego wstydzić. Co zrobił Mistrzu, to do dziś pamiętamy;). Od tego czasu udało mi się sprowadzić moją życiówkę do 3h 28min., ale cały czas miałem wrażenie, że stać mnie na więcej. Przynajmniej czasy z 10km i w półmaratonie na to wskazywały. Ale jakoś z szybkimi, asfaltowymi maratonami nie było mi po drodze.

Przełom w mojej głowie nastąpił podczas ostatniej imprezy Zapierdalaczy w listopadzie 2016r. Pod wpływem środków odurzających typu wóda, przy wsparciu intelektualnym kilku innych pijaków doszedłem do wniosku, że nadszedł czas ataku na nową życiówkę w maratonie. Ale nie o jakieś tam kilka sekund, ale krok milowy. Padła deklaracja, że 3h 20min „ma się bać”.

Łatwo powiedzieć, trudniej wykonać.

Ale skoro się rzekło, to postanowiłem nowy rok 2017 potraktować bardzo poważnie. Zacząłem od diety, która pozwoliła mi (w większej części) zrzucić brzuszysko i dojść z wagą do magicznego 68kg (na początku było 75,5kg, a nawet bliżej 77kg). No i oczywiście treningi biegowe. Od listopada zaczęliśmy z Łukim naprawdę ostro zapierdalać. Pod koniec roku dołączy do nas Franiu i poczułem znowu prawdziwą, czystą radość biegania. Jak za dawnych czasów. Treningi po naszych rogoźnickich górkach w weekendy (15-18km), z przewyższeniami po 400-500m, to było to. Udało mi się zbudować coś, co do tej pory najbardziej szwankowało – siłę biegową. W styczniu nie przeszkadzały nam ani mrozy po -25°C, ani śnieg po kolana. Treningi szły pełną parą. Na wiosnę, kiedy nadszedł czas na trenowanie szybkości, to była miła odskocznia od katorgi zgotowanej mi przez Łukiego. Interwały postanowiłem robić szybciej, niż zalecają fachowcy. A skoro organizm „puszczał”, to dokładałem mu na maksa. Sam byłem zaskoczony, że jestem w stanie na treningach biegać 10km poniżej 43 minut. Forma była super.

Muszę się jeszcze podzielić przemyśleniami, o swoim kretyńskim  zachowaniu w ostatnim tygodniu przed zawodami. Franiu polecił mi zrobienie we wtorek kilku przebieżek, żeby na koniec złapać szybkość. Miało być 7 razy po 100m. Ale jakieś diabły mnie podkusiły i zrobiłem 10 razy po 100m. I to naprawdę najmocniej jak potrafiłem. W dodatku, zamiast we wtorek, to zrobiłem je w środę, bo po weekendzie w górach bolały mnie jeszcze nogi. Skończyło się zakwasami, które nie puściły do niedzieli rana. Idiota, ot co.

Zapierdalacze maraton (1)

Zapierdalacze maraton (5)Sam wyjazd do Gdańska mega sympatyczny. Zameldowaliśmy się w hotelu z całą rodzinką już w sobotę. Później miła kolacja w szerszym towarzystwie: Pitaski, Frytka, Tymek, Magda, Szwagier i Kajtek. A że po kolacji jakoś nam się zrobiło sentymentalnie, to postanowiliśmy z Sabinką, Frytką i Tymkiem przedłużyć wieczór o dwa Guinnessy. Bardzo roztropnie przed atakiem na życiówke;). Ale ze względu na moje zakwasy była to jedyna słuszna decyzja, na jaką było mnie stać. Później szwędaczka po Gdańsku i powrót do hotelu grubo po północy.

Poranek jak to przed biegiem. Ale o dziwo praktycznie bez żadnego stresu. Sabinka  zawiozła mnie na start, a tam tuż przed „wystrzałem” spotkałem się z Mistrzem. Ustaleń nie było żadnych. Stwierdziłem, że będę z nim biegł, ile dam radę. No więc ruszyliśmy. Na wysokości stadionu Lechii Gdańsk usłyszeliśmy ponowny dźwięk startera. To był znak, że także Magda ruszyła w swój bój (grupy na czas powyżej 4h były wypuszczane z opóźnieniem).

I tak sobie biegliśmy z Tymkiem. Przez stadion, Muzeum Solidarności, Starówkę…Po 10 km tempo było dobre (poniżej 4,30 min/km), a zmęczenie niezauważalne. Kiedy dotarliśmy do 20km w tym samym tempie, to stwierdziłem, że coś  za dobrze idzie…??? Ale około 23km przyszedł pierwszy kryzys. Mistrzu odskoczył mi na kilkadziesiąt metrów, a ja zdałem sobie sprawę, że na 25-26 kilometrze miała na mnie czekać cała rodzinka! No to ambitnie dogoniłem Tymka zakładając, że o konsekwencje zerwanie tempa będę się martwił później. Jak to bywa w takich momentach, adrenalina związana z widokiem Ukochanej zrobiła swoje. Moc wróciła. I tak zrobił się 30km. Mistrzu szybko wyliczył, ze idziemy poniżej 3h10min. Wtedy pierwszy raz uwierzyłem, że moje wymarzone 3h19min59sekund jest naprawdę w zasięgu. Po 30km tempo trochę siadło (o czy Mistrzu kilkukrotnie komunikował), ale dla mnie nie był to problem. Cały czas byłem na dużym plusie. Po 33km Mistrzu przyspieszył, a ja wykazałem się zdrowym rozsądkiem i utrzymałem swoje, słabnące tempo. Przez kolejne 5-6km widziałem Tymka przed sobą o jakieś 100-150m, co dodawało mi otuchy i wiary w dobry wynik. Kiedy po ostatnim zaplanowanym żelu poczułem przypływ energii, postanowiłem dogonić Mistrza. Błąd. Wielki kurwa błąd. Jak się trenuje na 3h20 minut, to nie można atakować 3h10 minut ;(  Już na 39 kilometrze poczułem nadchodzący skurcz. Przeklinając swoja głupotę zwolniłem. Na „agrafce” w czasie mijanki krzyknąłem tylko Tymkowi, że zaczynają się skurcze i że będę walczył o 3h15minut. Tymek ryknął, że dobrze idzie i tyle go widziałem. Zrobiłem nawrót i pomyślałem, że teraz to już najkrótszą drogą do mety. Łyknąłem kolejne kilkaset metrów i zobaczyłem biegnący z przeciwka balonik na 3h15min. A więc zapas był dość duży…

I wtedy stało się. Skurcz mięśnia dwugłowego, czyli stare demony wróciły. Stoję i przeklinam. Mijający mnie zawodnicy dodają otuchy. Truchtam. Obracam się, a tu balonik się zbliża. Pomyślałem, że jak mnie miną, to i 3.20 nie obronię…Skurcz lewej nogi powoli mijał, ale czułem, że prawa też się chce zablokować. Kurwa jego pierdolona mać. Chuj z kutasem i nie wiem co jeszcze. Ale lecę. Baloniki mnie dogoniły. Pan „główny balonowy” mówi, że jak ktoś ma trochę siły, to niech atakuje. Do mety 1,5km, a „idziemy” zgodnie z planem. Pomyślałem, że „wóz albo przewóz” i przyspieszyłem. Pod halą zobaczyłem Sabinkę. Kop adrenaliny. Skurcz nie przychodził. Znacznik 42-giego kilometra. A tu zakręt w lewo i dalej nie widać mety. Zaś skręt w lewo i jest wejście do hali. Ostatnia prosta. Baloniki na 3.15 za mną. Meta.

Zapierdalacze maraton (2)Na mecie nic nie trybię. Ostatnie 1,5 kilometra było szybkie. Ponad moje siły i przygotowanie. Ból mięśni ogromny. Ledwo żyje. Okazuje się, z jest mega życiówka: 3h 14min 22sekundy. Ponad 5 minut szybciej od planu. Nawet przez chwilę nie myślę, że mogłem walczyć o lepszy czas. Jest urobione 120% normy. Na mecie Tymek (czas 3h13min 00sek – bawił się bałwan w Kwadrata – trza było przyspieszyć do 3h 12min 59sek ;). Za barierkami Sabinka i Chłopaki. Niewiele kojarzę, ale jest też reszta naszej Zapierdalaczowej rodziny. Nie ma Magdy, ale ona jeszcze na trasie. Idziemy z Tymkiem pod prysznic i na masaż, podczas którego wyję z bólu. Skurcze powstrzymywała wyłącznie adrenaliny. Wracamy do naszych i czekamy na Magdę. Czas leci. Życiówka Magdy ucieka. Jedyna rozumna wtedy Sabinka mówi, że Magda wystartowała później i jeszcze jest nadzieja. Wbiega paru pakerów, a za nimi jest też Magda. Okazuje się, że jak sprawdzamy czas netto, to też jest życiówka. Piękne jaja! Dwie życiówki jednego dnia!!! WOW!!!

Pogada przypasowała idealnie. Trasa spoko, choć parę górek jednak było, a i wiatr nie rozpieszczał. Ale nie ma co narzekać. Lepszych warunków na maratonie nie miałem nigdy. I nie wiadomo, czy kiedyś takie się znów trafią.

A teraz serial górskich Zapierdalacze maraton (4)setek. Uff. Nie trzeba się będzie tak uwijać (chyba 😉 ). Za rok może spróbuję powalczyć o 3h 10minut. Ale trzeba to poprzeć zupełnie innym treningiem, niż ten pod 3h 20min. Łuki, wchodzisz w to?

Do Mistrza straciłem tylko 1 minutę i 22 sekundy. Co oznacza (a GPS to potwierdził), że końcówkę miałem cholernie szybką (jak na mój stan). Dobre zawody.

Amen / chuj.

Zapierdalacze maraton (3)

Ps. Podziękowania: dla wszystkich, którzy trzymali kciuki (Kwadrat, wiem że ty też 😉 ); dla rodzinki – zastrzyki adrenaliny są nie do zastąpienia niczym racjonalnym; dla Zapierdalaczy z Gdańska; dla Mistrza – razem jakoś raźniej biegnąć w nieznane.

Autor: Andrzej

 

Komentowanie jest wyłączone