2. Czempin Duathlon / dystans długi

Kolejny rok i kolejny rok niesprecyzowanych planów sportowych. Taka formuła ma swoje plusy. Efektem takiego nieplanowania było zapisanie się na Duathlon Czempiń. Pierwszy plan zakładał wystartowanie na krótszej trasie ale ponieważ pula była już pełna a jedyna osoba jaką znalazłem odsprzedawała pakiet na dystans długi – padło właśnie na ten dłuższy dystans czyli 10 km biegu, 60 km jazdy na rowerze, 10 km biegu.

Słońce coraz częściej zaczęło się pojawiać na dworze, wiosna zawitała do nas więc zacząłem sadzać moje cztery litery na siodełku kolarskim i w międzyczasie zastanawiać się co chciałbym osiągnąć na tych zawodach. Cele ustaliłem dwa – dobrze się bawić w nowej formule jaką jest dla mnie duathlon i zejść poniżej 4h z czasem. Założyłem sobie 45-50 min na 1 bieg, 2h 10-15min na kolarkę i 50 min na drugi bieg (plus zmiany ale nie wiedziałem ile mi zajmą). Cele ustalone no to zaczynamy przygotowania. No właśnie … po pierwsze ustaliłem, że o bieg raczej nie mam się co martwić. Tempo na założony czas czyli 45-50 minut nie jest dla mnie zabójcze a jedynie średnie więc skupiłem swoją uwagę na aspekcie kolarskim. Po pierwsze doposażyłem kolarkę w pedały SPD i kupiłem do nich buty. Po drugie zakupiłem lemondkę i okulary na rower. Po trzecie naoglądałem się filmików na Youtub jak dobrze ustawić cały sprzęt – wysokość i pozycja siodełka, ustawienie lemondki itd itp. Całe ustawienie wymagało kilku jazd testowych dookoła bloku i kilkunastu zmian dokonywanych na bieżąco. Jedna z takich zmian skończyła się nie omal w mieszkaniu wybiciem tafli lustra w szafie w przedpokoju. Na szczęście lustro wytrzymało napór i ciężar kolarza. Skoro kolarka została ustawiona przyszedł czas przyjrzeć się jak dokonać szybkiej zmiany między dyscyplinami. Mój pierwszy plan zakładał zmianę gaci z biegowych na rowerowe, zmiany obuwia przy rowerze. Pisząc teraz to lekko się śmieję bo straciłbym na to mnóstwo czasu. Kochany Youtube i kilka filmików rozwiało moje rozważania. Fakty, które musiałem przyswoić – biegniesz w tych samych gaciach co jedziesz na rowerze i na odwrót oraz buty w rowerze mają być wpięte w SPD a zakładamy buty po przekroczeniu linii wcześniej biegnąc boso. Oczywiście zmiany ćwiczyłem pod blokiem kilka razy – szczególnie próbowałem ułożyć dobrze pedały rowerowe spinając je gumką recepturką ale finalnie zrezygnowałem z tego planu. Za cholerę nie mogłem tego rozkminić. Możemy winę za to przesunąć na barki źle dobranych gumek recepturek ;). Ostania rzecz jaką przetestowałem przed zawodami – bieganie w gaciach rowerowych z pampersem. Dziękuję dziś, że kiedyś zostawiłem stare spodnie rowerowe z dobrze już wyrobioną gąbką w myśl zasady “a może się przyda” – przydały się. Wyrobiona gąbka była na tyle miękka, że nie przeszkadzała w bieganiu i na tyle jeszcze spełniała swoją funkcję na rowerze, że spokojnie się nadawała na przejechanie 60 km. Wszystko więc gotowe, posprawdzana. A gdzie tam. Na sam koniec jeszcze ciśnienie w oponach. Po kupnie nożnej, aluminiowej pompki z ciśnieniomierzem okazało się, że jeździłem prawie na kapciu – 3 bary były. Dobiłem do 7. Teraz wszystko gotowe.

Dzień zawodów. Zero stresu. Żołądek pusty, nie burczy w brzuchu, wszystko gotowe, pogoda idealna – wszystko jest na TAK. Odprawa techniczna przed – zwracam szczególną uwagę na zasady pasujące podczas jazdy na rowerze bo to dla mnie nowy aspekt. Najważniejsze do zapamiętania są dwie rzeczy – zakaz draftingu oraz fakt, że za zaśmiecanie trasy poza strefą zrzutu wylatuje się z zawodów. Łatwizna do zapamiętania. Ustawiamy się na starcie i start! Bieg pierwszy to czysta przyjemność. Dość słabe tempo jak na 10 km ale muszę takie utrzymywać bo przede mną jeszcze kawał drogi. 47 min 43 sek to idealna realizacja moich założeń taktycznych. Robię dwie pętle, zjadam na końcu trasy żel energetyczny.

sdr

W strefie zmian zdejmuję buty, biorę 3 żele, zakładam kask i boso biegnę z rowerem do linii, za którą mogę wskoczyć na idealnie ułożony po wielu próbach rower (lol ;)). To wskoczenia i zapięcie butów szły jak “krew z nosa”. Brak doświadczenia sprawił, że troszkę się z tym guzdrałem. Już na pierwszych 5km trasy zaczęły dziać się “cuda na kiju”. Po pierwsze moja prędkość przelotowa była większa niż zakładałem a po drugie pomimo szybkiego jak na mnie tempa prawie każdy wyprzedzał mnie jak chciał. Ja nie wiem tak z perspektywy czasu czy jestem jeszcze taki nieopierzony w tej jeździe szosowej czy jak. A może sprzęt mam za prostu i wydanie kilku tysięcy więcej na rower by zaoszczędzić 1.5kg na wadze kolarki jest warte świeczki i sprawi, że będę jeszcze szybszy. Inni mieli takie sprzęty, że czułem się jak jadący Fiatem 126p po autostradzie w Dubaju gdzie wyprzedzają cię Ferrari, Porsche, Jaguary itd 😉 Trudno się mówi .. mój Fiacik 126p łykał każdy km w oszałamiającym dla mnie tempie.

32595109_772202446305553_1347104831554191360_n

Po każdej z nawrotek zjadałem kolejny żel. Licząc w głowie wiedziałem, że czas będzie w okolicach 2h więc na ostatnich 10 km lekko zwolniłem i zacząłem rozprostowywać nogi. Czułem już je dość wyraźnie. Wiedziałem, że mój organizm nigdy nie był poddawany takiej próbie biegowo – rowerowo – biegowej i zacząłem się zastanawiać co się stanie jak zsiądę z roweru i zacznę biec. To co się stało można opisać tak – kolejne “cuda na kiju”. Na pierwszym kilometrze padłem jak kłoda pod płotek z tak silnymi skurczami jakich nigdy nie doświadczyłem. Siła w rękach strażaka zabezpieczającego trasę w tym miejscu była nieocenioną pomocą. To on mi naciągnął mięśnie. Po kilku minutach zacząłem maszerować i lekko truchtać. Każdy krok jednak był bólem. Postanowiłem w tym miejscu zrobić szach-mat na moim organizmie. Nie wpadłbym pewnie na to teraz nie będą tak zmęczonym jak wtedy ale … jakoś wtedy wpadłem. Mój organizm krzyczał i mówił: “zwolnij, boli mnie, gdzie tak pędzisz, odpocznij sobie chwile”. Zamiast go posłuchać … przyśpieszyłem. Szach-mat! Podziałało na 2 km .. weszły poniżej 5 min na km. Potem niestety demony wróciły. Do końca biegu 6 razu musiałem siadać na krawężniku i naciągać palące mięśnie gotowe w każdej chwili do skurczu. W sumie ostatni bieg zajął mi 10 min więcej niż planowałem i zrobiłem go w 1h 00min 23sek. Wpadam na metę bez koszulki, którą zdjąłem wcześniej i oddałem Ani na trasie biegu. Sutki zaczęły się same tego domagać więc by nie robić im czegoś na złość – zdjąłem koszulkę.

Generalnie można powiedzieć tak: coraz bardziej podoba mi się jazda na rowerze szosowym. Na tych zawodach się tylko w tym utwierdziłem. Trochę kilometrów mam zamiar w tym roku popedałować. Czemu nie przecież nie mam konkretnych planów. Konkluzje z zawodów? Muszę przestać pić tyle kawy bo te skurcze to pewnie przez wypłukany magnez;)

Tekst: Kwadrat

Komentowanie jest wyłączone