2. Biegi w Szczawnicy Kwiecień 2015

Chyża Durbaszka 20km i Wielka Prehyba 43 km. Kilka zdjęć na dobry początek. 

« 1 z 2 »

ps – to był pierwszy start w naszych klubowych koszulkach!

Relacja Mamuta z debiutu w biegu górskim:

Wyjazd z samego rana 4:30 z Chrzanowa. Szacun dla Magdy, Tymka i młodzieży za naprawdę wczesną pobudkę. W miłym towarzystwie czas upływa szybko, więc meldujemy się prędko w biurze zawodów i na naszej miejscówce – w końcu poznaję JJ i Kwadrata. W ramach pomocy koleżeńskiej JJ umieszał prima sort izotonik składający się z wody, miodu, cytryny i soli. Pierwszy raz w historii Zapierdalaczy wbijamy się w firmowe koszulki.

Przed biegiem niespotykany spokój, może tydzień dość bogaty w wydarzenia różnej maści nie dał umysłowi wstawić się w tryb wyścigowy. Krótki okrzyk „Zapierdalacze!”, potem jeszcze minuta ciszy za Lucka ……………

Tuż po starcie szybsze towarzystwo pokazuje mi plecy, ale tak ma być. Staram się nie poruszać szybciej niż 80% tego, co fabryka dać może. Za radą Tymka szukam biegaczy poruszających się moim tempem i tu szczęście się do mnie uśmiecha bo moją pacemakerkę Bozia naprawdę pięknie stworzyła :). Od początku trucht i marsz na podbiegach. Na przełęczy Przysłop próbuję minąć parę startującą w biegu. Po raz pierwszy doświadczam niesportowego zachowania wyrażonego w krótkim monologu dziewczyny do swojego chłopaka: „…Tyle rzeczy moglibyśmy teraz robić, leżeć na leżakach, pić piwo, pobzykać się….”. Musiałem przejść do marszu – tekst o piwie mnie położył ;). Do 20 km błoto i śnieg. Lidlowe terenówki na ten moment dają radę i udaje się utrzymać równowagę. Zdecydowałem nie brać nerki, a wodę i izotonik made by JJ zamontowałem na ramionach plecaka z przodu. Przy intensywnych zbiegach muszę powiedzieć jedno – dziewczyny z dużą miseczką szacun! Bidony majtały się zgodnie z prawami fizyki na wszystkie kierunki.

Tuż przed 20 km spotkała mnie pouczająca przygoda. Jedna z uczestniczek biegu zasłabła i trzeba było udzielić jej pomocy. Wspólnie z wyprzedzającym mnie kolegą dzwonimy i zgłaszamy konieczność transportu. Bardzo wiele osób zatrzymywało się i pytało czy wszystko jest ok.  Pomaga też wspomniana para od piwa i odstępuje swoją nrc-etkę. Dzięki ludziska! Po 40 minutach pojawia się GOPR i można biec dalej (od tej przygody biegać będę tylko z folią).

Pomyślałem, że co miałem ważnego zrobić dzisiaj – zrobiłem. Ogarnął mnie spokój jakiego jeszcze na biegu długodystansowym nie doświadczyłem. Starałem się dojść za szybko do wyprzedzających mnie zawodników, adrenalina działa, ale jak się okazało był to błąd. Po 25 km terenowe Lidle przestają działać, a dogonieni rywale powoli pokazują plecy. Buty nie oddają wilgoci stopa skręca w inną stronę niż but, (kolejny błąd – nie wziąłem skarpet na zmianę).  Jako biegacz z ogona wyścigu z dumą stwierdzam, że nie startują tu ludzie przypadkowi tylko  kochający góry bo śmieci typowo „biegowych” praktycznie nie ma. Dzwoni Asia i przekazuje info, że ratowana koleżanka dojechała już do domu i wszystko z nią ok. Pyta mnie gdzie jestem, ale jestem w stanie wybąkać tylko, że w górach. Coraz częściej przechodzę do marszu, męczy jakakolwiek górka, nogi i plecy bolą. Ale łeb w dół i do przodu. Za Durbaszką  jest lekkie wypłaszczenie i tam jeszcze truchtam jest to mój ostatni moment biegu na szlaku. Końcówka to już tylko marsz, ale bez poczucia jakiejkolwiek przegranej. Dużo myśli przechodzi przez głowę szczególnie dotyczących moich bliskich. Dzwoni Tymek – sprawdza czy żyję – jest ok. daję radę tylko powoli. Maszeruję do czasu wejścia na deptak, tu moje nogi mówią dość i postanawiam zdjąć buty bez pomocy dłoni – błąd. Skurcz położył mnie na łopatki. Drę się z bólu i jestem chwilową sensacją odrywając turystów od zakupów przy straganach. Pomaga obsługa biegu. Ostanie chwile to trucht na boso, ulga.

Ludzie teraz uwaga – takiego finiszu, mimo doświadczeń z kilkudziesięciu różnych biegów, nie przeżyłem. Grupa Zapierdalaczy po raz pierwszy w firmowych koszulkach drze się na mój widok wniebogłosy. Broda się trzęsie i leci łezka, ciary przechodzą przez całe zmęczone ciało i znika jakiekolwiek zmęczenie. Są jednak wymierne korzyści z biegania ogonów ! Wkrótce medal na szyi i otoczenie ludzi w czerwonych koszulkach, którzy rozumieją o co chodzi w tym wariactwie. Zalecona kąpiel w Grajcarku, potem piwko i dużo rozmów……

Chciałbym Wam wszystkim bardzo podziękować za wsparcie, wspólne bycie ze sobą. Nie mogę doczekać się kolejnego spotkania i biegu górskiego !!!!

Tekst: Mamut

Komentowanie jest wyłączone