12. Czantoria 28.08.2014

Trening w rejonie Czantorii: 28.08.2014

Uczestnicy: Andrew, Timur i Janusz.

Start nastąpił po godz. 18-tej spod parkingu w Ustroniu Poniwcu. Pierwszy kilometr spokojnie w formie rozgrzewki, ale kolejny już biegiem. W sumie około 2 km asfaltem o różnym stopniu nachylenia. Kawałek za dolną stacją wyciągu narciarskiego puściliśmy się w tzw. spychaczówkę biegnącą na prawo od stoku. Pierwsze kilkaset metrów pokonaliśmy żwawym marszem, a w górnej, bardziej połogiej części przeszliśmy w trucht, żeby ostatecznie wydostać się na grzbiet w okolicy Małej Czantorii.

Tą część trasy, jak zresztą i pozostałe podejścia Tymek urozmaicał nam, a to barwnymi opowieściami, a to analizą postaw różnych przedstawicieli środowiska górsko – biegowego. Jego, znaczy Tymka niepokoiło zjawisko pewnej arogancji części czołówki środowiska w odniesieniu do zawodników o słabszych osiągach, mnie z kolei w tym samym czasie niepokoił brak zadyszki u wypowiadającego się, co z kolei wywoływało u mnie mało optymistyczne refleksje nt. perspektyw ukończenia pierwszego ultramaratonu w tzw. „godnym” czasie.

Grzbietem udaliśmy się w kierunku szczytu Wielkiej Czantorii, mijając po drodze górną stację wyciągu narciarskiego. Około kilometra od szczytu zatrzymaliśmy się celem wykonania dokumentacji fotograficznej, której realizacją zajął się Andrew. Mój niepewny wyraz twarzy, połączony z głupkowatym uśmiechem jest efektem opisanych wyżej refleksji. Andrew albo nie słyszał Tymka, albo nie miał refleksji (żarcik).  Po pokonaniu w słusznym, czyli marszowym tempie dość stromego odcinka, przeszliśmy w trucht, którym to osiągnęliśmy szczyt Wielkiej Czantorii. Stąd w dół w kierunku Przełęczy Beskidek. Obaj śmignęli, ledwo ich pięty zobaczyłem, chociaż uczciwie muszę przyznać, że obiecali „zwinąć” mnie w drodze powrotnej. Ostatecznie mili koledzy poczekali kawałek za przełęczą i znów wspólnie, w żwawym tempie pognaliśmy w kierunku Soszowa. Po osiągnięciu punktu, w którym nasze aparaty pomiarowe wskazały, że oddaliliśmy się od miejsca startu o 10 km, wykonaliśmy zwrot o 180o i wciąż raźno podążyliśmy z powrotem. Szczyt Wielkiej Czantorii drugi raz w krótkim czasie zdobyliśmy już po ciemku, więc wydobyliśmy czołówki i dalej chyżo pomykaliśmy teraz już tylko w dół. Andrew chciał koniecznie wrócić moim samochodem i chytrze upozorował zagubienie kluczyka od swojej limuzyny, ale byliśmy w Tymkiem czujni, kluczyk znalazł się natychmiast, wszystkie kieszenie w plecaku mu pozamykaliśmy i się nie udało. Śmigając w dół tym razem koledzy, pewnie nie chcąc stracić jedynego zawodnika obstawiającego w Krynicy 66 km, pilnowali mnie pięknie. Andrew wcale się nie obraził za ten kluczyk i doświetlał mi drogę swoim halogenem aż do samego dołu, czyli dna Doliny Poniwca, do którego udawaliśmy się niebieskim szlakiem turystycznym. W sumie 2 km dość monotonnego zbiegu. Przebrnąwszy przez zabłocony odcinek dotarliśmy do asfaltu, a po kolejnych 150 m do samochodów. Na zakończenie pokornie spytałem Mistrza, czy mam szanse zmieścić te 66 km w 9 godzinach i odpowiedź była budująca.

Podsumowanie (wg. GARMIN 310XT):

Dystans:        16,52 km

Wzrost wysokości:    948 m

Czas:            2:27:33 (bez wyłączania stopera na postojach)

Średnie tempo:    8,56 min./km (j.w.)

Rejon Czantorii wydaje się jedną z bardziej atrakcyjnych okolic pod kątem treningów górskich. Duża różnica wysokości i gęsta sieć ścieżek i szlaków po obu stronach granicy pozwala na przeprowadzenie treningów o bardzo różnym stopniu trudności. Trasy treningowe można tak zaplanować, żeby nie trzeba było wracać „po śladzie”.  Prawie cały rok czynny jest punkt gastronomiczny przy dolnej stacji wyciągu „Poniwiec” . Podobnie punkty gastronomiczne pod szczytem Wielkiej Czantorii, gdzie znajduje się również czeskie schronisko oferujące oczywiście doskonałe piwo.

Tekst: Janusz

Komentowanie jest wyłączone