1. Zimowy Maraton Bieszczadzki 2015

Pierwszy start 2015 za nami. Relacja kronikarza Tymka z ZIMB 2015: 

W sobotę docieramy w czwórkę w Bieszczady: Ja i Andrzej i nasze żony. My mamy biec maraton, Sabina 10tkę a Aga za fotografa robi. W biurze zawodów szybko załatwiamy odbiór pakietów startowych i odbywamy spotkanie z kolegą Mirkiem. We wszystkim pełen sukces więc zawijamy się do noclegowni = karczmy Brzeziniak. Zima w Bieszczadach na całego ale temperatura ok 0 stopni. Miły wieczór przy piwku i w niedzielny poranek walimy do Cisnej na start.

Godzina 7 rano a tam ponad pół tysiąca osób grzeje mięśniory do startu – wspólnego dla dwóch tras. Kilka fotek, kubek herbaty i sruuu 3,2,1 start! Pierwsze 6km drogą przez Majdan do Żubraczego. Po drodze dziesiątkowcy odbijają w lewo a my tniemy dalej po 5.00-5.05 min / km. Droga niby płaska ale jakoś tak pod górkę. Po zakręcie w dolinę Solinki zaczyna wyraźnie podnosić się w górę. Nawierzchnia biała i zmrożona więc gna się całkiem energicznie. Andrzej ma mnie na horyzoncie ale każdy swoim tempem zasuwa. Podbieg trwa do 15km a ostatnie 2 km wyraźnie się zaostrzają. Temperatura koło zera stopni powoduje że zaczyna się ciepławo w ciuchach robić. Zbieg do Roztok Górnych pokonuję średnio bo moje tylne lewo pobolewa i ciągnie całkiem mocno a i moje buty średnio trzymają na tej nawierzchni. Co chwila dogania mnie jakiś szybkozbiegacz i spodziewam się szybko Andrzeja. Punkt z piciem po 17km, ciepła herbata i zaraz robi się 21 km – czas 1h 46min …no to wlazł półmaraton po 5min/km ale muszę stanąć bo boląca noga straszy strzeleniem mięśnia. Ruszam dalej w dół już płaskawo się robi i po chwili 23km a za nim ostry skręt w prawo w szeroką leśną drogę …a tam…rozdeptana przez dziesiątkowiczów breja śniegowa po kostki. Wszyscy przełażą do marszu i zaczyna się ostro w górę. Próbuję biegać na co bardziej płaskich odcinkach ale walka jest ostra bo nawierzchnia przypomina bieganie po głębokim piasku na plaży. Ciągłe mielenie. Andrzej mnie nie dogania, kilometry wolno uciekają i zaczynam się męczyć niemiłosiernie. Z naprzeciwka nadlatuje ścigacz – to znak że docieramy na pętelkę agrafkową. Gość po tym śniegu zasuwa tempem poniżej 4min/km …szczęki spadają. Po ciężkiej walce ze zmielonym śniegiem udaje się dotrzeć w końcu do 31km i stamtąd szybko w dół do 34km na którym jest duży punkt żywieniowy w naszej karczmie Brzeziniak. 10 minut wcześniej dzwonię do Agi i okazuje się że dziewczyny są tam i czekają – miło je widzieć. Ja jestem zdechnięty na max a Sabina już dawno po biegu. Zdążyła się pochwalić że też mieliła śnieg a te niby 10km to raczej coś około 8.8km. Tak czy siak czas 56min w tych warunkach miała superowy. Żegnam się i w opoconych na max ciuchach zaczynam walczyć na podejściu przez pole. Końcówka podejścia jest super ostra i prawie tam ducha wyzionąłem zanim pojawiłem się na znanej szerokiej drodze (35km). Zaś mielę ten śnieg tym razem w dół a ludziska z przeciwka z zazdrością patrzą bo oni parę kilometrów są za mną. Z niepokojem patrzę czy czasami nie pojawi się gdzieś Andrzej. Obliczam i wychodzi mi że skoro się nie widzimy to musi mu iść bardzo dobrze i ma stratę do mnie nie większą niż 20 parę minut. Moje tempo niezaciekawe, lewe udo tył ciągnie mocno i zaczynam wypatrywać końca tej mordęgi niż jakoś szczególnie walczyć. Mimo to idzie jako tako i w końcu docieram do Cisnej. Zanim jednak ostatni finisz asfaltowy pod górę wszyscy muszą zaliczyć 500metrów torowiska wąskotorówki – zasypane topniejącym śniegiem jest mocno wkurwiające. Sabina też pomstowała na ten odcinek bo też był na jej trasie. W końcu asfalt. Muszę parę metrów przemaszerować bo nóżki sztywniutkie i udo rwie jak pieron. Mijam tablicę 44km. Ostatnia już niespodzianka Orgów bo im się „jakoś” ta trasa wydłużyła 😉 i zaczyna się finisz czyli 600 metrów ostro pod górkę. Mijam kogoś z OTK co mi na zbiegu uciekł i w końcu widzę dziewczyny i metę. Czas 4h08.46 min na dystansie 44,6km biorę w ciemno (tempo 5.34/km to zasługa pierwszych 23km – ośnieżony asfalt) a i miejsce 64 na 450 osób jest superowe. Dziewczyny montują mi szybko pomarańczową sukienkę z folii NRC i grzańca od Orgów. Super pomysł. Kraina pomarańczowych ludzików się zagęszcza. Żonki meldują, że Andrzej był całkiem blisko mnie na 34km (po 19min) więc zaczynamy go wypatrywać. Mija 18 minut i Andrzej wpada na metę z czasem 4.27.16 i miejsce 13 = super! (tempo 5.59/km = extra na tej trasie!!). Dostaje swoją sukienkę NRC i grzańca i tak na gorąco wymieniamy opowieści. Sabina się melduje że jej czas to 56min21sek co dało jej miejsce 78 (na 160os) … a tempo rewelacyjne bo 5.38min/km! Zaczynamy zamarzać w opoconych ciuchach więc zasuwamy do auta …trochę sztywnawo to idzie. Szybki podjazd do Brzeziniaka, prysznic, drzemki i inne luksusy.

SUPER WEEKEND W BIESZCZADACH!

P.S. W pakiecie nie było koszulki ale dwie extra pamiątki. Oryginalny BUFF z nadrukiem wilka Zimowego Maratonu Bieszczadzkiego i mała piersióweczka z takim samym logiem oraz taśma startowo-numerowa.

Tekst: Tymek

Komentowanie jest wyłączone