1. Trening w Kieleckim na dworcu luty 2015 (czytaj Szyndzielnia i Błatnia)

« 1 z 2 »

21 luty 2015. Nie będę zaczynał tak jak zawsze od listy Zapierdalaczy, terminu operacji i temu podobnych szczegółów. Przejdźmy do meritum tego treningu – było zajebiście. Na tym można by zakończyć tą relację ale ponieważ było zajebiście to kilka zdań należy napisać. Czwórka z nas – Sabinka, Andrew, Flaku i Kwadrat tego pięknego sobotniego poranka zameldowała się w Bielsku Białej – Wapienicy by zaliczyć dobrze już znaną trasę Wapienica – Szyndzielnia – Klimczok – Błatnia – Wapienica. Przed pierwszymi krokami przy samochodzie, ktoś (nie pamiętam kto) rzuca hasło, że dziś w górach ma wiać ponad 100 km / h. Ke? Jakbym wiedział to bym słodko spał a nie wstawał o 5 rano. Taki żarcik. Pierwszy odcinek asfaltem szlakiem żółtym do jego skrętu w teren to lekki truchcik. Asfalt się kończy i żarty też. Pierwszy odcinek podejścia to szersza droga z zalegającym śniegiem rozjeżdżonym przed pojazdy mechaniczne gdzie pod cienką warstwą śniegu były często połacie lodu. Często noga mi ujeżdżała do tyłu i trzeba było ponownie łapać odpowiedni rytm. Drugi etap drugie wyzwanie. Kolejny odcinek to wąsko wydeptana droga gdzie ani nie można było wbić kijka obok siebie bo się za głęboko wbijał ani nie można było stawiać stóp poza wydeptaną ścieżką bo nogi się zapadały od raz w śniegu. Tak źle i tak nie dobrze. Flaku cisnął przodem chyba w myśl zasady „ciś ciś bo to ino dziś”. Ja zawsze gdzieś w środeczku chwilkę za nim a Andrzej dotrzymywał kroku Sabince, która miała najmniej agresywną podeszwę w swoich butach więc miała najbardziej mówiąc kolokwialnie przesrane. W końcu wyszliśmy na jakąś normalną jak na te warunki drogę gdzie chwilkę zaczekaliśmy na naszą parę i potem już razem pokonaliśmy ostatni odcinek do schroniska na Szyndzielni. W międzyczasie zapadły dwie ważne decyzje. Sabinka zostaje w Schronisku po 5km wspinaczce i czeka na chłopaków, którzy polecą na Błatnię i wrócą się do schroniska. Zanosiło się więc na kilka kilometrów więcej niż zakładane 18 i na kilka metrów przewyższeń więcej. 10 minut za Schroniskiem miało miejsce coś dla mnie dotychczas niespotykanego. Zaczęło się bardzo niewinnie. Musiałem odcedzić kartofelki więc na początku pewnego podejścia (chyba przed samym Klimczokiem) powiedziałem chłopakom, że się odleje i zaraz ich dogonię. Myślałem, że zaraz przejdą do truchtu i w minutę do nich dojdę. Jakież było moje zdziwienie jak po wylaniu żółtej dziury w śniegu obróciłem się i …. zobaczyłem, że oni wcale nie przestali biegnąć! Biegli ostro pod górę i dopiero na Klimczoku ich doszedłem. Dowód na to, że byliśmy na Klimczoku:

Zapierdalacze 24 (9)Następnego dnia na crosie w Rogoźniku zrozumiałem skąd u nich taki power. Wracając do górskiego treningu. Na grani z Klimczoka do Błatnej a konkretnie na odsłoniętej polanie, którą dobiega się do Błatnej poczuliśmy potęgę matki natury i zapowiedzi wiatru ponad 100 km / h. Jakby to opisać wprost? Rzucało nami jak szmacianymi lalkami. Biegliśmy zygzakiem jak chciał wiatr i matka natura a nie gdzie my chcieliśmy. Nie potrafię określić prędkości tego wiatru ale wiało jak w Kieleckim na dworcu. Po 1 min przerwie na górze biegniemy kilkaset metrów polaną by skryć się za drzewami. Andrzej żałuje, że nie ma ze sobą IPhona by nagrać co wiatr wyczynia. Tutaj zauważamy, że w naszym kierunku polaną biegnie dwóch innych pasjonatów biegania górskiego. Małe przełączniki w głowie o nazwach „rywalizacja”, „współzawodnictwo”, „nie mogą nas wyprzedzić” załączają się i szybko ruszamy z powrotem. Na dowód tego, przytoczę cytat Andrew z krótkiego postoju 20 min później (wypowiedziane pokazując pasmo po naszej prawej stronie): „Skrzyczne, Małe Skrzyczne, spierdalamy bo nie mogą nas dogonić”. Daje do myślenia co? Rywalizacja zawsze może się w głowach załączyć. Po małęj modyfikacji trasy by ominąć podbieg pod Klimczok docieramy do schroniska na Szyndzielni. 200 metrów przed zaliczam swoją pierwszą i nie ostatnią wywrotkę. Z moje głupoty bo chciałem zobaczyć czy to faktycznie lód i ślizgnąłem się jak na ślizgawce a grawitacja i brak równowagi zrobiły swoje. W schronisku już w pełnym komplecie mały odpoczynek, piwko, pogaduchy i pieczątka na czole na dowód, że tam byliśmy:

Zapierdalacze 24 (10)Dowód zbiorowy naszej obecności na Szyndzielni:

Zapierdalacze 24 (11)Zbieg w dół 5 km trasą zapowiada się całkiem ciekawie. Po piwku mięśnie lekko się rozluźniają, mózg nie analizuje już tak szybko informacji, trudny profil jest już nam znany. No to lecimy. Cholera wie dla czego ale to był jeden z lepszych zbiegów jakie chyba zaliczyłem. Wszyscy co mnie znają wiedzą, że to jest moja Pięta Achillesowa a tutaj .. może muszę przed zbiegami wypijać piwo? Do naszych czołowych down hillowców brakuje mi bardzo bardzo dużo ale może to jest jakieś światełko w tunelu. Na zbiegu biegnę pierwszy za mną Flaku (widział, moje dwie małe wywrotki na odcinku z połaciami lodu, 3-0 dla Kwadrata bo inni nie zaliczyli ani jednej), dalej Andrew, który tak jak na podbiegu trzyma się razem z Sabinką. Na koniec przy aucie mały entuzjazm bo Sunto pokazuje +- 2 tyś metrów na 23 km trasie. Przecież to tyle przewyższeń ile będzie na Prehybie! Oczywiście nie było aż tak dobrze ale nie było osoby niezadowolonej z treningu. Oby tak dalej.

ps – na koniec mieliśmy takie dobre humory, że obmyśliliśmy plan jak Flaku ma wygrać Wielka Prehybę startując godzinę po wszystkich ale nie wiem czy mogę o tym tutaj napisać bo by chłopa z listy skreślili. ;))

Tekst: Kwadrat

Komentowanie jest wyłączone