1. Półmaraton Dąbrowski

RELACJA Z PÓŁMARATONU DĄBROWSKIEGO 2015r. –  autor Andrew

Termin biegu: 12 kwietnia 2015r. godzina 11.00.

Liczba startujących Zapierdalaczy (4): Gosia, Waldi, Franiu, Andrzej + Rolkarz Remek – aspirujący do Zapierdalaczy, przynajmniej tak mi się wydaje 😉

Mój pomysł na strat w Dąbrowie wziął się trochę z próżności, a trochę z chęci udowodnienia „czegoś” samemu sobie. Rok temu podczas Półmaratonu Ślężańskiego byłem w życiowej formie. Wydawało mi się, że złamanie 1h30min będzie tylko formalnością. Jednak bardzo trudna trasa wokół Góry Ślęży pokazała mi swoje zęby i skończyło się całkiem fajną życiówką, ale wymarzony cel nie został zrealizowany. Moje rozczarowanie było wtedy ogromne. Tak więc w tym roku postanowiłem powtórzyć próbę. Wybrałem Dąbrowę, bo trasa łatwa, z górki, pogoda zazwyczaj dobra itd. Był tylko jeden szkopuł. Od kilku miesięcy przygotowujemy się z Łukim do biegów górskich i o bieganiu tempowym w ogóle nie było mowy. W związku z powyższym zaplanowałem sobie przyspieszony „kurs interwałowy”, aby choć teoretycznie dać sobie szansę na sukces.

No i nadszedł ten dzień. Bieg w Dąbrowie jest bardzo ciekawy ze względów logistycznych. Większość zawodników melduje się na mecie, a następnie jest odwożona „czerwonymi autobusami” na start oddalony o kilkanaście kilometrów. Warto tu wystartować także dla tej atmosfery. W autobusie prowadzone są rozmowy. Ludzie opowiadają o swoich planach, a także o dotychczasowych startach. Czuje się narastające emocje przedstartowe. Naprawdę fajne przeżycie. Kawalkada autobusów melduje się na stracie kilkanaście minut przed startem, więc jest jeszcze czas na rozgrzewkę i ostatnie szlify. Żegnam się z Rolkarzem i robiącym mu za zająca Franiem i ustawiam się na samym początku. Tu spotykam jeszcze Gosię i Waldiego, ale na gadki nie ma czasu, bo zaczyna się odliczanie…

Pogoda dobra. Temperatura około 10 stopni C, niebo zasłonięte chmurami i tylko wiatr niepokojąco mocny. Początkowo trasa wiedzie prze 2-3km cały czas w dół. Tempo jest dzięki temu dobre – około 4,05min/km. Tak jak radzi Stary Wyga Jacek J. ruszam spokojnie, żeby się na początku nie zakwasić. Niestety jeszcze przed Pogorią wzmaga się wiatr, a grupa zaczyna się rwać. Mam poważny dylemat, czy biec spokojnie z grupką po 4,15min/km, czy gonić tych co sadzą po 4,05. Wybieram wariant drugi. Jest to dobra decyzja, bo po jakimś czasie widzę za sobą zupełnie porozrywany peleton, natomiast ja biegnę w 15 osobowej grupce. Tak ciągnę się do 10 kilometra, nie zważając na wiejący już od dłuższego czasu dość mocny wiatr. Niestety na tym etapie rozpoczynają się problemy. Od naszej grupki odrywa się dwóch zawodników, którzy ewidentnie mierzą w coś lepszego, niż 1.30h. Co gorsza zaczynają się też wykruszać ci, dla których 4,05 to za szybko. I tak zostaję sam biegnąc pod wiatr. Na tym etapie, między 10-15km tracę najwięcej. Co chwila próbuję się pod kogoś podpiąć, ale zazwyczaj są to zawodnicy, którzy osłabli i nie ma sensu z nimi biegnąć. I tu miła niespodzianka. Dogania mnie para, z którą natychmiast się zabieram. Chłopak po chwili umiera, a ja z dziewczyną biegnę dalej. Później okaże się, że zajęła ona 3 miejsce, a ja finiszowałem kilkadziesiąt sekund po niej. Przyznam szczerze, że musiałem ją nieźle irytować, bo biegłem za nią krok w krok. Honor uratowałem chyba na odcinku „pod wiatr” między Pogorią III i IV. Tempo zaczęło spadać, a ja dzielnie zaoferowałem się, że poprowadzę ten najtrudniejszy odcinek. Niby koleżanka nie chciała, ale jednak schowała się za mną na kilkaset metrów. Prawdopodobnie odzyskała siły (albo już mnie miała dosyć) bo na około 4 km do mety ostro przyspieszyła i tyle ją widziałem. Znów zostałem sam, a zapas czasu z pierwszej części biegu praktycznie zmalał do zera. Oznaczało to koniec kalkulacji i początek ostrego zapierdalania. Tym bardziej, że wiedziałem od Franka o dwóch górkach czekających mnie przed samą metą. I rzeczywiście. Pierwsza górka na około 3km przed metą to wiadukt kolejowy. Może nie bardzo długi, ale bardzo ostry. Przygotowanie górskie się przydało, bo dogoniłem tak kilku gości, którym ewidentnie podbiegi nie pasowały. Na około 2 km przed metą biegłem z gościem w żółtej koszulce. Zaczynał się właśnie ostatni, dłuższy (około 800m) podbieg, gdy zobaczyliśmy przed nami zawodnika, który niestety stracił kontakt z rzeczywistością. Jednocześnie do niego podbiegliśmy, żeby nie rozwalił łba o krawężnik. Na szczęście blisko stał człowiek z ochrony i go przejął. Nie zmienia to faktu, że kilka sekund uciekło, a i strata rytmu to nic przyjemnego na tym etapie biegu…Stwierdziłem więc, że trzeba jeszcze dać z siebie wszystko i tak zrobiłem. Ostatni kilometr był dość szybki J

Co prawda przez chwilę myślałem, że uda się urobić 1.28 z przodu, ale ostatecznie skończyło się na 1h29min15sek!

Jak dla mnie, to szczyt marzeń. Na mecie Sabinka z Chłopakami, no istny raj. Pozostali Zapierdalacze także pobiegli znakomicie, ale o tym to już raczej sami napiszą. Rolkarz w debiucie złamał z duży zapasem 2godziny (brawa też dla Frania trenera). Co do Maratonu Dąbrowskiego, to szczerze polecam. Choć trasa jest sprzyjająca, to ma kilka trudnych momentów. No i jeśli wiatr wieje z południa lub zachodu, to jest mały problem. Tak jak podczas naszego biegu.

AMEN/CHUJ

MOJA POPRZEDNIA ŻYCIÓWKA W PÓŁMARATONIE:

1)      Półmaraton Ślężański Sobótka – 1h32min56sek

Ps. Dzięki za bezcenne rady bardziej doświadczonych Zapierdalaczy, szczególnie JJ, Mistrza i Łukiego.

 

Komentowanie jest wyłączone