1. Niepokorny Mnich – Szczawnica 2016

Tydzień po Niepokornym Mnichu ruszyłem zad na małą przebieżkę by zobaczyć  jak mają się moje nogi.  Okazuję się, że chyba gorzej niż myślałem. Mięśnie czworogłowe dalej nie odpuściły do końca.  Zacznijmy od samego początku.

Zapierdalacze Mnich Zapierdalacze Mnich (3) Zapierdalacze Mnich (2) Zapierdalacze Mnich (1) Zapierdalacze Mnich (4)

Niepokorny Mnich. Dla wtajemniczonych nazwa prosta do rozszyfrowania. To bieg ultra na dystansie 96,5km w Szczawnicy z przewyższeniami  +/- 4100 metrów. Dla Zapierdalaczy to miejsce bardzo dobrze znane. Zawitaliśmy tam 3 rok z rzędu ale po raz 1 wszyscy jak jeden mąż stanęliśmy w szranki do walki z najdłuższym dystansem.  Kwadrat, Flaku, Tymek, Andrew. Każdy z nas miał co innego do udowodnienia sobie i tej trasie. Kwadrat debiutował na tak długim dystansie (jego też są słowa, które czytacie), Flaku i Andrew musieli pokazać Mnichowi, że to co się tutaj stało dwa lata temu to tylko wypadek przy pracy, Tymek traktował bieg jako sprawdzający urwaną nogę przed numero uno w tym roku – UTMB.

Plan mój, debiutanta, był prosty. Przetrwać i zameldować się na mecie w okolicy 16h czyli 1 h przed limitem.  W głowie kołatało mi tempo 10min 30sek czyli tyle ile gwarantowało dotarcie do mety przed limitem.  W pierwszej części gdzie sił będzie więcej trzeba nadrobić  tą 1h do limitu. Potem pewnie tempo siądzie w wyniki zmęczenia ale muszę utrzymać i bronić tego zapasu i spróbować urwać jeszcze może coś na ostatnim prawie 10 kilometrowym płaskim odcinku zwanym „testem charakteru”. Plan prosty i został wykonany z lekką nawiązką nawet jak się potem okazało ale trochę jakoś tak wszystko poszło inaczej niż planowałem. Nie w takiej kolejności.

Start o 3 nad ranem po 4h snu. Przed startem jak zawsze … ej właśnie czemu nie wznieśliśmy okrzyku „Zapierdalacze hejjj!” ? Pierwszy km płaski dla rozruchu i zaczynamy się wspinać na Przehybę. Zapasy dobrałem tak,  by do Rytra nie uzupełniać wody i tylko zjeść kilka drobiazgów, które wpadną w rękę na Przehybie. Do pierwszego punktu na 13,5km docieram w tempie 9min 14sek na km czyli już mam mały zapas  w stosunku do 17h limitu czasowego. Na punkcie spędzam tylko 2min 38sek i wychodzę dalej. Potem spadek w dół do Rytra i kolejne nadrabiane sekundy (średnio 6min 36 sek na km). Ten odcinek  jest prosty miły i przyjemny bo i sił jeszcze sporo i nic mi nie doskwiera. W Rytrze chowam bluzę i czołówkę i po 3min i 40sek pit stopu wychodzę w kierunku Niemcowej. Biegnę w samej termo aktywnej bluzie z długim rękawem i po kilku metrach stwierdzam,  że mi zimno. Ale co tam jeszcze pewnie będę się dziś gotował. Pierwsze oznaki, że mogą mi doskwierać otarcie docierają do mnie przy zbiegu z Niemcowej do Kosarzyska. Dobiegając do asfaltowej drogi stwierdzam, że warto dmuchać na zimne. Siadam na chwilę na przystanku, wyrzucam do kosza puste opakowania po żelach i co najważniejsza – zalepiam prawą piąte plastrem i wyrzucam kilka kamieni z butów. Coś mi podpowiadało, że coś co na tym etapie jest delikatnym otarciem i malutkim kamyczkiem może urosnąć do mega pęcherza i otarć jak nie zadbam o to już teraz. Do przepaku na 43,5 km docieram po 6h i 35 min co oznacza średnio 9min 05sek na km co dawał ponad 2h i 15min zapasu do limitu czasowego.  Wiedziałem, że teraz jednak zacznie się zabawa i już nie będzie tak lekko.  Na przepaku zmieniam koszulkę na nową. Wypijam izotnik z solą z saszetki z Mc Donalda (nie wiem czemu ale zawsze je biorę a nie liczę na sól na punkcie bo już kiedyś się z tym przeliczyłem), uzupełniam zapasy żeli, wody, wcinam to i owo, chowam do wora przeciwdeszczową pelerynkę i ruszam dalej – czas pit stopu na przepaku to 10min 59sek. Potem się dowiedziałem, że były tam podobno pyszne ziemniaki, które pałaszowali pozostali.  Ja się pytam cholera gdzie? ;)

Czas na pierwszą anegdotkę. Gdzieś na tym etapie zamieniłem z pewną miłą Panią kilka słów. Zdradziłem jej moje plany, że chciałbym na „test charakteru” zostawić odrobinę sił (stary wyga JJ pisał nam, że tam jest jeszcze co nadrabiać i postanowiłem, że go posłucham) i nadrobić co się będzie dało. To co usłyszałem, od niej przeszło moje oczekiwania. Otóż mówiąc jej, że wiem o bólu jaki tam będziemy mieć usłyszałem, odpowiedź katolicko – krzepiącą, że ona sobie wyobraża w takich momentach ludzi, którzy na drodze krzyżowej przybijają się dobrowolnie do krzyża i to jest ból a nie to co my tam będziemy czuć. Krótko skwitowałem, że będę sobie wyobrażał, że na każdym drzewie jest ktoś ukrzyżowany i że mój ból to nie ból ;)

Etap z punktu na 43,5 km do Vysne Rozbachy (64km) wszedł po 8min 52 sek na km więc w sumie utrzymywałem uzyskaną nadwyżkę czasową i chciałem by tak pozostało do końca. To był przepiękny odcinek. Piękne łąki po Słowackiej stronie oraz widok ośnieżonych szczytów Tatr umilały ten odcinek. Od 64km miałem już w głębokim poważaniu piękne widoki  bo zaczęły się dla mnie schody. Zaczęło się od siadających pomału mięśniach czworogłowych. Ja pierdziu wszystkiego się spodziewałem ale nie czworogłowych. O ile wchodzenie nie sprawia trudności z takim bólem o tyle na zbiegach nie można było już nadrabiać a co więcej na zbiegach okazywało się, że ból się tak nasilił, że moje ponad 2h zapasu zaczęło topnieć w oczach. Odcinek do ostatniego punktu żywieniowego pokonałem w tempie 10min 49sek na km. Strata zaczęła topnieć…

Druga anegdotka. Lesnickie Sedlo. Ostatni punkt żywieniowy. Wpadam z jęzorem po kolana bo wody nie miałem już od dłuższej chwili a od obsługi słyszę „Ooooo Zapierdalacz! Pana koledzy uśmiechnięci byli tutaj 20 min temu”. Co? Jak? Ke? 20 min temu? No to ich gonimy sobie pomyślałem w pierwszym momencie. Szybkie pytanie do Pani ile jeszcze jest pod górę do ostatniego zbiegu? Odpowiedź – 2 km tylko. Jak się okazało, że to nie 2 a prawie 4,5 km to przez ten sam współczynnik pomnożyłem sobie 20 min i pomyślałem,  że pewnie z tymi 20 min to chyba tak na oko ktoś strzelił na tym punkcie. Wiadomo co się dzieje na oko ;)

Wracamy do biegu. W zasadzie to już nie był bieg. Ostatnie zejście było katorgą ;/ Musiałem się podpierać  kijkami. Czułem, że czworogłowe mam zabetonowane. Każdy krok to ból. Skutek? Między Lesnickim Sedlem a początkiem „testu charakteru” zawrotne tempo  11min 35sek na km. Docieram po wielkich mękach do testu. Zbieram się w sobie. Na pierwszych kilometrach nawet nieźle mi idzie. Nie muszę sobie nawet wyobrażać ukrzyżowanych ludzi na drzewach (patrz pierwsza anegdotka). Załączam tryb „od latarni do latarni” czyli truchtam do wybranego punktu (latarni, drzewa) a potem przechodzę do marszu.  Powtarzam ten cykl w kółko aż do … aż do momentu kiedy zaczynają mnie napinkalać pęcherze, otarcia. Mam wrażenie, że pod lewą stopą mam pęcherz wielkości połowy stopy. Nie mogłem stawiać prosto stopy. Każdy krok teraz w połączeniu z zajechanymi czworogłowymi to majstersztyk fantazji i samozaparcia. Ostatnie 4km to szybki spacer z kijkami. Docieram do Szczawnicy. Wiem, że dam rade być poniżej 16h. Speaker na mecie widzi mnie i mówi  „ (…) mamy kolejną osobę z Mnicha. Jeszcze kilka metrów. Rzuć kijki i biegij” Taa jasne ;)

Rezultat: 15h 36min 07sek. Jak na debiut pomimo strat poniesionych na ostatnim odcinku to wg mnie .. super rezultat. Pisząc tą relację tydzień po Mnichu już wiem, że kiedyś się będę musiał rozprawić z tą trasą. Tak przynajmniej myślę na chwilę obecną. A Jak poszło reszcie? Powiedziałbym, że zajebiście! Tymek – w teście urwanej nogi przed UTMB pobił rekord trasy – 13h 22min 24 sek. Andrew i Flaku rozprawili się z trasą, aż miło. Andrew – 14h 10min 21sek, Flaku 14min 17min 50sek. Na koniec tylko jedna rzecz mnie martwi. Właściwie to zmartwiła mnie już jakiś czas po biegu bo nie od razu sobie zdałem sobie z tego sprawę. Nie miałem tego zajebistego uczucia, które zawsze mi towarzyszył na mecie maratonu, maratony górskiego czy ultra … tłumaczę sobie to mega zmęczeniem, odwodnieniem i bólem i tak niech zostanie.

Tekst: Kwadrat

Komentowanie jest wyłączone