1. Beskidzka 160 na Raty

Specyfika biegów górskich jest taka, że aby móc wystartować w jakimś biegu trzeba się najpierw zdrowo napocić, żeby na ok 6 miesięcy wcześniej zapisać się na dany bieg. Tak więc jesienią 2016 wymyślam start w pobliskim Beskidzie Śląskim w biegu Beskidzka 160 na Raty w edycji wiosennej na 100 km, która ma się odbyć 01.04.2017 r.. Mój pomysł podchwytuje Franiu i obaj zapisujemy się na wymienioną imprezę. Bieg ma limit 100 osób tak więc zapowiada się dosyć kameralna impreza.

W piątek 31.03.2017 przed 22 docieramy z Franiem do Goleszowa do strażnicy OSP gdzie mieści się biuro zawodów Beskidzkiej 160. Szybko odbieramy pakiety i udajemy się na salę gimnastyczną do sąsiadującej z remizą szkoły, żeby troszkę jeszcze odpocząć i przygotować się do startu. O 22.45 ponownie udajemy się do remizy OSP na obowiązkową odprawę techniczną po której jeszcze chwilka wolnego i punktualnie o godzinie 00 starujemy do boju. Na początku biegnę w miarę szybko i mam wrażenie, że jestem w czołówce biegu co utwierdza mnie spojrzenie na średnie tempo jakie wyświetla mi zegarek. Stwierdzam jednak, że póki nie ma jeszcze dużych gór na trasie to daję ognia ile się da, żeby jak najwięcej nadrobić nad limitem czasu na 1 punkcie kontrolnym. Do zlokalizowanego na 15 km punktu kontrolnego Leszna Budzin docieram po 1 h 45 min z 45 min zapasem do limitu. Stwierdzam, że jak na tak szybkie tempo na tym odcinku zapas do limitu powinien być większy co oznacza, że limity na pozostałych punktach będą dość ciasne. Na punkcie nie zabawiam za długo ponieważ po rzuceniu okiem co znajduje na stole stwierdzam, że właściwie oprócz uzupełnienia zapasu wody nic innego nie nadaje się do jedzenia. Postanawiam więc, że zjem posiadane przy sobie batoniki Milkiway :). Ruszam z punktu jednocześnie szukając i wyjmując batonik do zjedzenia. Ta sytuacja troszkę mnie rozprasza i mimo, że na asfalcie widzę oznaczenie trasy na 25 km do głowy nie przychodzi mi, że biegnę w złym kierunku. Dopiero po ok. 500 m nie widząc przy oznaczeniu trasy odblasków, które były tylko na trasie 100 – dociera do mnie, że jestem nie na tej trasie co trzeba. Klnąc na samego siebie wracam do punktu kontrolnego gdzie okazuje się, że miałem skręcić w prawo pod górę a nie prosto piękną drogą w dół. Jestem zdenerwowany bo wiem, że miałem dobre tempo na początku i wyprzedzałem sporo osób na podejściu przed 1 punktem kontrolnym a po pomyłce nie mam szans ich już dogonić. Ruszam energicznie pod górę w kierunku Małej Czantorii a następnie Wielkiej Czantorii. Ku mojemu zdziwieniu okazuj się, że dość szybko zaczynam doganiać te same osoby które wcześniej mijałem przed 1 punktem, a które wyprzedziły mnie kiedy postanowiłem się zgubić.

Niestety na odcinku trasy pomiędzy 1 punktem a 2 zlokalizowanym na Stożku zaczynam mieć problemy żołądkowe i jestem zmuszony 4 razy zaliczyć krzaczki. Na szczęście po przymusowych pit stopach okazuje się, że tempo nie spada mi drastycznie bo po kolejnych pauzach co chwilę doganiam i wyprzedam te same osoby, które mijały mnie kiedy byłem w pit stopie. Do punktu na Stożku docieram po 4 godzinach z 1 godzinnym zapasem do limitu. To utwierdza mnie już, że ten bieg będzie dla mnie inny niż wszystkie dotychczasowe, w których nie za bardzo musiałem się przejmować limitami czasu. Punkt kontrolny na Stożku postanawiam minąć bez zatrzymywania bo wiem z odprawy, że nie będzie na nim nic do jedzenia a jedynie kawa i herbata, których akurat nie potrzebuję.

Obieram za cel następny punkt kontrolny zlokalizowany na ok 40 km – Wisła Kozińce. Dalej czuję się dobrze, na zbiegach nie szaleję za bardzo, żeby w ciemnościach nie zrobić sobie krzywdy ale na podejściach co chwilę doganiam kolejne osoby co powoduje chyba takie same ich zdziwienie jak i moje ponieważ w międzyczasie mnie nie dogania nikt. Do Wisły Kozińce docieram w czasie 5 h 20 min z 90 minutowym zapasem do limitu. Jestem już głodny bo jedzenie samych żeli i małych batoników milkiway nie za bardzo zapełnia żołądek, który domaga się już czegoś konkretniejszego. Na szczęście na punkcie czeka mnie pozytywne zaskoczenie w postaci pana serwującego zupę pomidorową. Zupa tak mi zasmakowała, że wypiłem jej aż 3 kubki i po uzupełnieniu bukłaka wodą ruszam w dalszą trasę w kierunku kolejnego punktu kontrolnego położonego u stóp Skrzycznego czyli Lipowej.

Mijając skocznię Adam Małysza na podejściu wyjmuję telefon i przed 6 dzwonię do Andrzeja z informacją gdzie jestem i prośbą, żeby do Lipowej zabrał mi chusteczki higieniczne ponieważ posiadane przeze mnie ze względu na pit stopy są już na wykończeniu a droga dalej długa przede mną. Po odłożeniu telefonu obracam się i widzę, że w niedalekiej odległości ktoś ubrany na niebiesko zaczyna mnie doganiać. To powoduje, że ruszam znowu energicznie w kierunku Cieńkowa i po kilkunastu minutach sam zaczynam doganiać kolejnego biegacza. Niestety kiedy mam go już na wyciągnięcie ręki zmuszony jestem znowu zaliczyć postój w krzaczkach, na szczęście jak się później okaże ostatni. Po krótkim pit stopie znowu ruszam energicznie pod górę i po jakimś czasie doganiam i mijam 2 osoby a następnie na skrzyżowaniu ze szlakiem zielonym prowadzącym w kierunku Magurki Wiślanej doganiam kolejne 2 osoby. Niestety od tego miejsca trasa robi się bardzo trudna ze względu na zalegający na niej głęboki śnieg, który dodatkowo w słońcu i panującej temperaturze robi się strasznie grząski. Osoby, które dogoniłem w tych warunkach zaczynają mi uciekać a ja zaczynam odczuwać nagłą utratę mocy połączoną dodatkowo z domagającym się jedzenia pustym żołądkiem. Wyraźnie już odczuwający skutki biegu brnę w kierunku Lipowej gdzie mam zamiar troszkę się rozsiąść, zjeść i chwilę odpocząć przed podejściem na Skrzyczne. Do Lipowej docieram w czasie 8 h 27 min, na 1 h i 13 min przed limitem – odcinek trasy pomiędzy Wisłą Kozińcem a Lipową który ma limit 2 h 50 min zajmuje mi w 3 h 7 min.

Po dotarciu do Lipowej rozsiadam się na punkcie i ku mojej uciesze zauważam, że do jedzenia są pomarańcze, które zazwyczaj dobrze na mnie działają. Po chwili dociera do mnie Andrzej, który okazało się, że wyszedł mi na przeciw ale niestety troszkę zgubił szlak i pobiegł w innym kierunku. Od  Andrzeja w tym momencie dowiaduję się, że Franiu niestety zakończył udział w biegu na punkcie kontrolnym nr 2 na Stożku. Na punkcie przebywam w sumie ok 10 min i po uzupełnieniu wody ruszam na Skrzyczne, Andrzej postanawia zrobić sobie spokojny spacer razem ze mną. Pokonanie 4,2 km na szczyt Skrzycznego zajmuje mi 1 h 19 min w palącym słońcu ale na szczęście z dającym nieco wytchnienia wiaterkiem. Na szczycie Andrzej zostawia mnie i rusza w drogę powrotną do Lipowej umawiając się ze mną, że przyjedzie na kolejny punkt na Salmopol. Mam już serdecznie dość wyprzedają mnie 2 osoby, ale wiem, że teraz trasa będzie nieco łatwiejsza bo w kierunku Malinowa będzie prawie cały czas z góry. Niestety po chwili okazuje się, że zapowiadająca się całkiem przyjemnie trasa zmienia się w koszmar z powodu zalegającego na niej głębokiego grząskiego śniegu. Zamiast nadrabiać czas zaczynam go tracić na walkę o to żeby co chwilę nie zapadać się po kolana w śniegu. Na przełęcz Salmopol docieram ostatecznie w czasie 11 h 6 min z 1 h i 34 min zapasu do limitu. Na końcówce przed Salmopolem na zbiegu odrabiam nieco straty poniesione wyżej i ostatecznie ten odcinek zajmuje mi 2 h 39 min wobec 3 godzinnego limitu. Na Salmopolu w towarzystwie osób na punkcie czeka na mnie Andrzej. Okazuje się, że są tam też inni biegacze ale oni postanawiają w tym miejscu zakończyć udział w imprezie. Po uzupełnieniu wody i kilku słowach zachęty od Andrzeja ruszam w kierunku Ustronia Polany.

Trasa robi się całkiem przyjemna, jest dużo odcinków z góry a podejścia nie są jakieś bardzo strome no i najważniejsze nie ma na trasie ani grama śniegu. Co chwilę zaczynam mijać turystów, którzy wykorzystując przepiękną pogodę przemierzają szlakami okolicę.  Stawka biegu jest już natomiast tak rozciągnięta, że na trasie jestem sam, nie widzę nikogo za mną ale i przede mną. Samotnie brnę w kierunku pojawiającej się z mojej lewej strony piekielnej Czantorii. Do punku Ustroń Polana docieram w czasie 13 h 24 min na 1 h 50 min przed limitem czasu. Na punkcie spotykam Frania, który od razu pomaga mi w ogarnianiu picia i jedzenia. Po chwili dociera do nas Andrzej z zamówioną przeze mnie wcześniej pomidorową. 🙂 Wypijam pyszną pomidorową, zajadam kilka pomarańczy, uzupełniam bukłak i ruszam na piekielne podejście pod Czantorię. W podróż na górę razem ze mną udaje się Andrzej, który jak się później okaże na trasie robi za zbieracza śmieci, których na szczycie gromadzi pokaźną reklamówkę otrzymaną od napotkanej po drodze turystki. Podejście pod Czantorię zajmuje mi 1 h 13 min. Na szczycie cieszę się, że do mety już blisko ale mam w głowie jeszcze obawę o moje siły na zbiegach i o podejście pod kamieniołom, o którym nasłuchałem się na odprawie technicznej. Andrzej zostawia mnie na szczycie i wraca na dół przekazując mi, że będzie na mnie czekał właśnie w owym kamieniołomie Za mną kilku zawodników, którzy są z trasy na 50 km. Ruszam zbiegiem w kierunku Małej Czantorii i o dziwo osoby, które powinny mieć więcej sił niż ja nie doganiają mnie. Nogi działają jeszcze w miarę dobrze więc na zbiegach doganiam 2 osoby. W miejscowości Cisownica trasa biegu skręca z ulicy w las a następnie biegnie w kierunku owego kamieniołomu. Początkowo droga pnie się leśną drogą lekko do góry i daję radę jeszcze iść w jako takim tempie niestety po chwili skręca w prawo w wąską ścieżkę na której z przeciwka podąża w moim kierunku Andrzej. Na moje krótkie pytanie czy to już kamieniołom otrzymuję odpowiedź twierdzącą, że są 3 krótkie ale piekielnie strome podejścia przeplecione lekkim wypłaszczeniem. Kiedy zauważam pierwsze podejście myślę że może nie będzie aż tak źle bo jest rzeczywiście strome ale w miarę krótkie. Niestety w trakcie podchodzenie mam już dość i zaczynam dyszeć jak gdybym był na wysokości 6000 m, wyraźnie zaczyna mi brakować powietrza i muszę krótkie podejście rozłożyć na 2 etapy z krótką przerwą w oparciu o rosnące drzewo. Po zaliczeniu 1 podejścia nadchodzi krótki odcinek wypłaszczenia i pojawia się 2 ścianka, którą także pokonuję na raty w wyraźną wielką trudnością. Po tym odcinku cieszę się, że już tylko został do pokonania ostatni fragment pod górę. Niestety oczom moim ukazuje się piekielna prawie pionowa ścianka, którą wyraźnie można podzielić na 2 osobne podejścia. Resztkami sił docieram do jej połowy gdzie ogłaszam krótką przerwę i rozsiadam się na trawie.

Zapierdalacze Luki

Powoli dochodzą do mnie inne osoby, które słychać jak przeklinają widząc co ich jeszcze czeka. Po krótkiej przerwie postanawiam ruszyć na ostatni tego dnia fragment pod górę żeby mieć to w końcu  głowy i cieszyć się zbiegiem do mety. Udaje mi się w końcu pokonać tę cholerną pionową ścianę, wycieńczony na jej szczycie padam na ziemię żeby złapać trochę oddechu i uspokoić szalejące serce. Po chwili Andrzej ogłasza, że do mety już tylko 2,8 km cały czas z góry. Ta myśl trochę napawa mnie optymizmem, że do końca już na prawdę blisko. Zbieram się i próbuję choć troszkę zbiegać. Co jakiś czas muszę jednak przystanąć żeby złapać oddech. Kiedy docieramy do pierwszych zabudowań Goleszowa przechodzę do marszu bo nie jestem w stanie już dłużej biec. Mija mnie kilka osób ale ja z godnością osobistą prę dalej do mety.  Na 200 m przed metą słyszę jak zbliża się do mnie zawodnik, z którym wcześniej parę razy się wyprzedzałem. Wiem, że jest też z trasy 100 km więc resztkami sił zmuszam się do biegu żeby mnie nie wyprzedził przed samą metą i tak wycieńczony prawie na bezdechu po 17 h 03 min 24 s osiągam METĘ. Otrzymuję medal ściskam się z Andrzejem i Franiem i prawie padam. Chłopaki przynoszą mi karimatę na której szybko zalegam i przez najbliższą godzinę próbuję złapać oddech i uspokoić choć trochę wycieńczony organizm.

Zapierdalacze Luki 2

Tutaj należą się przeogromne podziękowania dla Andrzeja. W wolny dzień z własnej woli postanowił towarzyszyć nam w trakcie biegu. Jego obecność i zupa pomidorowa (za którą przemierzył ponoć cały Ustroń:)) dały mi niezłego kopa i pozwoliły dotrzeć do mety. Bo jak sam słyszał na Salmopolu miałem myśli żeby to wszystko przerwać w cholerę i jechać do domu.

DZIĘKUJĘ CI BARDZO PRZYJACIELU !!!

Tekst: Łuki

Komentowanie jest wyłączone